Aktualności
"Kraków jest marką, ale plebejską" - rozmowa z Jackiem Kowalskim cz. II
Autor: Dawid Kuciński
02-03-2012 13:40:31
Wczoraj mieliśmy przyjemność przedstawić pierwszą część wywiadu z panem Jackiem Kowalskim [KLIK], dziś nadeszła pora na kolejną część. Tym razem porozmawiamy o Krakowie z punktu widzenia turystyki i marketingu; o jego marce i działanaich jakie podejmują (lub nie) rządzący, aby wybić Kraków do światowej ekstraklasy turystycznej.
Jakub Zajączkowski: W swoim opracowaniu często stawia pan Kraków jako wzór dla Lublina, ponieważ nasze miasto dobrze gospodaruje czasem wolnym.
Jacek Kowalski: Zastrzeżmy – w kategoriach krajowych.
No właśnie, o to mi chodzi. Jak Kraków przedstawia się na arenie polskiej i na arenie światowej jako marka i miejsce, które miałoby przyciągać ludzi?
Musielibyśmy być nieszczerzy, żeby powiedzieć, że Kraków nie generuje znaczącego ruchu turystycznego, bo wiemy z badań dr. Krzysztofa Borkowskiego i Małopolskiej Organizacji Turystycznej, że ten ruch jest i to znaczny.
Tylko maleje.
To, że maleje to dobrze. Istnieje pytanie, które zadaje sobie każdy mądry inwestor. Czy lepiej obsłużyć mniej za więcej, czy więcej za mniej? I tutaj moja ocena jest jednoznaczna, że Kraków powinien dążyć do tego, żeby ograniczać ilość turystów, a zwiększać przychód, czyli tworzyć warunki jakościowego przeżywania. Jest też kwestia tej marki, która u nas się kołysze, jest mało stabilna. Jest po prostu taką marką zbyt popularną, taką plebejską trochę. Mnie się wydaje, że Kraków dopiero czeka na swój wielki dzień. Dostaliśmy już raz szansę i Kraków został „naznaczony”. Mianowicie nasz Papież już nieobecny, który mówił do nas: „Nie lękajcie się”, naznaczył Kraków jako Światowe Centrum Miłosierdzia. Mamy miejsce pielgrzymek, możemy być wierzący w aksjomaty kościelne albo nie, możemy uczęszczać do kościoła lub nie, ale fakt jest faktem. Łagiewniki „generują” rocznie kilka milionów turystów. Czyli to jest powód, dla którego ludzie przyjeżdżają do Krakowa, między innymi Filipińczycy czy inne egzotyczne nacje. Nie ciągniemy tego tematu.
Ale mam wrażenie, że Kraków w ogóle nie korzysta ze swoich symboli. To nie tylko Papież, ale ze sportu: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica – oni są w ogóle nie wykorzystywani jako symbole.
Proszę pana: genius loci, primus inter pares – ponad wszystkimi krakowski Rynek, który wywołuje u obcokrajowców, którzy pierwszy raz wychodzą nań z jakiejś uliczki reakcję: „wow!”. To już właściwie synonim krakowskiego Rynku – „wow”. Ale oni widzą tylko część, a to są cztery hektary powierzchni, najpotężniejszy rynek średniowiecznej Europy.
Jakiż to niezwykły fenomen, że gdzieś na końcu świata, gdzie na mapach, czy to Geografa Bawarskiego, czy Ptolemeusza o morzu Bałtyckim pisano Mare Barbaricum. Gdzie przedstawiano nas jako dzikich z trzema nogami i długimi brodami, bo mieszkaliśmy za Karpatami. A tu się okazuje właśnie, że w tym właśnie terytorium „barbaricum”, jakiś władca z zasadźcami miejskimi powiedział: „Wyjdźcie tam i wyznaczcie rynek nowego miasta” (wtedy miasto sięgało do dzisiejszego placu Wszystkich Świętych). I wyszło czterech facetów; wzięli cztery paliki, osiemset metrów jakiegoś kordonka i wyznaczyli największy rynek średniowiecznej Europy! Nie we Florencji, nie w Wenecji, nie w Padwie, nie w Paryżu, tylko gdzieś na końcu świata. Mamy fenomen, którego nie umiemy sprzedać.
Mamy też podziemia Rynku, ale to chyba za mało…
Mamy piękne te podziemia, ale nie mogłyby być o połowę mniejsze, a bardziej nasycone? Informacją, doświadczeniami, różnymi takimi mniej lub bardziej spektakularnymi instalacjami?, Byłem tam, co prawda tylko raz, z moimi dziećmi i ze znajomymi, i mniej więcej po pół godzinie już się znudziliśmy.
