Weekendowa promocja na dopalacze

Jedni oskarżeni korzystają ze swojego prawa i milczą, drudzy – wprost przeciwnie. Opowiadają o dopalaczowym biznesie, nie szczędząc szczegółów. Okazuje się, że „firma” działała na tyle prężnie, że mogła sobie pozwolić na weekendowe promocje.

Trwa proces 24 oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która trudniła się sprzedażą i dystrybucją dopalaczy. Z siatką kierowców, centralą i zamówieniami przez internet biznes kwitł. Oskarżeni nie zważali na to, że to, czym handlują, może być bardzo groźne dla zdrowia ich klientów. Grupa działała pod skrzydłami pseudokibiców Cracovii.

Na pierwszej rozprawie o tym, jak wyglądała praca w „firmie”, opowiedział jej szef, Marek K. Więcej można przeczytać w tekście: Dopalacze na telefon

Weekendowa promocja

W piątek przed sądem wyjaśnienia mogli złożyć m.in. kierowcy, którzy wozili, jak sami mówili, towar. Wśród nich jest Mateusz D., który przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale nie do tego, że popełnił przestępstwo.

Podczas przesłuchania w prokuraturze Mateusz D. opowiedział o tym, jak znalazł się w tym biznesie. Wszystko zaczęło się w noc sylwestrową 2016 roku. To wtedy Marek K., według słów oskarżonego, miał mu zaproponować pracę. – Zgodziłem się – powiedział Mateusz D.

Na początku jeździł własnym samochodem. Adresy klientów dostawał na telefon. Wkrótce zaczęli dołączać kolejni kierowcy. „Firma” się rozwinęła w taki sposób, że dostawcy pracowali na 3–4 zmiany. System był taki: dwa dni pracy, dwa dni wolnego.

Za gram towaru wraz z dostawą klienci płacili 70 zł, w Krakowie dowozów był gratis, poza granicami miasta trzeba było dopłacić ekstra 20 zł. 20–25 zł trafiało do kieszeni kierowców. – Dziennie szło około 30 działek, ja zarabiałem około 500 złotych – stwierdził.

Mateusz D. wyjaśniał, że klientela była stała. Największe obłożenie było w weekendy i dni wolne od pracy. Co ciekawe, kupując dostawali smsy z promocjami. Przy weekendowym zamówieniu można było dostać daną ilość gratis.

– Niektórzy się wkurzali, bo przychodziły im wiadomości na telefony firmowe – powiedział oskarżony.

Zdaniem Mateusza D. jego szef mówił, że wszystko jest legalne. Były kierowca nie miał pojęcia, czy Marek K. komuś podlegał. Wiedział tylko, że substancje chemiczne przychodziły w paczkach. Nie wiadomo, czy z Chin czy tylko z Łodzi – jak stwierdził inny z oskarżonych, Maciej Z.

Sam Maciej Z. zajmował się promocją. Odświeżał ogłoszenia w Internecie. Od szefa usłyszał, że wszystko jest legalne i że czuwa nad tym sztab prawników. W tej pracy znalazł się dlatego, że sam był klientem. Wśród pracowników miała to być częsta sytuacja – najpierw zamawiali, a później sami pytali, czy „firma” szuka kierowców.

comments powered by Disqus