Aktualności
Wojciech Pilch, członek Aeroklubu Krakowskiego, modelarz, wicemistrz Polski w modelarstwie redukcyjno-latającym (F4H), zafascynowany lotnictwem z lat 1930 – 1950. Opowiedział mi o swojej pasji, budowaniu modeli samolotów, zdradził kilka szczegółów dotyczących tworzenia modeli jak i pracy, którą włożył by zdobyć Puchar Polski w modelarstwie.
Jak długo się Pan zajmuj modelarstwem?
Wszyscy zaczynają od dziecka, najpierw jest zajawka; buduje się modele: kartonowe, plastikowe. Zawsze lubiłem grzebać, dłubać, konstruować i tak to się zaczęło. A potem była przerwa na szkołę, rodzinę, wojsko. Jednak, gdy modelarstwo zakiełkuje w wieku nastu lat, to potem się zawsze wraca do niego.
Ile jest klas modelarstwa i dlaczego akurat tą klasą się Pan zajmuje?
Klas w modelarstwie jest dziewięć – począwszy od szybowców, elektroszybowców, modeli rakiet (gdzie też jest osiem klas), do samolotów akrobacyjnych. Najwyższą półką są repliki pomniejszone czyli modele redukcyjno-latające. Dlatego że nakład pracy włożony w tego typu modele jest ogromny. Komisja sędziowska sprawdza wierność odtworzonego modelu, na podstawie dokumentacji oryginalnego samolotu. Do tego ten model musi polecieć, tak jak latał oryginał. Na tym polega cała trudność. To jest, jak mówię, najwyższa półka modelarstwa lotniczego. Wszedłem w to, bo najbardziej mi się podoba tego typu modelarstwo. Składa się to z budowy i z przyjemności – czyli z latania.
Dużo czasu potrzeba, żeby zbudować taki model?
Takie modele jak moje, buduje się kilka tysięcy godzin. Niestety, są to bardzo czasochłonne prace. Wszystko trzeba przemyśleć, skonstruować, zastosować odpowiednie technologie. Bo to wszystko musi być mocne, a zarazem lekkie, by wzbić się w powietrze. W zasadzie takie modele konstruuje się tak, jak prawdziwy samolot. Może z innych materiałów, ale zasada jest prawie taka sama.
Wiem, że miał Pan model Focke-Wulfa, który niestety miał wypadek.
No niestety, każdemu zdarzają się pewne błędy, których się nie ustrzeże. Nie można wszystkiego przewidzieć, ale jest to kolejne doświadczenie, które człowiek zapamiętuje. W następnym modelu stara się wyeliminować wszystkie błędy. Z każdym modelem można coś zmienić, przekonstruować. Czy to technologie wykonania, czy materiał. Tak to działa, że czym człowiek starszy, tym ma więcej doświadczenia. Im więcej modeli zbudował, tym więcej modeli z tak zwanej wyższej półki.
Dużo ma Pan modeli w tym momencie? Słyszałem, że buduje Pan Thunderbolt'a P-47.
Tak, w tej chwili mam na tapecie model Thunderbolt'a, o rozpiętości skrzydeł 1,60 m. Zacząłem go budować 10 lat temu. W międzyczasie robiłem jeszcze inne modele, a teraz chcę go skończyć. Następnie chciałbym skończyć – już częściowo zbudowanego – Thunderbolt'a, tylko trochę większego. Po drodze jest też kolejny Focke-Wulf 190. Natomiast dzisiaj przywiozłem plany jeszcze innego Focke-Wulfa 190, tylko już takiego w skali 1:4 czyli 2,5 metra rozpiętości skrzydeł.
Jakie znaczenie ma wielkość samolotu?