Słyszałem, że są plany, żeby jeszcze je powiększyć.
Dobrze, niech tak robią, bo z ostatnich badań wynika, że jest to największa atrakcja. Natomiast wiemy wszyscy, że największą atrakcją każdego miejsca jest jego klimat. Tylko klimatu nie tworzą zabytki, klimat tworzą ludzie. Dobrze pan wie jako krakus, a zwłaszcza młody człowiek, który na pewno korzysta z różnych atrakcji, a zwłaszcza nocnych – klubów, pubów. Idzie pan ulicą, załóżmy jest 10 knajp, z jakiegoś powodu w dwóch czy trzech jest fantastyczna atmosfera i kupa ludzi, a w innych nie ma nikogo. A niby wszystko to samo. To jest najlepszy dowód na to, że klimat tworzą ludzie. Na szczęście niektóre środowiska w Krakowie zrozumiały, że powinniśmy inwestować w społeczność. Społeczność mądrą, otwartą na turystykę, otwartą, gościnną i to ma sens.
Wróćmy jeszcze do marki Krakowa.
Kraków bez wątpienia jest ekstraklasą turystyczną w Polskiej kategorii, ale to wcale nie oznacza, że Kraków ma markę turystyczną. Przez markę rozumiem coś, co jest wybitne, co jest emocjonalnie skierowane do ludzi, którzy czerpią najwyższego rzędu psychologiczne korzyści z marki. Natomiast Kraków owszem jest marką, tylko jest marką powszechną, plebejska. Jest w dużym stopniu zdeprecjonowaną. Wystarczy spojrzeć na większość turystów… I czy mamy w Krakowie jedną ulicę, która byłaby eleganckim pasażem, promenadą ekskluzywnych, dobrych sklepów z najwyższej półki?
Kiedyś taką rolę spełniała ulica Floriańska…
Floriańska to jest teraz ulica Badziewna. I taki jest właśnie Kraków jaka jest ulica Floriańska. Taki upstrzony, za przeproszeniem. Idea średniowieczna miasta była taka – kiedy była ulica Garncarska to byli garncarze. Kiedy była Złotnicza - złotnicy, jak była Rzeźnicza to byli rzeźnicy. A w tej chwili to jest wszystko, mówiąc po Krakowsku, po prostu namiszane. I pomimo że przy Prezydencie miasta funkcjonuje osoba, którą nazywają menedżerem marki czy kimś od marki Krakowa, to w moim osobistym przekonaniu…
Nie radzi sobie?
Nie oceniam czy sobie radzi, czy nie, bo nawet teraz tego nie wiem. Tylko stwierdzam efekt: Kraków nie realizuje taktyki marki emocjonalnej, czyli tej marki z najwyższej półki, która by go faktycznie w jakiś sposób przystosowała czy przykleiła do miast o randze przeżycia najwyższej kategorii. Tylko tyle.
Tak a propos klimatu Krakowa, zauważam ostatnio coś takiego, że coraz mniej osób, mieszkających w tym mieście – i nie chodzi mi tu konkretnie o przyjezdnych czy o studentów tylko stricte Krakowian – dzielą się na dwa obozy: ci którzy czują się jeszcze bardziej związani z miastem, czują się Krakusami i się z tym identyfikują, albo odchodzą od tego miasta; już nie wychodzą na pole, tylko na zewnątrz albo na dwór (bo tak mówi telewizja), czy to trochę nie zaburzy klimatu tego miasta?
Akurat rozmawia pan z jednym z tych, którzy się z Krakowa wyprowadzają. Ponieważ nie mogę zaakceptować, tym bardziej, że jestem branżystą, ekspertem w tej dziedzinie – nie mogę zaakceptować polityki jaka jest prowadzona w mieście. Realizowane są bardzo ekstrawaganckie projekty (i bardzo dobrze, że one są, bo one próbują wykreować tę bardzo ekskluzywną markę). Gdzieś tam na samym szczycie taki image miasta spektakularnych przedsięwzięć, ale dla ilu osób to jest dedykowane? Podam bardzo podobny przykład – festiwal Chopinowski w Warszawie. Jest organizowany, co cztery lata, interesuje zaledwie kilku tysięcy ludzi. Może pomaga w budowaniu aury, atmosfery, ale Chopin nie zszedł na ulicę. Dopiero teraz się zaczyna w Warszawie coś dziać.
