Aktualności
W niedzielne południe już drugi raz w Akademii Tatuażu Artystycznego Paredo odbyło się interaktywne seminarium prowadzone przez Kamila Moceta. Uczestnicy mieli szansę poszerzyć swoją wiedzę na temat sztuki tatuażu, poznać nowinki techniczne oraz na żywo zobaczyć artystę przy pracy.
Kamil Mocet od 10 lat zajmuje się wykonywaniem tatuażu artystycznego. Od 2004 roku mieszka i pracuje w Londynie, gdzie jest bardzo znany ze względu na swoją charakterystyczną technikę. Celem seminarium było ukazanie uczestnikom w praktyczny sposób sztuki tatuażu. W pierwszej części spotkania Kamil Mocet zaprezentował sprzęt, którym się posługuje, opisał jego wady i zalety. Wspólnie z uczestnikami wymienił się doświadczeniami odnośnie do konkretnych maszynek, służących do tatuażu.
- To jest trzecia maszynka niemieckiej produkcji o nazwie Thunder. Jest zdecydowanie najlepsza i najlżejsza ze wszystkich. Jest mocna ma wprowadzonych wiele zmian np. żeby robić lepiej kontur, co nie było takie łatwo w przypadku maszynki Dragonfly – mówił artysta.
Więcej zdjęć tutaj
Druga połowa seminarium polegała na tatuowaniu modelki. Uczestnicy aktywnie uczestniczyli w spotkaniu. Zadawali pytania odnośnie do techniki, cieniowania, wzoru, kolorystki oraz układu kompozycji wykonywanego na ramieniu modelki tatuażu. Projekt składał się z dwóch kwiatów lilii i kolibra. Goście często pochylali się nad wykonywaną pracą, aby z bliska przyjrzeć się technice, jaką posługiwał się artysta.
- Często może wydawać się, że wzór jest za duży w stosunku do wykonywanej partii ciała - uwierzcie nigdy nie jest za duży. Zawsze szukam w danym miejscu mięśni i zakrzywień, w których mógłbym umieścić wzór. Jeśli kompozycja zostanie dobrze rozplanowana, z każdej strony będzie interesująca – zauważył Kamil Mocet.
Artysta wspominał o początkach pracy w Londynie. Dzielił się z uczestnikami swoimi spostrzeżeniami opowiadał o różnicach odczuwania bólu u kobiet i mężczyzn.
- Jeśli chodzi o próg bólu, kobiety mają dużo większą odporność, chociaż zdarzają się różne przypadki. Również takie, kiedy klient potrafi stracić przytomność - wspominał Mocet.
Spotkanie trwało ponad 6 godzin. Wśród uczestników byli zarówno doświadczeni tatuażyści jak i nowicjusze. Goście przybyli między innymi z Krakowa, Poznania i Nysy. Organizator spotkania Robert Łypik wyrażał nadzieję na kolejne tego typu seminaria.
"Lubię challenge" – rozmowa z Kamilem Mocetem
Jak to się stało, że zostałeś tatuażystą? Skąd taki pomysł?
W 2000 roku skończyłem szkołę plastyczną w Kielcach. Chciałem zacząć pracować zaraz po szkole więc jeszcze w jej trakcie robiłem różne projekty dla studia ,,Floriańska 22”. Później Robert Łypik zaproponował mi naukę u niego. Zacząłem tatuować w 2001 roku.
Nie myślałeś nigdy, żeby zostać kimś innym?
Miałem być kamieniarzem, poważnie. Taki miałem kierunek w szkole plastycznej, miałem się w nim specjalizować i robiłem to przez 5 lat. W ogóle plan był taki, że po szkole wyjadę do Niemiec na kontrakt jako kamieniarz. Nie wyszło, w sumie dobrze. Później pojawiła się możliwość tatuowania i uczenia się tego zawodu. Co oczywiście pasowało mi bardziej niż kamieniarstwo.
Jesteś w tej branży stosunkowo krótko, a masz już ugruntowaną pozycję. Czy to zasługa Twojego charakterystycznego stylu?
Nie wiem czy to zasługa stylu, czy po prostu ciężkiej pracy i determinacji. Uważam, że w dobrym momencie zacząłem tatuować w taki sposób, a nie inny. Dobrze wstrzeliłem się czasowo, bo teraz jest mnóstwo artystów w Polsce i za granicą, którzy mają taki wielokolorowy realizm. Kiedy ja zaczynałem, nie było ich aż tak wielu.
Twoje tatuaże w większości są autorskie czy zawsze jest tak, że nie podejmujesz się projektów narzuconych?