Generalna zasada jest taka, że czym większy model tym lepiej lata. Nie boi się powierza, nie boi się wiatru – ogólnie warunków. Owszem, są pewne niebezpieczeństwa, związane z lotami tak dużymi modelami. One mają swoją masę, a jeśli na przykład braknie zasięgu czy popełni się jakiś błąd, lub choćby sprzęt zawiedzie, to szkody mogą być duże. Dlatego latamy tylko na lotnisku Aeroklubu, poza tym jesteśmy wszyscy ubezpieczeni.
Potrzeba dużo czasu, żeby opanować pilotaż takiego modelu?
Młodych adeptów się szkoli na bardzo lekkich modelach szybowców, lub na lekkich modelach z silnikami. W tej chwili technika już poszła tak bardzo do przodu, że wykorzystywane są napędy elektryczne, więc jest to w miarę bezpieczne. I dość szybko, zwłaszcza młodzi ludzie, załapują techniki lotu. Czasami jest tak, że niektórzy rezygnują z czegoś i wolą latać niż budować, a drudzy na odwrót.
Ma pan ulubiony typ samolotów?
Mnie zawsze podobały się samoloty II wojny światowej, ale też te z czasów tuż przed wojną i zaraz po niej. Tak samo jak w motoryzacji są pewne kształty, podobające się wszystkim, ponieważ są ponadczasowe. Niektórym bardziej się podobają samoloty z początku wieku XX, czyli z ery, gdy zdobywano doświadczenie w lotnictwie; inni wolą współczesne odrzutowce. Dla mnie pełną klasyką są samoloty z lat 1930 do 1950 – śmigłowe z odpowiednim brzmieniem i duszą.
Z którego modelu był Pan najbardziej dumny?
To był w zasadzie ten model Focke-Wulfa 190, który niestety miał wypadek. Po prostu on mi najlepiej latał, jak to się mówi – latał „za ręką”. Tak samo jak się jeździ samochodami. Jeden samochód jeździ tak, drugi inaczej, ale każdy kierowca wyczuje taki, którym mu się jeździ najlepiej – tak samo jest tutaj w lotnictwie.
Ma Pan już na swoim koncie spore sukcesy w modelarstwie.
Tak, w 2010 roku zdobyłem Puchar Polski w kategorii modeli redukcyjno-latających, w kategorii F4H. W 2010 wystartowałem, po raz pierwszy, również w Mistrzostwach Świata w tej kategorii i ku mojemu zaskoczeniu zająłem 8 miejsce! Jak na 1-szy „występ” na tak poważnej imprezie to dla mnie wielki sukces i teraz już wiem „w której lidze gram” w konfrontacji z resztą świata. W zeszłym roku udało mi się zdobyć tytuł wicemistrza Polski w tej klasie, niestety ze względu na to, że wypadek miał mój samolot, to pucharu już nie zdobyłem; byłem dopiero na czwartym miejscu.
W zasadzie, zaraz po podjęciu decyzji o startach w zawodach zdobył Pan puchar.
Mocno trenowałem, nawet bardzo mocno. W 2010 roku wystartowałem w pierwszych zawodach z dobrym efektem, bo udało mi się zdobyć Puchar Polski. Inni koledzy też mieli świetne modele, ale może nie szło im tak dobrze w lataniu. Natomiast już w zeszłym roku bardzo wysoko została podniesiona poprzeczka i musiałem się starać, żeby to wicemistrzostwo zdobyć, bo poziom był naprawdę bardzo wyrównany. Czułem oddech przeciwników na plecach. Wiedziałem, że czekają na każdy mój błąd, a każdy błąd to już dwa miejsca niżej. Jednak wtedy wygrana to jeszcze większa satysfakcja, a to przecież o to chodzi. To jest ten moment sprawdzianu – jest komisja sędziowska, są zawodnicy i trzeba dać z siebie wszystko. Jak to się mówi teraz albo nigdy. Tak samo jest w innych dyscyplinach, tak samo ma Justyna Kowalczyk, miał Adam Małysz – trzeba się skupić, odpuścić całe nerwy i polecieć najlepiej jak się umie
Tylko ten wypadek Panu przeszkodził w obronie pucharu?