No ale, jak sam Chopin zszedł na ulicę, gdy pojawił się w dresie na plakatach, to zrobiła się afera. Chociaż ja osobiście, przyznam szczerze byłem zachwycony tym pomysłem. Bo on był genialny.
Ja też, ale u nas jest tylko jeden festiwal, który jest autentycznie dobry i wyszedł na ulicę. Można powiedzieć, że Kraków pachnie tym festiwalem – mowa o Festiwalu Kultury Żydowskiej. I faktycznie, jeżdżąc po świecie, słyszę głosy wiernych fanów tego festiwalu. Oni przyjeżdżają do Krakowa dla niego. I on generuje kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to jest wielka rzecz. Natomiast pozostałe, według mnie, są oderwane od rzeczywistości krakowskiej.
Tu pozwolę się z panem nie zgodzić. Festiwal Muzyki Filmowej związany jakby nie było z RMF-em, który kiedyś był radiem stricte krakowskim, choć potem niestety się wyniósł, moim zdaniem właśnie też przywiązywał ludzi do siebie. Słyszałem wiele wypowiedzi artystów, którzy przyjeżdżali do Krakowa zagrać na nim, że to jest jeden z większych i piękniejszych festiwali.
Ale widzi pan, ja prowokuję! Muszę w ten sposób rozmawiać, dlatego że sam pan stwierdził, że coś jest nie tak, że następuje jakby polaryzacja, dwubiegunowość. Jednak, co to oznacza, że między Antarktydą a Arktyką istnieje potężna przestrzeń do zagospodarowania. I właśnie nie zagospodarowujemy tej przestrzeni. A ta przestrzeń, jej odbiorcą jest tak zwana klasa średnia. Czyli indywidualny turysta masowy, bo taka jest teraz segmentacja według profesora Cohena. I tego w Krakowie brakuje.
Przede wszystkim to, czego mi najbardziej w Krakowie brakuje, to dialogu tak zwanej władzy z takimi ludźmi jak ja na temat turystyki. Bo z turystyki żyje, powiedzmy, pięć procent ludzi w Krakowie. To są hotelarze, knajpiarze, muzea i inni na przykład handlujący pamiątkami. Ale co szary człowiek ma z turystyki?
Tak naprawdę, nie wiele.
Może i ma, ale my o tym nie wiemy. I właśnie tutaj jest ten problem! To, co robią mądre miasta, jest realizowaniem polityki tak zwanej klasy kreatywnej. Tworzy się pewną formację ludzi, która jest awangardą rozwoju miasta, ale przede wszystkim szuka się przepisu na „klej”. Jak tych ludzi skleić. Wydarzenia w Krakowie i w większości polskich miast, to są inicjatywy oddolne takich klas kreatywnych. Tylko, że dla takiej klasy kreatywnej dobrym ojcem, jej dobrym opiekunem powinien być Prezydent miasta. On powinien zabiegać o to, żebyśmy my – kreatywni – chcieli coś robić. I tutaj wracamy do pytania, które pan zadał – dlaczego tylu naszych się od Krakowa odwraca. Dlaczego coraz więcej ludzi decyduje się w ogóle na wyjazd, dlaczego coraz mniej krakusów korzysta z tego niby „ruchomego święta”? Ale i tak, Kraków obok Warszawy, to jedyne miasta, które zwiększają liczbę mieszkańców – zwłaszcza o obcokrajowców. Zaczyna się tak, jak z Wenecją – mieszkańcy są tam w mniejszości, wielokulturowi imigranci stanowią większość. I ta prawdziwa Wenecja „się zwija” i zmierza do modelu Disneylandu.
Czyli wychodzi na to, że Kraków niby na zewnątrz się stara, niby oficjalnie coś robi, a tak naprawdę nie dzieje się nic.
Pięknie pan to ujął, jednak nie powiedziałbym, że kompletnie nic. Bylibyśmy wtedy nieuczciwi, ale zdecydowanie za mało. Bo jeżeli się powiedziało turystyczne „a”, ma się aspiracje do tego, żeby być co najmniej pierwszą ligą jak nie ekstraklasą turystyki kulturowej w Europie, to rodzi konsekwencje. I te konsekwencje są ewidentną paralelą do Lublina; że dopóki nie będziemy pracowali z lokalną społecznością, to nigdy ta turystyka nie będzie prawdziwa, ponieważ turystyka to jest podróżowanie zmysłów. I jeżeli zmysły gościa nie współgrają ze zmysłami gospodarza, to one się mijają po prostu. Dean MacCannell w „Turysta, nowa generalcja klasy próżniaczej” jasno określa, że najważniejszą atrakcją miejsca są lokalne społeczności. To ludzie odwiedzają ludzi, czyli tubylców. Jak nie będzie tubylców, albo będą w mniejszości to będzie kolorowo, ale mniej autentycznie.