Tak. Ponieważ wtedy jest łatwiej i bardziej interesująco. Autorskie prace zawsze cieszą, a przez długi czas robiłem rzeczy, które nie zawsze mnie cieszyły. Po tylu latach kiedy już mam możliwość robienia tylko swoich rzeczy, wolę to robić.
Swoją przyszłość wiążesz tylko z Wielką Brytanią czy chciałbyś jeszcze kiedyś wrócić do Polski?
Do Polski chyba nie, bardziej Australia albo Stany Zjednoczone. W Anglii męczy mnie już pogoda, boję się, że utknę tam na wieki. Ale plany się zmieniają, może na emeryturę wrócę tutaj. Zobaczymy.
Interes dobrze prosperuje. Czytałam, że kolejki masz do przodu na kilka miesięcy.
Akurat tak, bo w Londynie zacząłem zbierać swoją prawdziwą klientelę. Jestem tam długi czas więc zainteresowanie jest duże.
A co chciałbyś jeszcze osiągnąć? Masz jakieś konkretne cele?
To jest dość ogólne, ale jeśli swoją usługą usatysfakcjonujesz klienta, śmiejąc się, dając komuś radość z powodu tego co ma na sobie. To chyba właśnie o to chodzi. Nigdy nie byłem zwolennikiem super współzawodnictwa, nie interesuje mnie to. Wyścig szczurów nie cieszy. Ja jestem szczęśliwy w swoim studiu z moimi klientami, którzy po tylu godzinach wspólnych sesji są już moimi przyjaciółmi. Cele? Nie wiem, mam możliwość podróżowania, mam swoje studio, jeśli chodzi o ten etap jestem w 100% usatysfakcjonowany.
Masz jakiś ulubiony motyw tatuażu?
Kwiatki, tylko dlatego teraz robię kwiatki (śmiech). To nie jest tak, że mam ulubiony, ale łatwiej jest mi robić takie kwiatki, czaszki, których zrobiłem tysiąc niż rzeczy obce. Z kolei jakieś duże kompozycje czy sceny są trudniejsze. Ostatnio robiłem taki obraz Odyseusza zabijającego cyklopa. W tle są jego podróże... Była to skomplikowana rzecz, nad którą musiałem się sporo napocić. Ale lubię challenge.
Takie seminaria pomagają w nauce tatuażu?
Mnie pomagają. To zawsze jest kontakt z ludźmi, nowymi artystami, ludźmi kreatywnymi. To nakręca i motywuje do pracy. Nawet najlepsi potrzebują rozwoju, a to daje możliwość dzielenia się wiedzą z ludźmi głodnymi nauki.
Martyna Praska
Fot. Martyna Praska/lovekakow.pl
Kamil Mocet od 10 lat zajmuje się wykonywaniem tatuażu artystycznego. Od 2004 roku mieszka i pracuje w Londynie, gdzie jest bardzo znany ze względu na swoją charakterystyczną technikę. Celem seminarium było ukazanie uczestnikom w praktyczny sposób sztuki tatuażu. W pierwszej części spotkania Kamil Mocet zaprezentował sprzęt, którym się posługuje, opisał jego wady i zalety. Wspólnie z uczestnikami wymienił się doświadczeniami odnośnie do konkretnych maszynek, służących do tatuażu.
- To jest trzecia maszynka niemieckiej produkcji o nazwie Thunder. Jest zdecydowanie najlepsza i najlżejsza ze wszystkich. Jest mocna ma wprowadzonych wiele zmian np. żeby robić lepiej kontur, co nie było takie łatwo w przypadku maszynki Dragonfly – mówił artysta.
Druga połowa seminarium polegała na tatuowaniu modelki. Uczestnicy aktywnie uczestniczyli w spotkaniu. Zadawali pytania odnośnie do techniki, cieniowania, wzoru, kolorystki oraz układu kompozycji wykonywanego na ramieniu modelki tatuażu. Projekt składał się z dwóch kwiatów lilii i kolibra. Goście często pochylali się nad wykonywaną pracą, aby z bliska przyjrzeć się technice, jaką posługiwał się artysta.
- Często może wydawać się, że wzór jest za duży w stosunku do wykonywanej partii ciała - uwierzcie nigdy nie jest za duży. Zawsze szukam w danym miejscu mięśni i zakrzywień, w których mógłbym umieścić wzór. Jeśli kompozycja zostanie dobrze rozplanowana, z każdej strony będzie interesująca – zauważył Kamil Mocet.
Artysta wspominał o początkach pracy w Londynie. Dzielił się z uczestnikami swoimi spostrzeżeniami opowiadał o różnicach odczuwania bólu u kobiet i mężczyzn.
- Jeśli chodzi o próg bólu, kobiety mają dużo większą odporność, chociaż zdarzają się różne przypadki. Również takie, kiedy klient potrafi stracić przytomność - wspominał Mocet.