Prawdopodobnie tak. W tej chwili mam na tyle dużo czasu i werwy do pracy, że staram się być raczej w czołówce.
Jak się przedstawia krakowskie modelarstwo na arenie polskiej i polskie na arenie światowej?
Jesteśmy w pewnych klasach potęgą w modelarstwie lotniczym. Kraków jest potęgą na pewno w kategoriach modeli rakiet, ponieważ mamy tu w klubie wielu znakomitych zawodników, którzy są w ścisłej czołówce i na Mistrzostwach Świata i na Mistrzostwach Europy. Jeśli chodzi o modelarstwo wyczynowe, to w zasadzie w tej kategorii, w której ja startuję, czyli makiet redukcyjno-latających, jest nas na razie dwóch, ale próbuję kolegów namówić do działania. Jak to się mówi: jak już jeden wystartuje, drugi sobie poradzi.
To jest bardzo drogie hobby?
Jak każde hobby, jeśli chce się być w czołówce. W zasadzie, modelarstwo dzieli się na modelarstwo rekreacyjne, gdzie w tej chwili są i możliwości zakupu sprzętu i jest dużo osób, które kupują takie modele, wyposażenie. i chcą się tylko pobawić, nacieszyć się tym. Jednak są też modelarze, którzy chcą coś więcej osiągnąć, traktować to, jako sport.
Kiedyś, jako dzieciak – jak chyba każdy – też „budowałem” modele. Wszystkie elementy były tam odwzorowane, czy Pan też musi budować wszystko od podstaw, czy na przykład silniki można gdzieś kupić w całości?
W zasadzie przy tej kategorii powinno być wszystko zrobione przez modelarza, czyli łącznie z silnikiem, kołami, podwoziem i tak dalej. Jednak ze względu na to, że taki model budujemy kilka tysięcy godzin, to część elementów się po prostu kupuje, albo ewentualnie przerabia. Można zmodyfikować tak, aby odpowiadały oryginałowi, takiemu jaki jest w dokumentacji. Także silników nikt nie robi, tylko je kupuje w odpowiednich sklepach modelarskich. Jest sporo firm na zachodzie, które produkują takie silniki. Koszt to od kilkuset do nawet kilku tysięcy dolarów, więc chcąc być w czołówce, trzeba poświęcić czasami wszystkie oszczędności, żeby kupić taki silnik.
Bycie w czołówce jest w tym momencie opłacalne? Wiem, że tutaj wchodzi satysfakcja, która jest niemierzalna, ale jak pan wspomniał, to drogi sport i chyba fajnie by było, gdyby się coś zwróciło.
No cóż, jak każdy sport, gdy dochodzi się do pewnego poziomu, zaczyna być drogi i chcąc być w ścisłej czołówce na Mistrzostwach Świata czy Europy, trzeba zainwestować spore pieniądze. Ze względu na specyfikę tego sportu, a jest to sport bardzo techniczny, dużą rolę grają koszty materiałów i wyposażenia. Za czasów mojej młodości (przed ’89-tym) modelarstwo lotnicze, zwłaszcza wyczynowe, było finansowane przez MON, Ministerstwo Sportu i Ministerstwo Oświaty. Młody człowiek, który należał do Aeroklubu lub innej modelarni np. MDK, miał talent i startował w zawodach, dostawał materiały, wyposażenie, silniki do swojego modelu – warunkiem było uczestnictwo w zawodach, mało tego, aerokluby pokrywały koszty z tym związane. Gdy człowiek był naprawdę „dobry”, dostawał się do kadry narodowej i świat stawał otworem. Teraz niestety czasy się zmieniły - niestety na gorsze, liczy się tylko kasa! To bardzo smutne, widząc ile talentów się zmarnowało, bo niestety nie podołało finansowo. Chcąc uprawiać taką dyscyplinę pomimo pasji i talentu trzeba za