Zwróciłem uwagę, że Kraków cieszy się z tego, że będzie u nas parę ekip występujących na EURO 2012. I w tym momencie z tego, co pan mówi, niewiele nam to da. Przyjadą turyści, ale żaden krakowianin nie wyciągnie z tego korzyści.
Oczywiście, że przywiozą jakieś pieniądze...
Ale to będzie krótkofalowe.
To będzie krótkofalowe, ale myślę, że jednak nasi urzędnicy nie są tacy niemądrzy. N pewno już mają jakąś taktykę wykorzystania tych ludzi, jako nośników informacji. Ja bym się nad czymś innym zastanowił. Czy powinniśmy być szczęśliwi z tego, że nastąpi eskalacja przyjazdu Anglików do Krakowa? W świetle zachowań anglo-pariasów (pariasi w Indiach to kasta najbiedniejsza, przy tym niedotykalna (nomen omen)), sądzę, że kibole z Anglii nas zrujnują. Rachunek zysków i strat wyjdzie na minus. Wystarczy się przejść po ulicach i zobaczyć jaki rodzaj turysty angielskiego nas odwiedza – doły, Panie, doły... To jest taka największa swołocz. Wie pan, kto nie mieszkał w Anglii, kto nie mieszkał dłużej na Zachodzie to nie wie, że oni tam pewnych rzeczy nie mogą, bo ich prawo jest bardzo restrykcyjne. Więc przyjeżdżają tutaj za psie pieniądze i zachowują się tak, jak widzimy. Pauperyzują nasze miasto.
To będzie tylko gorzej? Przyjadą rozwydrzeni Anglicy i Włosi i zrobią więcej szkód, niż zostawią pieniędzy?
Zobaczymy, co nam wyjdzie na dobre, a co nie. Zobaczymy, jaki będzie bilans zysków i strat. Nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że te radosne oświadczenia pana prezydenta i jego urzędników są przedwczesne. Bo mnie się wydaje, że będzie więcej kłopotów niż radości z tego powodu. No, ale żyjemy tu i teraz. Taka jest nasza rzeczywistość. Pod publiczkę, pod publiczkę.
A czy przy okazji przyjazdu tych ekip, wiadomo, że za nimi przyjadą media z tamtych krajów, wiem że bodajże Holendrzy chcą sobie zrobić studio na Wiśle, z widokiem na Wawel czy nie dałoby się tego wykorzystać, żeby przyciągnąć inny rodzaj turysty niż ci właśnie kibice?
Powiedzmy to sobie inaczej – ja jestem twórcą takiego pojęcia jak „strażnicy źródeł”. Otóż każda społeczność, która ma aspiracje, żeby wykorzystywać ruch turystyczny powinna nie tylko „małpować” pewne wzorce i iść do przodu, czyli rozwijać turystykę, ale powinna ugruntowywać mocno w swoich strukturach takie właśnie formacje jak „strażnicy źródeł”. Co to są strażnicy źródeł? To świadomi obywatele, a pośród nich liderzy, którzy budują świadomą markę terytorialną. Jednym z przywilejów marki, jest to, że marka wychowuje swoich klientów, narzuca reguły postępowania. I gdyby Kraków miał markę, to Anglicy nie zachowywaliby się tak jak się zachowują. Oni obsikują nasze miasto w przenośni i dosłownie. Dostarczam panu żywych argumentów, że Kraków marki nie ma. W moim przekonaniu, w moich kategoriach myślowych Kraków marki nie ma. I ci wszyscy, którzy mówią, że Kraków markę ma to nas w pewnym sensie okłamują, bo posiadanie marki dla pospólstwa kłóci się z ideą marki jako takiej. Marka w swoim założeniu miała być synonimem towaru ekskluzywnego o najwyższych parametrach niedostępnych dla każdego. A tu się okazuje, że byle angol, którego stać na tani przelot samolotem i na piwo dwa razy albo trzy razy tańsze, po prostu wyżywa się tutaj. Wie Pan, wszyscy się starają – i muzea i hotelarze, gastronomia, przewodnicy, a nawet „pisuardessy”... Widać zmiany na lepsze. Ale co z tego jeśli nie mamy „przepisu na klej”? Kraków nie jest marką jednofrazową, tzn. mówisz i wiesz. A to jest ideał, jak Paryż, Praga, Salzburg, czy rzeczona Wenecja. Panie Prezydencie – do roboty, trzeba wreszcie wynaleźć przepis na klej. Bo kto to ma zrobić, jak nie Pan?
