Książki, płyty i koszulki, czyli narkotyki [ROZMOWA]

fot. pixabay.com
O czym pisali oskarżeni o udział w zorganizowanej grupie przestępczej? Oceni to biegły sądowy do spraw slangu narkotykowego.

Dawid Kuciński: Sąd wyznaczył pana jako biegłego do apelacji grupy sharksów. Ma pan przeanalizować o czym pisali oskarżeni. Do tej pory niewiele osób zdawało sobie sprawę, że w ogóle istnieje biegły ds. slangu.

Jacek Wrona, biegły sądowy: Jestem biegłym trzech specjalizacji. Pierwsza to kryminologa i przestępczości narkotykowej. Jestem specjalistą w kwestii kształtu rynku narkotykowego, rodzajów, ceny i jakości narkotyków, zachowań przestępców czy metod produkcji.

Druga to właśnie slang. Dotyczy on zwrotów i wyrażeń charakterystycznych dla rynku narkotykowego. A trzecia specjalizacja związana jest z innymi przestępstwami: produkcją alkoholu, nielegalnym handlem tytoniem, bronią.

Slang to jednak specyficzna dziedzina.

Moja wiedza opiera się na doświadczeniu, ale też zasobie informacji z Internetu. To jest przecież język żywy, stworzony na ulicy. Istnieje jego kanon, który składa się z 500–600 zrozumiałych na terenie całego kraju słów. Dlatego nie ma znaczenia, czy ktoś jest z Rzeszowa czy ze Szczecina, w tej kwestii się dogadają.

Oczywiście istnieją dane regionalizmy, charakterystyczne dla danego terenu czy miasta. Choć zdarza się też tak, że jakieś słowa będą zrozumiałe tylko i wyłącznie dla jednego osiedla, a nawet kilku osób. Slang jest przede wszystkim po to używany, aby zakamuflować przekaz.

Kiedyś nie był aż tak bardzo popularny?

Nie było takiej potrzeby kamuflowania. Spotykaliśmy się w cztery oczy i rozmawialiśmy o konkretach. Jednak osoby tworzące grupy tak czy inaczej wytworzyły swój język, żeby podkreślić, iż się do danego środowiska przynależy.

W czasie, gdy popularna była narkomania kompotowa, na igłę mówiono „kolka”, a na wstrzykiwanie narkotyku do żył używano określenia „dać sobie po kablach”. Przyszedł czas na komunikatory elektroniczne i maskowanie tego, o czym się mówi.

Czyli książki, płyty, koszulki.

Wszystko jednak zależy od kontekstu. Jeśli nie ma go, to nawet rozmówcy nie będą w stanie się zrozumieć. Jak już mówiłem, jest to język żywy, pełen neologizmów, ale też słów związanych z przedmiotami codziennego użytku. Najpopularniejsza „trawa” to marihuana. Gdyby tylko tak na to patrzeć, to każdy, kto chce faktycznie kupić nasiona trawy, musiałby zostać zatrzymany.

Co do koszulek. Białe koszulki – amfetamina, zielone – marihuana. Taka historia: osoba mówi, że idzie na mecz Legii (zielone barwy) i zwraca się do swojego rozmówcy, żeby ten przyniósł mu koszulkę.

Mamy też zakamuflowane określenia dotyczące wagi. Mówi się, że wpadnie się na „dwie minutki” albo przyjdzie po „czteropak lecha” czy „dwie butelki”. A obserwacja pokazuje, że ta osoba wcale nie zmierzała do sklepu czy na stację, tylko do dilera po dwie lub cztery porcje.

Chciałbym podkreślić istotną rzecz, żeby rodzice nie żyli w błogiej nieświadomości. Przy stole rodzina je obiad. W pewnym momencie ich syn, licealista, dzwoni do kolegi i pyta, czy mają jutro sprawdzian z biologii czy chemii, bo nie pamięta. Kolega odpowiada, że z biologii. Na to dzieciak, że w takim razie przyjdzie z książką i ćwiczeniami. Rodzice zachwyceni, że syn idzie się uczyć, a oni w tym czasie omawiali transakcję narkotykową.

Czy przygotowane przez pana opinie w zakresie slangu były w jakichś sprawach dowodami kluczowymi lub przeważyły szalę w danym procesie?

Jako biegły pracuję już 15 lat, a tematyką zajmuję się 25 lat. Zdarzyło się kilkakrotnie, że tylko i wyłącznie na podstawie mojej opinii zapadały wyroki i to prawomocne. Nie było ich dużo, bo przecież zazwyczaj sądy dysponują też innym materiałem dowodowym. Pamiętam, że w Krakowie była taka sprawa i właśnie jedynym dowodem była moja opinia.

To obrona popełniła błąd, wnioskując o pana udział w rozprawie?

Jestem obiektywny. Może się zdarzyć też, że treści, które przeanalizuję, nie zakwalifikuję jako transakcję. Nie jest przecież tak, że za 100 pozytywnych dla oskarżyciela opinii dostaje pieniądze, a za 105 jeszcze dodatkowy bonus.

Dla przykładu w pewnej sprawie sąd pytał mnie, czy posiadania danej ilości, znikomej wręcz, na własny użytek może podlegać danej kwalifikacji prawnej. A ja odpowiadałem, że taka ilość nie jest w stanie zapewnić charakterystycznej dla danego narkotyku reakcji organizmu. Nie powinno się karać za śladowe ilości, mimo iż to oczywiście substancje zakazane. W każdym razie mecenasi chcą zapewne zweryfikować konkretny dowód.

comments powered by Disqus