wszystko zapłacić samemu. Nawet zostając powołanym do Kadry Narodowej za wyjazd na MŚ trzeba zapłacić połowę kosztów! Nawet za dres reprezentacyjny trzeba zapłacić! Według mnie to skandal. Przecież reprezentuje się Państwo Polskie! Ale, niestety takie są dzisiejsze realia. Nasi dzisiejsi decydenci likwidując modelarnie, MDK-i i inne ośrodki, zasłaniając się oszczędnościami, powodują zanikanie wielu ciekawych dyscyplin. Gdy się „oglądnę za siebie” widzę pustkę, nie ma nowego „narybku”, młodzieży która by się uczyła od nas starszych tego pięknego sportu. To przerażające, obcinać młodzieży skrzydła już na starcie, zamykając rozwijanie pasji i możliwości uprawiania sportu, i wiem że to niedługo się zemści, rozwalonymi stadionami czy innymi burdami, gdzie straty będą niewspółmierne do kosztów przeznaczonych na zapewnienie młodzieży zajęcia – rozwijanie pasji, uprawianie sportu. No, ale troszeczkę mnie emocje poniosły. Wracając do meritum – ten sport niestety nie jest „medialny” jak skoki, biegi czy piłka nożna, gdzie zasady rywalizacji są bardzo proste – wyżej, dalej czy szybciej – jest bardziej „wyrafinowany”, lub „elitarny”, przez co węższa grupa się nim interesuje. Niestety, w tym sporcie nic się nie zwraca, jest tylko wielka satysfakcja z dokonanych osiągnięć.
Jak długo trwa sezon lotniczy?
Niektórzy latają nawet w zimie, ale ja zimę przeznaczam na budowę, na przygotowanie się do sezonu. Normalnie można zacząć latać tak od połowy kwietnia, kiedy są już ciepłe dni, nie wieje za mocno – wtedy zaczyna się już treningi. Od maja do września jest w zasadzie sezon najbardziej lotny, wtedy są zawody Pucharu Polski, Mistrzostwa Europy, Świata no i oczywiście Mistrzostwa Polski.
Zdąży Pan przygotować Thunderbolt'a?
Staram się, cały czas pracuję po kilka godzin dziennie. Niestety trzeba popracować dziennie te czasem cztery godziny, bo jak sobie ktoś sobie odpuszcza, to dobrego modelu nie zrobi. Staram się codziennie coś zrobić, nie mówię tu żeby budować model po osiem czy dziesięć godzin dziennie, bo to jednak chodzi o przyjemność. Trzeba czerpać satysfakcję z tego co się zrobiło. Zrobić jakiś szczegół, jakiś detal, ale koniecznie codziennie – wyznaczyć sobie etapy pracy, czyli dzisiaj robię to i to a jak to zrobię, to mam spokój do jutra. Czasami, gdy skończę dany element, a mam jeszcze na tyle czasu, to zaczynam zajmować się kolejnym. Bo jak zawsze, najgorzej jest zacząć – jak już się zacznie, to potem szybko pojawiają się efekty.
A gdyby teraz przyszło Panu zbudować, mały plastikowy model, w którym jest wszystko gotowe, trzeba tylko wyciąć, ewentualnie przypiłować i skleić. Miałby Pan z tego radość?
Oczywiście, że tak. Modelarstwo, to jest modelarstwo. Nie ma tu różnicy. Jasne, nie buduję teraz małych modeli, ale to tylko dlatego że szkoda mi czasu, który mógłbym poświęcić na większy. W czasie sklejenia plastikowego modelu, mógłbym na przykład zrobić tablicę przyrządów do dużego. Niestety życie jest tylko jedno i powoli trzeba się zacząć spieszyć z budową modeli, bo człowiek coraz starszy, zdrowie też może powoli zacząć wysiadać. Niestety nie mam już takiej pary jaką miałem 20. lat temu, nie da się już pracować przez 10 czy 12 godzin i tego nie odczuwać.