Rozmawiał Jakub Zajączkowski
Jakub Zajączkowski: W swoim opracowaniu często stawia pan Kraków jako wzór dla Lublina, ponieważ nasze miasto dobrze gospodaruje czasem wolnym.
Jacek Kowalski: Zastrzeżmy – w kategoriach krajowych.
No właśnie, o to mi chodzi. Jak Kraków przedstawia się na arenie polskiej i na arenie światowej jako marka i miejsce, które miałoby przyciągać ludzi?
Musielibyśmy być nieszczerzy, żeby powiedzieć, że Kraków nie generuje znaczącego ruchu turystycznego, bo wiemy z badań dr. Krzysztofa Borkowskiego i Małopolskiej Organizacji Turystycznej, że ten ruch jest i to znaczny.
Tylko maleje.
To, że maleje to dobrze. Istnieje pytanie, które zadaje sobie każdy mądry inwestor. Czy lepiej obsłużyć mniej za więcej, czy więcej za mniej? I tutaj moja ocena jest jednoznaczna, że Kraków powinien dążyć do tego, żeby ograniczać ilość turystów, a zwiększać przychód, czyli tworzyć warunki jakościowego przeżywania. Jest też kwestia tej marki, która u nas się kołysze, jest mało stabilna. Jest po prostu taką marką zbyt popularną, taką plebejską trochę. Mnie się wydaje, że Kraków dopiero czeka na swój wielki dzień. Dostaliśmy już raz szansę i Kraków został „naznaczony”. Mianowicie nasz Papież już nieobecny, który mówił do nas: „Nie lękajcie się”, naznaczył Kraków jako Światowe Centrum Miłosierdzia. Mamy miejsce pielgrzymek, możemy być wierzący w aksjomaty kościelne albo nie, możemy uczęszczać do kościoła lub nie, ale fakt jest faktem. Łagiewniki „generują” rocznie kilka milionów turystów. Czyli to jest powód, dla którego ludzie przyjeżdżają do Krakowa, między innymi Filipińczycy czy inne egzotyczne nacje. Nie ciągniemy tego tematu.
Ale mam wrażenie, że Kraków w ogóle nie korzysta ze swoich symboli. To nie tylko Papież, ale ze sportu: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica – oni są w ogóle nie wykorzystywani jako symbole.
Proszę pana: genius loci, primus inter pares – ponad wszystkimi krakowski Rynek, który wywołuje u obcokrajowców, którzy pierwszy raz wychodzą nań z jakiejś uliczki reakcję: „wow!”. To już właściwie synonim krakowskiego Rynku – „wow”. Ale oni widzą tylko część, a to są cztery hektary powierzchni, najpotężniejszy rynek średniowiecznej Europy.
Jakiż to niezwykły fenomen, że gdzieś na końcu świata, gdzie na mapach, czy to Geografa Bawarskiego, czy Ptolemeusza o morzu Bałtyckim pisano Mare Barbaricum. Gdzie przedstawiano nas jako dzikich z trzema nogami i długimi brodami, bo mieszkaliśmy za Karpatami. A tu się okazuje właśnie, że w tym właśnie terytorium „barbaricum”, jakiś władca z zasadźcami miejskimi powiedział: „Wyjdźcie tam i wyznaczcie rynek nowego miasta” (wtedy miasto sięgało do dzisiejszego placu Wszystkich Świętych). I wyszło czterech facetów; wzięli cztery paliki, osiemset metrów jakiegoś kordonka i wyznaczyli największy rynek średniowiecznej Europy! Nie we Florencji, nie w Wenecji, nie w Padwie, nie w Paryżu, tylko gdzieś na końcu świata. Mamy fenomen, którego nie umiemy sprzedać.
Mamy też podziemia Rynku, ale to chyba za mało…
Mamy piękne te podziemia, ale nie mogłyby być o połowę mniejsze, a bardziej nasycone? Informacją, doświadczeniami, różnymi takimi mniej lub bardziej spektakularnymi instalacjami?, Byłem tam, co prawda tylko raz, z moimi dziećmi i ze znajomymi, i mniej więcej po pół godzinie już się znudziliśmy.
Słyszałem, że są plany, żeby jeszcze je powiększyć.
