„Mały Książę” po "krakosku"?

Ilustracja pochodzi z książki "Mały Książę" fot. Antoine de Saint-Exupery

Był już przetłumaczony na język kaszubski, mazurski, łemkowski, pruski i gwarę poznańską. Czy nadszedł czas, aby „Mały Książę” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego doczekał się tłumaczenia na gwarę krakowską? Jak się okazuje, to wcale nie taka prosta sprawa.

Малий Прінц, Līkuts Princis, Książę Szaranek, ostatnio Mały Princ. O tym, że „Mały Książę” cieszy się wśród polskich czytelników niesłabnącą popularnością, chyba nikogo przekonywać nie trzeba. I warto podkreślić, że na całym świecie książka doczekała się tłumaczenia na ponad 300 języków i dialektów.

Pod koniec listopada w Bibliotece Śląskiej odbyła się premiera „Małego Princa”. Niełatwego zadania przełożenia znanego tekstu na język śląski podjął się Grzegorz Kulik – mistrz śląskiej mowy. To dobra okazja, aby zapytać, czy w przyszłości do grona wspomnianych przekładów dołączy ten w gwarze krakowskiej?

Światowa klasyka w krakowskim wydaniu

Na początek głos ekspertów. Dr Artur Czesak, językoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, przyznaje, że z „Małym Księciem” sprawa tłumaczenia zawsze wiąże się z odruchem serca.

– Chodzi o to, żeby opowiedzieć tę filozoficzną opowieść w języku najbliższym uczuciom, który pamiętamy z dzieciństwa czy rodzinnych stron. Pod tym względem jest sens wydania tej książki. Każdy lokalny język, nawet taki, który znamy ze wspomnień czy zawiadackich przyśpiewek zawsze był zdolny do wyrażania uczuć – mówi Artur Czesak.

Talent potrzebny od zaraz

Dodaje, że do przetłumaczenia „Małego Księcia” na krakowską gwarę (i nie tylko) potrzebny jest też talent. W końcu została przejęta jako ważny składnik języka polskiego, a swoim urokiem potrafiła oczarować niegdyś krakowską inteligencję. Dzięki temu trafiła m.in. do dramatu Stanisława Wyspiańskiego „Wesele”.

– Ważne, aby nie wyszła z tego porażka tłumaczeniowa i publikacja nie była przedmiotem wyśmiewania krakowskiej gwary. Sprawa nie jest prosta, ale nie niemożliwa. Niczego wykluczać nie możemy. Przykład? Historia opowiedziana gwarą mazurską. Mówiło się, że Mazurów już nie ma, a tu proszę! Jest i „Mały Ksiażę” w języku mazurskim – śmieje się nasz rozmówca. – Dlatego też ktoś, kto wspomniane wyzwanie podejmie, musi gwarę dobrze znać i czuć ją. Gdyby ten system językowy spotkał się z wrażliwą i utalentowaną osobą, przekład jest możliwy. Ale czy taka osoba się pojawi? Nie wiadomo – zaznacza.

Przekład mało radykalny

Łukasz Mańczyk, twórca, autor m.in. tomu poezji „służebność światła” oraz książki reportażowej „Biserka”, ocenia, że przekład „Małego Księcia” na krakowską gwarę byłby wartością dodaną.

– Chociaż z powodów mniejszych różnic językowych nie byłby aż tak radykalny jak przekład na gwarę śląską. Być może dla zwiększenia tej różnicy należałoby zagrać również toposem miejsca, przez co mielibyśmy do czynienia nie tylko z przekładem, ale i adaptacją? – zastanawia się Mańczyk. – Tak na przykład Bollywood ekranizuje choćby dramaty Szekspira w indyjskich realiach – dodaje.

Podkreśla jednak, że krakowska literatura nie ma chyba aż takich niespodzianek, które nie zostały jeszcze pokazane światu.

– Ale może „Mały książę” po krakowsku czy „krakosku” zainteresuje w wyższym stopniu dziełami, które w tej gwarze zostały napisane pierwotnie i koloryt lokalny jest ich głównym motorem? – zastanawia się nasz rozmówca.

Mały Princ na ślōnsko mowa

A teraz ponownie przenieśmy się na Śląsk. „Mały Princ” ukazał się nakładem wydawnictwa Media Rodzina – podobnie jak „Książę Szaranek”. Jak powiedział nam jego dyrektor Bronisław Kledzik, po premierze książki utwierdził się w przekonaniu, że powodów „gwarowego” sukcesu publikacji jest kilka.

– Na pierwszym miejscu wymieniłbym oczywiście francuski oryginał, dzisiaj już książkę kultową. Zaraz potem idzie gwara, dialekt, narzecze, odmiana językowa. Nie jestem znawcą tajemnic języka, jednak wielu czytelników mówi mi, że mają dodatkową przyjemność, czytając lub słuchając „Małego Księcia” w swoim języku czy gwarze. Ba, kupują od razu kilka egzemplarzy, aby posłać znajomym, pochwalić się, skąd nasza mowa albo aby upewnić się, czy aby mój krewny, znajomy jeszcze pamięta mowę ojców – przyznaje Kledzik.

Będzie kontynuacja?

– Widziałem niedawno film „Kamerdyner”. Tam mówi się po kaszubsku, a najlepiej robi to Janusz Gajos grający jedną z głównych ról. Ja nie znam kaszubskiego, ale nieznajomość jednego czy drugiego słowa kaszubskiego zastąpił mi autentyzm przekazu filmowego. Prawda filmu okazała się jeszcze bardziej przekonująca – zaznacza nasz rozmówca.

Kiedy pytamy, czy wydawnictwo ma w planach wydanie „Małego Księcia” w gwarze krakowskiej czy nawet góralskiej, odpowiada: – Dzisiaj mogę powiedzieć tyle: sukces „Księcia Szaranka” i „Małego Princa” na pewno do tego zachęca – podsumowuje Bronisław Kledzik.

comments powered by Disqus