Rozmawiał Jakub Zajączkowski
Fotografie pochodzą z archiwum Pana Wojciecha Pilcha
Jak długo się Pan zajmuj modelarstwem?
Wszyscy zaczynają od dziecka, najpierw jest zajawka; buduje się modele: kartonowe, plastikowe. Zawsze lubiłem grzebać, dłubać, konstruować i tak to się zaczęło. A potem była przerwa na szkołę, rodzinę, wojsko. Jednak, gdy modelarstwo zakiełkuje w wieku nastu lat, to potem się zawsze wraca do niego.
Ile jest klas modelarstwa i dlaczego akurat tą klasą się Pan zajmuje?
Klas w modelarstwie jest dziewięć – począwszy od szybowców, elektroszybowców, modeli rakiet (gdzie też jest osiem klas), do samolotów akrobacyjnych. Najwyższą półką są repliki pomniejszone czyli modele redukcyjno-latające. Dlatego że nakład pracy włożony w tego typu modele jest ogromny. Komisja sędziowska sprawdza wierność odtworzonego modelu, na podstawie dokumentacji oryginalnego samolotu. Do tego ten model musi polecieć, tak jak latał oryginał. Na tym polega cała trudność. To jest, jak mówię, najwyższa półka modelarstwa lotniczego. Wszedłem w to, bo najbardziej mi się podoba tego typu modelarstwo. Składa się to z budowy i z przyjemności – czyli z latania.
Dużo czasu potrzeba, żeby zbudować taki model?Takie modele jak moje, buduje się kilka tysięcy godzin. Niestety, są to bardzo czasochłonne prace. Wszystko trzeba przemyśleć, skonstruować, zastosować odpowiednie technologie. Bo to wszystko musi być mocne, a zarazem lekkie, by wzbić się w powietrze. W zasadzie takie modele konstruuje się tak, jak prawdziwy samolot. Może z innych materiałów, ale zasada jest prawie taka sama.
Wiem, że miał Pan model Focke-Wulfa, który niestety miał wypadek.
No niestety, każdemu zdarzają się pewne błędy, których się nie ustrzeże. Nie można wszystkiego przewidzieć, ale jest to kolejne doświadczenie, które człowiek zapamiętuje. W następnym modelu stara się wyeliminować wszystkie błędy. Z każdym modelem można coś zmienić, przekonstruować. Czy to technologie wykonania, czy materiał. Tak to działa, że czym człowiek starszy, tym ma więcej doświadczenia. Im więcej modeli zbudował, tym więcej modeli z tak zwanej wyższej półki.
Dużo ma Pan modeli w tym momencie? Słyszałem, że buduje Pan Thunderbolt'a P-47.
Tak, w tej chwili mam na tapecie model Thunderbolt'a, o rozpiętości skrzydeł 1,60 m. Zacząłem go budować 10 lat temu. W międzyczasie robiłem jeszcze inne modele, a teraz chcę go skończyć. Następnie chciałbym skończyć – już częściowo zbudowanego – Thunderbolt'a, tylko trochę większego. Po drodze jest też kolejny Focke-Wulf 190. Natomiast dzisiaj przywiozłem plany jeszcze innego Focke-Wulfa 190, tylko już takiego w skali 1:4 czyli 2,5 metra rozpiętości skrzydeł.
Jakie znaczenie ma wielkość samolotu?
Generalna zasada jest taka, że czym większy model tym lepiej lata. Nie boi się powierza, nie boi się wiatru – ogólnie warunków. Owszem, są pewne niebezpieczeństwa, związane z lotami tak dużymi modelami. One mają swoją masę, a jeśli na przykład braknie zasięgu czy popełni się jakiś błąd, lub choćby sprzęt zawiedzie, to szkody mogą być duże. Dlatego latamy tylko na lotnisku Aeroklubu, poza tym jesteśmy wszyscy ubezpieczeni.