Dobrze, niech tak robią, bo z ostatnich badań wynika, że jest to największa atrakcja. Natomiast wiemy wszyscy, że największą atrakcją każdego miejsca jest jego klimat. Tylko klimatu nie tworzą zabytki, klimat tworzą ludzie. Dobrze pan wie jako krakus, a zwłaszcza młody człowiek, który na pewno korzysta z różnych atrakcji, a zwłaszcza nocnych – klubów, pubów. Idzie pan ulicą, załóżmy jest 10 knajp, z jakiegoś powodu w dwóch czy trzech jest fantastyczna atmosfera i kupa ludzi, a w innych nie ma nikogo. A niby wszystko to samo. To jest najlepszy dowód na to, że klimat tworzą ludzie. Na szczęście niektóre środowiska w Krakowie zrozumiały, że powinniśmy inwestować w społeczność. Społeczność mądrą, otwartą na turystykę, otwartą, gościnną i to ma sens.
Wróćmy jeszcze do marki Krakowa.
Kraków bez wątpienia jest ekstraklasą turystyczną w Polskiej kategorii, ale to wcale nie oznacza, że Kraków ma markę turystyczną. Przez markę rozumiem coś, co jest wybitne, co jest emocjonalnie skierowane do ludzi, którzy czerpią najwyższego rzędu psychologiczne korzyści z marki. Natomiast Kraków owszem jest marką, tylko jest marką powszechną, plebejska. Jest w dużym stopniu zdeprecjonowaną. Wystarczy spojrzeć na większość turystów… I czy mamy w Krakowie jedną ulicę, która byłaby eleganckim pasażem, promenadą ekskluzywnych, dobrych sklepów z najwyższej półki?
Kiedyś taką rolę spełniała ulica Floriańska…
Floriańska to jest teraz ulica Badziewna. I taki jest właśnie Kraków jaka jest ulica Floriańska. Taki upstrzony, za przeproszeniem. Idea średniowieczna miasta była taka – kiedy była ulica Garncarska to byli garncarze. Kiedy była Złotnicza - złotnicy, jak była Rzeźnicza to byli rzeźnicy. A w tej chwili to jest wszystko, mówiąc po Krakowsku, po prostu namiszane. I pomimo że przy Prezydencie miasta funkcjonuje osoba, którą nazywają menedżerem marki czy kimś od marki Krakowa, to w moim osobistym przekonaniu…
Nie radzi sobie?
Nie oceniam czy sobie radzi, czy nie, bo nawet teraz tego nie wiem. Tylko stwierdzam efekt: Kraków nie realizuje taktyki marki emocjonalnej, czyli tej marki z najwyższej półki, która by go faktycznie w jakiś sposób przystosowała czy przykleiła do miast o randze przeżycia najwyższej kategorii. Tylko tyle.
Tak a propos klimatu Krakowa, zauważam ostatnio coś takiego, że coraz mniej osób, mieszkających w tym mieście – i nie chodzi mi tu konkretnie o przyjezdnych czy o studentów tylko stricte Krakowian – dzielą się na dwa obozy: ci którzy czują się jeszcze bardziej związani z miastem, czują się Krakusami i się z tym identyfikują, albo odchodzą od tego miasta; już nie wychodzą na pole, tylko na zewnątrz albo na dwór (bo tak mówi telewizja), czy to trochę nie zaburzy klimatu tego miasta?
Akurat rozmawia pan z jednym z tych, którzy się z Krakowa wyprowadzają. Ponieważ nie mogę zaakceptować, tym bardziej, że jestem branżystą, ekspertem w tej dziedzinie – nie mogę zaakceptować polityki jaka jest prowadzona w mieście. Realizowane są bardzo ekstrawaganckie projekty (i bardzo dobrze, że one są, bo one próbują wykreować tę bardzo ekskluzywną markę). Gdzieś tam na samym szczycie taki image miasta spektakularnych przedsięwzięć, ale dla ilu osób to jest dedykowane? Podam bardzo podobny przykład – festiwal Chopinowski w Warszawie. Jest organizowany, co cztery lata, interesuje zaledwie kilku tysięcy ludzi. Może pomaga w budowaniu aury, atmosfery, ale Chopin nie zszedł na ulicę. Dopiero teraz się zaczyna w Warszawie coś dziać.
No ale, jak sam Chopin zszedł na ulicę, gdy pojawił się w dresie na plakatach, to zrobiła się afera. Chociaż ja osobiście, przyznam szczerze byłem zachwycony tym pomysłem. Bo on był genialny.
