Krzysztof C.: "Chciała pokazać, że moja karetka jest najgorsza w całym pogotowiu"

fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

W procesie wytoczonym przez pracowników Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego przeciwko kierowniczce zespołów wyjazdowych przyszedł czas na zeznania pokrzywdzonych. Ze słów ratownika medycznego Krzysztofa C. wyłania się obraz apodyktycznej szefowej, która za wszystko karała głównie jego.

Marta S. oskarżona jest o mobbing i znęcanie się psychiczne nad siedmioma podległymi jej pracownikami – ratownikami medycznymi, kierowcami karetek i lekarzami pracującymi na kontrakcie. Kobieta nie przyznaje się do winy. Odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. Więcej o tym, co miała do powiedzenia podczas postępowania przygotowawczego, można przeczytać tutaj: "Wymagałam sumienności"

Krzysztof C. pracuje w KPR od 33 lat. To właśnie on jest przedstawiany przez oskarżoną jako osoba, która wykazała się największą niesubordynacją i za to była karana m.in. odbieraniem premii czy dodatku do pensji.

Ratownik podkreślił, że z Martą S. zna się od 20-kilku lat, mieli relacje koleżeńskie i kiedy pojawiły się informacje o tym, że może awansować na kierownik, ucieszył się. Te pozytywne emocje ostudził jeden z jego kolegów, który pracował „pod” Martą S.

– Uważałem, że to będzie odpowiednia osoba na tym stanowisku. Mój kolega nie podzielał tego entuzjazmu. Mówił, że to oni się cieszą, że od nich odchodzi. Myślałem, że były jakieś niesnaski między nimi – stwierdził Krzysztof C.

Zarzewia konfliktu ratownik doszukuje się w momencie, kiedy inny skonfliktowany z nim pracownik doniósł – według Krzysztofa C. niezgodnie z prawdą – że ten miał źle wyrażać się o nowej szefowej. – Nic podobnego nie miało miejsca. Nigdy o pani kierownik nie mówiłem, że jest ku..ą – stwierdził przed sądem.

Po kilku miesiącach od tego zdarzenia postanowił, że porozmawia z Martą S. Zaprzeczył, aby kiedykolwiek tak o niej mówił, ale przeprosił. Według słów ratownika, kierownik miała powiedzieć, że mu wierzy. – Myślałem, że to zakończy taki sposób podejścia do mnie, ale to wyzwoliło jeszcze większą agresję wobec mnie – zeznał.

Krzyk i wybiórczość

Marta S. miała krzyczeć na Krzysztofa C. w obecności nie tylko kolegów z pracy, ale też praktykantów. Jego zdaniem podważała w ten sposób jego autorytet. Poszkodowany zaprzeczył jakoby on również krzyczał na swoją zwierzchniczkę oraz groził jej zwolnieniem z pracy. – Jaki ja miałem na to wpływ? – zastanawiał się na sali sądowej.

Według ratownika medycznego Marta S. miała obarczać go winą za wszystko, co działo się na terenie pogotowia. Wyrzucała mu, że nie sprząta dyżurki, choć to pomieszczenie wspólne. Podobnie było z karetką, w której spędzał najwięcej czasu – jako ratownik i kierowca. To, że jest nieporządek, miało być winą tylko i wyłącznie Krzysztofa C.

– Za wszelką cenę starała się pokazać całej załodze, że karetka, na której miałem etat, to najgorsza, najbrudniejsza, najgorzej zadbana w całym pogotowiu – przekonywał sąd. Zdaniem Krzysztofa C., którego obowiązkiem było sprzątanie w kabinie i mycie karoserii (kiedy był kierowcą) oraz w przedziale medycznym (podczas dyżuru jako ratownik), zazwyczaj nie było na to czasu. – Człowiek się zastanawiał, czy zjeść kanapkę, iść do toalety, czy myć samochód, bo tyle jest czasem wyjazdów – stwierdził. Jednocześnie podkreślił, że zazwyczaj wywiązywał się ze swoich obowiązków.

Kierowcy mają również obowiązek zatankowania pojazdu po dyżurze. Za to został ukarany Krzysztof C., choć jak zeznawał, nie czuje się winny. Tego konkretnego dnia miał mieć dyżur na karetce świadczącej usługi transportowe. Samochód ten jeździ jedynie od godziny 9 do 19. Dzień wcześniej zadzwonił do niego kolega, który poinformował, że nie zdążył zatankować, bo spieszył się na kolejny dyżur. Krzysztof C. powiedział, że sam to zrobi przed swoją pracą. Zgłosił ten fakt dyspozytorowi i pojechał na stację paliw. Mimo wszystko został ukarany za niedopełnienie obowiązku.

Z zeznań pracownika KPR wynika również to, że miał zabieraną premię za brak butów ochronnych. Jak tłumaczył, podczas największych upałów, faktycznie nie chodził w nich cały czas. – Jednak tylko jednego dnia, kiedy zrobiłem zdjęcia innym pracownikom, 12 z nich nie miało ubranego obuwia ochronnego – dodaje. – Przede wszystkim ja byłem piętnowany za nienoszenie tego obuwia – zaznaczył Krzysztof C.

Sąd będzie wysłuchiwał na kolejnych terminach resztę pokrzywdzonych w tej sprawie.

comments powered by Disqus

Najnowsze wiadomości

Wczytaj więcej

Życie miasta

Komunikacja

Biznes

Sport

Kultura

Na sygnale