Potrzeba dużo czasu, żeby opanować pilotaż takiego modelu?
Młodych adeptów się szkoli na bardzo lekkich modelach szybowców, lub na lekkich modelach z silnikami. W tej chwili technika już poszła tak bardzo do przodu, że wykorzystywane są napędy elektryczne, więc jest to w miarę bezpieczne. I dość szybko, zwłaszcza młodzi ludzie, załapują techniki lotu. Czasami jest tak, że niektórzy rezygnują z czegoś i wolą latać niż budować, a drudzy na odwrót.
Ma pan ulubiony typ samolotów?
Mnie zawsze podobały się samoloty II wojny światowej, ale też te z czasów tuż przed wojną i zaraz po niej. Tak samo jak w motoryzacji są pewne kształty, podobające się wszystkim, ponieważ są ponadczasowe. Niektórym bardziej się podobają samoloty z początku wieku XX, czyli z ery, gdy zdobywano doświadczenie w lotnictwie; inni wolą współczesne odrzutowce. Dla mnie pełną klasyką są samoloty z lat 1930 do 1950 – śmigłowe z odpowiednim brzmieniem i duszą.
Z którego modelu był Pan najbardziej dumny?To był w zasadzie ten model Focke-Wulfa 190, który niestety miał wypadek. Po prostu on mi najlepiej latał, jak to się mówi – latał „za ręką”. Tak samo jak się jeździ samochodami. Jeden samochód jeździ tak, drugi inaczej, ale każdy kierowca wyczuje taki, którym mu się jeździ najlepiej – tak samo jest tutaj w lotnictwie.
Ma Pan już na swoim koncie spore sukcesy w modelarstwie.
Tak, w 2010 roku zdobyłem Puchar Polski w kategorii modeli redukcyjno-latających, w kategorii F4H. W 2010 wystartowałem, po raz pierwszy, również w Mistrzostwach Świata w tej kategorii i ku mojemu zaskoczeniu zająłem 8 miejsce! Jak na 1-szy „występ” na tak poważnej imprezie to dla mnie wielki sukces i teraz już wiem „w której lidze gram” w konfrontacji z resztą świata. W zeszłym roku udało mi się zdobyć tytuł wicemistrza Polski w tej klasie, niestety ze względu na to, że wypadek miał mój samolot, to pucharu już nie zdobyłem; byłem dopiero na czwartym miejscu.
W zasadzie, zaraz po podjęciu decyzji o startach w zawodach zdobył Pan puchar.
Mocno trenowałem, nawet bardzo mocno. W 2010 roku wystartowałem w pierwszych zawodach z dobrym efektem, bo udało mi się zdobyć Puchar Polski. Inni koledzy też mieli świetne modele, ale może nie szło im tak dobrze w lataniu. Natomiast już w zeszłym roku bardzo wysoko została podniesiona poprzeczka i musiałem się starać, żeby to wicemistrzostwo zdobyć, bo poziom był naprawdę bardzo wyrównany. Czułem oddech przeciwników na plecach. Wiedziałem, że czekają na każdy mój błąd, a każdy błąd to już dwa miejsca niżej. Jednak wtedy wygrana to jeszcze większa satysfakcja, a to przecież o to chodzi. To jest ten moment sprawdzianu – jest komisja sędziowska, są zawodnicy i trzeba dać z siebie wszystko. Jak to się mówi teraz albo nigdy. Tak samo jest w innych dyscyplinach, tak samo ma Justyna Kowalczyk, miał Adam Małysz – trzeba się skupić, odpuścić całe nerwy i polecieć najlepiej jak się umie
Tylko ten wypadek Panu przeszkodził w obronie pucharu?
Prawdopodobnie tak. W tej chwili mam na tyle dużo czasu i werwy do pracy, że staram się być raczej w czołówce.