Ja też, ale u nas jest tylko jeden festiwal, który jest autentycznie dobry i wyszedł na ulicę. Można powiedzieć, że Kraków pachnie tym festiwalem – mowa o Festiwalu Kultury Żydowskiej. I faktycznie, jeżdżąc po świecie, słyszę głosy wiernych fanów tego festiwalu. Oni przyjeżdżają do Krakowa dla niego. I on generuje kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to jest wielka rzecz. Natomiast pozostałe, według mnie, są oderwane od rzeczywistości krakowskiej.
Tu pozwolę się z panem nie zgodzić. Festiwal Muzyki Filmowej związany jakby nie było z RMF-em, który kiedyś był radiem stricte krakowskim, choć potem niestety się wyniósł, moim zdaniem właśnie też przywiązywał ludzi do siebie. Słyszałem wiele wypowiedzi artystów, którzy przyjeżdżali do Krakowa zagrać na nim, że to jest jeden z większych i piękniejszych festiwali.
Ale widzi pan, ja prowokuję! Muszę w ten sposób rozmawiać, dlatego że sam pan stwierdził, że coś jest nie tak, że następuje jakby polaryzacja, dwubiegunowość. Jednak, co to oznacza, że między Antarktydą a Arktyką istnieje potężna przestrzeń do zagospodarowania. I właśnie nie zagospodarowujemy tej przestrzeni. A ta przestrzeń, jej odbiorcą jest tak zwana klasa średnia. Czyli indywidualny turysta masowy, bo taka jest teraz segmentacja według profesora Cohena. I tego w Krakowie brakuje.
Przede wszystkim to, czego mi najbardziej w Krakowie brakuje, to dialogu tak zwanej władzy z takimi ludźmi jak ja na temat turystyki. Bo z turystyki żyje, powiedzmy, pięć procent ludzi w Krakowie. To są hotelarze, knajpiarze, muzea i inni na przykład handlujący pamiątkami. Ale co szary człowiek ma z turystyki?
Tak naprawdę, nie wiele.
Może i ma, ale my o tym nie wiemy. I właśnie tutaj jest ten problem! To, co robią mądre miasta, jest realizowaniem polityki tak zwanej klasy kreatywnej. Tworzy się pewną formację ludzi, która jest awangardą rozwoju miasta, ale przede wszystkim szuka się przepisu na „klej”. Jak tych ludzi skleić. Wydarzenia w Krakowie i w większości polskich miast, to są inicjatywy oddolne takich klas kreatywnych. Tylko, że dla takiej klasy kreatywnej dobrym ojcem, jej dobrym opiekunem powinien być Prezydent miasta. On powinien zabiegać o to, żebyśmy my – kreatywni – chcieli coś robić. I tutaj wracamy do pytania, które pan zadał – dlaczego tylu naszych się od Krakowa odwraca. Dlaczego coraz więcej ludzi decyduje się w ogóle na wyjazd, dlaczego coraz mniej krakusów korzysta z tego niby „ruchomego święta”? Ale i tak, Kraków obok Warszawy, to jedyne miasta, które zwiększają liczbę mieszkańców – zwłaszcza o obcokrajowców. Zaczyna się tak, jak z Wenecją – mieszkańcy są tam w mniejszości, wielokulturowi imigranci stanowią większość. I ta prawdziwa Wenecja „się zwija” i zmierza do modelu Disneylandu.
Czyli wychodzi na to, że Kraków niby na zewnątrz się stara, niby oficjalnie coś robi, a tak naprawdę nie dzieje się nic.
Pięknie pan to ujął, jednak nie powiedziałbym, że kompletnie nic. Bylibyśmy wtedy nieuczciwi, ale zdecydowanie za mało. Bo jeżeli się powiedziało turystyczne „a”, ma się aspiracje do tego, żeby być co najmniej pierwszą ligą jak nie ekstraklasą turystyki kulturowej w Europie, to rodzi konsekwencje. I te konsekwencje są ewidentną paralelą do Lublina; że dopóki nie będziemy pracowali z lokalną społecznością, to nigdy ta turystyka nie będzie prawdziwa, ponieważ turystyka to jest podróżowanie zmysłów. I jeżeli zmysły gościa nie współgrają ze zmysłami gospodarza, to one się mijają po prostu. Dean MacCannell w „Turysta, nowa generalcja klasy próżniaczej” jasno określa, że najważniejszą atrakcją miejsca są lokalne społeczności. To ludzie odwiedzają ludzi, czyli tubylców. Jak nie będzie tubylców, albo będą w mniejszości to będzie kolorowo, ale mniej autentycznie.