Spotkanie trwało ponad 6 godzin. Wśród uczestników byli zarówno doświadczeni tatuażyści jak i nowicjusze. Goście przybyli między innymi z Krakowa, Poznania i Nysy. Organizator spotkania Robert Łypik wyrażał nadzieję na kolejne tego typu seminaria.
"Lubię challenge" – rozmowa z Kamilem Mocetem
Jak to się stało, że zostałeś tatuażystą? Skąd taki pomysł?
W 2000 roku skończyłem szkołę plastyczną w Kielcach. Chciałem zacząć pracować zaraz po szkole więc jeszcze w jej trakcie robiłem różne projekty dla studia ,,Floriańska 22”. Później Robert Łypik zaproponował mi naukę u niego. Zacząłem tatuować w 2001 roku.
Nie myślałeś nigdy, żeby zostać kimś innym?
Miałem być kamieniarzem, poważnie. Taki miałem kierunek w szkole plastycznej, miałem się w nim specjalizować i robiłem to przez 5 lat. W ogóle plan był taki, że po szkole wyjadę do Niemiec na kontrakt jako kamieniarz. Nie wyszło, w sumie dobrze. Później pojawiła się możliwość tatuowania i uczenia się tego zawodu. Co oczywiście pasowało mi bardziej niż kamieniarstwo.
Jesteś w tej branży stosunkowo krótko, a masz już ugruntowaną pozycję. Czy to zasługa Twojego charakterystycznego stylu?
Nie wiem czy to zasługa stylu, czy po prostu ciężkiej pracy i determinacji. Uważam, że w dobrym momencie zacząłem tatuować w taki sposób, a nie inny. Dobrze wstrzeliłem się czasowo, bo teraz jest mnóstwo artystów w Polsce i za granicą, którzy mają taki wielokolorowy realizm. Kiedy ja zaczynałem, nie było ich aż tak wielu.
Twoje tatuaże w większości są autorskie czy zawsze jest tak, że nie podejmujesz się projektów narzuconych?
Tak. Ponieważ wtedy jest łatwiej i bardziej interesująco. Autorskie prace zawsze cieszą, a przez długi czas robiłem rzeczy, które nie zawsze mnie cieszyły. Po tylu latach kiedy już mam możliwość robienia tylko swoich rzeczy, wolę to robić.
Swoją przyszłość wiążesz tylko z Wielką Brytanią czy chciałbyś jeszcze kiedyś wrócić do Polski?
Do Polski chyba nie, bardziej Australia albo Stany Zjednoczone. W Anglii męczy mnie już pogoda, boję się, że utknę tam na wieki. Ale plany się zmieniają, może na emeryturę wrócę tutaj. Zobaczymy.
Interes dobrze prosperuje. Czytałam, że kolejki masz do przodu na kilka miesięcy.
Akurat tak, bo w Londynie zacząłem zbierać swoją prawdziwą klientelę. Jestem tam długi czas więc zainteresowanie jest duże.
A co chciałbyś jeszcze osiągnąć? Masz jakieś konkretne cele?
To jest dość ogólne, ale jeśli swoją usługą usatysfakcjonujesz klienta, śmiejąc się, dając komuś radość z powodu tego co ma na sobie. To chyba właśnie o to chodzi. Nigdy nie byłem zwolennikiem super współzawodnictwa, nie interesuje mnie to. Wyścig szczurów nie cieszy. Ja jestem szczęśliwy w swoim studiu z moimi klientami, którzy po tylu godzinach wspólnych sesji są już moimi przyjaciółmi. Cele? Nie wiem, mam możliwość podróżowania, mam swoje studio, jeśli chodzi o ten etap jestem w 100% usatysfakcjonowany.
Masz jakiś ulubiony motyw tatuażu?
Kwiatki, tylko dlatego teraz robię kwiatki (śmiech). To nie jest tak, że mam ulubiony, ale łatwiej jest mi robić takie kwiatki, czaszki, których zrobiłem tysiąc niż rzeczy obce. Z kolei jakieś duże kompozycje czy sceny są trudniejsze. Ostatnio robiłem taki obraz Odyseusza zabijającego cyklopa. W tle są jego podróże... Była to skomplikowana rzecz, nad którą musiałem się sporo napocić. Ale lubię challenge.
Takie seminaria pomagają w nauce tatuażu?
Mnie pomagają. To zawsze jest kontakt z ludźmi, nowymi artystami, ludźmi kreatywnymi. To nakręca i motywuje do pracy. Nawet najlepsi potrzebują rozwoju, a to daje możliwość dzielenia się wiedzą z ludźmi głodnymi nauki.
Martyna Praska
Fot. Martyna Praska/lovekakow.pl
Komentarze |