Jak się przedstawia krakowskie modelarstwo na arenie polskiej i polskie na arenie światowej?
Jesteśmy w pewnych klasach potęgą w modelarstwie lotniczym. Kraków jest potęgą na pewno w kategoriach modeli rakiet, ponieważ mamy tu w klubie wielu znakomitych zawodników, którzy są w ścisłej czołówce i na Mistrzostwach Świata i na Mistrzostwach Europy. Jeśli chodzi o modelarstwo wyczynowe, to w zasadzie w tej kategorii, w której ja startuję, czyli makiet redukcyjno-latających, jest nas na razie dwóch, ale próbuję kolegów namówić do działania. Jak to się mówi: jak już jeden wystartuje, drugi sobie poradzi.
To jest bardzo drogie hobby?
Jak każde hobby, jeśli chce się być w czołówce. W zasadzie, modelarstwo dzieli się na modelarstwo rekreacyjne, gdzie w tej chwili są i możliwości zakupu sprzętu i jest dużo osób, które kupują takie modele, wyposażenie. i chcą się tylko pobawić, nacieszyć się tym. Jednak są też modelarze, którzy chcą coś więcej osiągnąć, traktować to, jako sport.
Kiedyś, jako dzieciak – jak chyba każdy – też „budowałem” modele. Wszystkie elementy były tam odwzorowane, czy Pan też musi budować wszystko od podstaw, czy na przykład silniki można gdzieś kupić w całości?
W zasadzie przy tej kategorii powinno być wszystko zrobione przez modelarza, czyli łącznie z silnikiem, kołami, podwoziem i tak dalej. Jednak ze względu na to, że taki model budujemy kilka tysięcy godzin, to część elementów się po prostu kupuje, albo ewentualnie przerabia. Można zmodyfikować tak, aby odpowiadały oryginałowi, takiemu jaki jest w dokumentacji. Także silników nikt nie robi, tylko je kupuje w odpowiednich sklepach modelarskich. Jest sporo firm na zachodzie, które produkują takie silniki. Koszt to od kilkuset do nawet kilku tysięcy dolarów, więc chcąc być w czołówce, trzeba poświęcić czasami wszystkie oszczędności, żeby kupić taki silnik.
Bycie w czołówce jest w tym momencie opłacalne? Wiem, że tutaj wchodzi satysfakcja, która jest niemierzalna, ale jak pan wspomniał, to drogi sport i chyba fajnie by było, gdyby się coś zwróciło.No cóż, jak każdy sport, gdy dochodzi się do pewnego poziomu, zaczyna być drogi i chcąc być w ścisłej czołówce na Mistrzostwach Świata czy Europy, trzeba zainwestować spore pieniądze. Ze względu na specyfikę tego sportu, a jest to sport bardzo techniczny, dużą rolę grają koszty materiałów i wyposażenia. Za czasów mojej młodości (przed ’89-tym) modelarstwo lotnicze, zwłaszcza wyczynowe, było finansowane przez MON, Ministerstwo Sportu i Ministerstwo Oświaty. Młody człowiek, który należał do Aeroklubu lub innej modelarni np. MDK, miał talent i startował w zawodach, dostawał materiały, wyposażenie, silniki do swojego modelu – warunkiem było uczestnictwo w zawodach, mało tego, aerokluby pokrywały koszty z tym związane. Gdy człowiek był naprawdę „dobry”, dostawał się do kadry narodowej i świat stawał otworem. Teraz niestety czasy się zmieniły - niestety na gorsze, liczy się tylko kasa! To bardzo smutne, widząc ile talentów się zmarnowało, bo niestety nie podołało finansowo. Chcąc uprawiać taką dyscyplinę pomimo pasji i talentu trzeba za wszystko zapłacić samemu. Nawet zostając powołanym do Kadry Narodowej za wyjazd na MŚ trzeba zapłacić połowę