Zwróciłem uwagę, że Kraków cieszy się z tego, że będzie u nas parę ekip występujących na EURO 2012. I w tym momencie z tego, co pan mówi, niewiele nam to da. Przyjadą turyści, ale żaden krakowianin nie wyciągnie z tego korzyści.
Oczywiście, że przywiozą jakieś pieniądze...
Ale to będzie krótkofalowe.
To będzie krótkofalowe, ale myślę, że jednak nasi urzędnicy nie są tacy niemądrzy. N pewno już mają jakąś taktykę wykorzystania tych ludzi, jako nośników informacji. Ja bym się nad czymś innym zastanowił. Czy powinniśmy być szczęśliwi z tego, że nastąpi eskalacja przyjazdu Anglików do Krakowa? W świetle zachowań anglo-pariasów (pariasi w Indiach to kasta najbiedniejsza, przy tym niedotykalna (nomen omen)), sądzę, że kibole z Anglii nas zrujnują. Rachunek zysków i strat wyjdzie na minus. Wystarczy się przejść po ulicach i zobaczyć jaki rodzaj turysty angielskiego nas odwiedza – doły, Panie, doły... To jest taka największa swołocz. Wie pan, kto nie mieszkał w Anglii, kto nie mieszkał dłużej na Zachodzie to nie wie, że oni tam pewnych rzeczy nie mogą, bo ich prawo jest bardzo restrykcyjne. Więc przyjeżdżają tutaj za psie pieniądze i zachowują się tak, jak widzimy. Pauperyzują nasze miasto.
To będzie tylko gorzej? Przyjadą rozwydrzeni Anglicy i Włosi i zrobią więcej szkód, niż zostawią pieniędzy?
Zobaczymy, co nam wyjdzie na dobre, a co nie. Zobaczymy, jaki będzie bilans zysków i strat. Nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że te radosne oświadczenia pana prezydenta i jego urzędników są przedwczesne. Bo mnie się wydaje, że będzie więcej kłopotów niż radości z tego powodu. No, ale żyjemy tu i teraz. Taka jest nasza rzeczywistość. Pod publiczkę, pod publiczkę.
A czy przy okazji przyjazdu tych ekip, wiadomo, że za nimi przyjadą media z tamtych krajów, wiem że bodajże Holendrzy chcą sobie zrobić studio na Wiśle, z widokiem na Wawel czy nie dałoby się tego wykorzystać, żeby przyciągnąć inny rodzaj turysty niż ci właśnie kibice?
Powiedzmy to sobie inaczej – ja jestem twórcą takiego pojęcia jak „strażnicy źródeł”. Otóż każda społeczność, która ma aspiracje, żeby wykorzystywać ruch turystyczny powinna nie tylko „małpować” pewne wzorce i iść do przodu, czyli rozwijać turystykę, ale powinna ugruntowywać mocno w swoich strukturach takie właśnie formacje jak „strażnicy źródeł”. Co to są strażnicy źródeł? To świadomi obywatele, a pośród nich liderzy, którzy budują świadomą markę terytorialną. Jednym z przywilejów marki, jest to, że marka wychowuje swoich klientów, narzuca reguły postępowania. I gdyby Kraków miał markę, to Anglicy nie zachowywaliby się tak jak się zachowują. Oni obsikują nasze miasto w przenośni i dosłownie. Dostarczam panu żywych argumentów, że Kraków marki nie ma. W moim przekonaniu, w moich kategoriach myślowych Kraków marki nie ma. I ci wszyscy, którzy mówią, że Kraków markę ma to nas w pewnym sensie okłamują, bo posiadanie marki dla pospólstwa kłóci się z ideą marki jako takiej. Marka w swoim założeniu miała być synonimem towaru ekskluzywnego o najwyższych parametrach niedostępnych dla każdego. A tu się okazuje, że byle angol, którego stać na tani przelot samolotem i na piwo dwa razy albo trzy razy tańsze, po prostu wyżywa się tutaj. Wie Pan, wszyscy się starają – i muzea i hotelarze, gastronomia, przewodnicy, a nawet „pisuardessy”... Widać zmiany na lepsze. Ale co z tego jeśli nie mamy „przepisu na klej”? Kraków nie jest marką jednofrazową, tzn. mówisz i wiesz. A to jest ideał, jak Paryż, Praga, Salzburg, czy rzeczona Wenecja. Panie Prezydencie – do roboty, trzeba wreszcie wynaleźć przepis na klej. Bo kto to ma zrobić, jak nie Pan?
Rozmawiał Jakub Zajączkowski
Komentarze |