kosztów! Nawet za dres reprezentacyjny trzeba zapłacić! Według mnie to skandal. Przecież reprezentuje się Państwo Polskie! Ale, niestety takie są dzisiejsze realia. Nasi dzisiejsi decydenci likwidując modelarnie, MDK-i i inne ośrodki, zasłaniając się oszczędnościami, powodują zanikanie wielu ciekawych dyscyplin. Gdy się „oglądnę za siebie” widzę pustkę, nie ma nowego „narybku”, młodzieży która by się uczyła od nas starszych tego pięknego sportu. To przerażające, obcinać młodzieży skrzydła już na starcie, zamykając rozwijanie pasji i możliwości uprawiania sportu, i wiem że to niedługo się zemści, rozwalonymi stadionami czy innymi burdami, gdzie straty będą niewspółmierne do kosztów przeznaczonych na zapewnienie młodzieży zajęcia – rozwijanie pasji, uprawianie sportu. No, ale troszeczkę mnie emocje poniosły. Wracając do meritum – ten sport niestety nie jest „medialny” jak skoki, biegi czy piłka nożna, gdzie zasady rywalizacji są bardzo proste – wyżej, dalej czy szybciej – jest bardziej „wyrafinowany”, lub „elitarny”, przez co węższa grupa się nim interesuje. Niestety, w tym sporcie nic się nie zwraca, jest tylko wielka satysfakcja z dokonanych osiągnięć.
Jak długo trwa sezon lotniczy?
Niektórzy latają nawet w zimie, ale ja zimę przeznaczam na budowę, na przygotowanie się do sezonu. Normalnie można zacząć latać tak od połowy kwietnia, kiedy są już ciepłe dni, nie wieje za mocno – wtedy zaczyna się już treningi. Od maja do września jest w zasadzie sezon najbardziej lotny, wtedy są zawody Pucharu Polski, Mistrzostwa Europy, Świata no i oczywiście Mistrzostwa Polski.
Zdąży Pan przygotować Thunderbolt'a?
Staram się, cały czas pracuję po kilka godzin dziennie. Niestety trzeba popracować dziennie te czasem cztery godziny, bo jak sobie ktoś sobie odpuszcza, to dobrego modelu nie zrobi. Staram się codziennie coś zrobić, nie mówię tu żeby budować model po osiem czy dziesięć godzin dziennie, bo to jednak chodzi o przyjemność. Trzeba czerpać satysfakcję z tego co się zrobiło. Zrobić jakiś szczegół, jakiś detal, ale koniecznie codziennie – wyznaczyć sobie etapy pracy, czyli dzisiaj robię to i to a jak to zrobię, to mam spokój do jutra. Czasami, gdy skończę dany element, a mam jeszcze na tyle czasu, to zaczynam zajmować się kolejnym. Bo jak zawsze, najgorzej jest zacząć – jak już się zacznie, to potem szybko pojawiają się efekty.
A gdyby teraz przyszło Panu zbudować, mały plastikowy model, w którym jest wszystko gotowe, trzeba tylko wyciąć, ewentualnie przypiłować i skleić. Miałby Pan z tego radość?
Oczywiście, że tak. Modelarstwo, to jest modelarstwo. Nie ma tu różnicy. Jasne, nie buduję teraz małych modeli, ale to tylko dlatego że szkoda mi czasu, który mógłbym poświęcić na większy. W czasie sklejenia plastikowego modelu, mógłbym na przykład zrobić tablicę przyrządów do dużego. Niestety życie jest tylko jedno i powoli trzeba się zacząć spieszyć z budową modeli, bo człowiek coraz starszy, zdrowie też może powoli zacząć wysiadać. Niestety nie mam już takiej pary jaką miałem 20. lat temu, nie da się już pracować przez 10 czy 12 godzin i tego nie odczuwać.
Rozmawiał Jakub Zajączkowski
Fotografie pochodzą z archiwum Pana Wojciecha Pilcha
Komentarze |






