Aktualności
Miało być łatwe zwycięstwo nad beniaminkiem, potwierdzające zwyżkę formy zasygnalizowaną w Lidze Europy. Był pełen dramaturgii mecz, po którym znów najwięcej będzie się mówić o błędzie sędziego. Wisła Kraków pokonała w Łodzi ŁKS po golach Lameya i Bitona, ale styl w jakim tego dokonała pozostawia duży niesmak.
Zaczęło się dość niespodziewanie. Już pierwszy wypad gospodarzy w pole karne Wisły zakończył się golem. Trójkową akcję Kaczmarek – Mięciel – Szałachowski, zwieńczył ładnym strzałem ten ostatni i zapachniało niespodzianką. Wyraźnie zaskoczeni takim obrotem sprawy wiślacy długo wchodzili na właściwe tory, jednak z każdą minutą coraz mocniej zarysowywała się ich przewaga na placu gry. Po pół godzinie golem udokumentował ją duet, który w ostatnich tygodniach zasłużenie zbierał największe cięgi. Po rzucie rożnym wślizgiem zagrywał piłkę Jaliens, a Lamey z najbliższej odległości wpakował ją do siatki. Wydawało się, że holenderski duet ostatecznie odkupił winy z poprzednich spotkań. Jak miało się wkrótce okazać – nadzieje były przedwczesne.
Drugi gol dla mistrzów Polski padł tuż po zmianie stron. Co prawda Bitonowi pomogła w tej sytuacji nieporadność Nowaka i Klepczarka, ale pewność z jaką Izraelczyk wykorzystuje niemal każda okazję do zdobycia gola musi budzić podziw. Objecie prowadzenia przez Białą Gwiazdę wyraźnie uspokoiło grę. ŁKS jakby przestał wierzyć, że jest w stanie odebrać rywalom jakiekolwiek punkty, natomiast Wisła kontrolowała spotkanie, ale nadała mu raczej ślimacze tempo. Nic nie wskazywało na to, czego świadkami byliśmy w końcówce.
Kiedy zegar wskazywał 79. minutę o podgrzanie sennej atmosfery drugiej połowy postarali się wspomniani wcześniej Holendrzy, a to co wydarzyło się na stadionie przy Al. Unii, przez długie lata umieszczane będzie w kompilacjach zatytułowanych „Pikarskie jaja”. W zupełnie niegroźnej sytuacji Lamey podawał do Pareiki. Trafił jednak w nadbiegającego Jaliensa i piłka niespodziewanie spadła pod nogi Marcina Mięciela. Ten przytomnie, z pierwszej piłki uruchomił Kaczmarka, który ładnym lobem pokonał bramkarza Wisły.
Najwyraźniej poziom kuriozum na zbyt niski ocenił jednak asystent sędziego Małka, który niesłusznie podniósł chorągiewkę sygnalizując spalonego! Na nic zdały się protesty gospodarzy i glówny arbiter gola nie uznał…
Sytuacja wyraźnie rozwścieczyła zawodników Probierza. Niesieni dopingiem kibiców za wszelką cenę starali się odwrócić losy meczu. Bardzo blisko byli na cztery minuty przed końcem meczu, ale na drodze do wyrównania stanął Pareiko. Ostatecznie jedyną zdobyczą łodzian pozostał gol z pierwszej części i czerwona kartka dla Golańskiego za paskudne zachowanie względem Kirma tuż przed końcowym gwizdkiem.
Przez osiemdziesiąt minut dzisiejszego meczu podopieczni Maaskanta udowadniali, że są zespołem dojrzałym, który nieprzypadkowo zdobył tytuł mistrzowski. Rozważnie i z chłodnymi głowami kosekwentnie punktowali dużo słabszego rywala, nie forsując tempa i mądrze gospodarując siłami. Niestety wydarzenia z końcówki kładą się na tych pozytywach dużym cieniem, a właściwie całkowicie je przekreślają. Zespołowi tej klasy i z takimi aspiracjami tego typu sytuacje najzwyczajniej w świecie zdarzać się nie mogą.
ŁKS Łódź – Wisła Kraków 1:2 (1:1)
1:0 Szałachowski 8’
1:1 Lamey 30’
1:2 Biton 50’
ŁKS: Vielimirović – Golański, Łabędzki, Klepczarek (89’ Smoliński), Kaczmarek – Nowak (61’ Romańczuk), Łukasiewicz, Kascelan, Szałachowski (75’ Bykowski) – Mięciel, Saganowski
Wisła: Pareiko – Lamey, Jaliens, Chavez, Paljić – Wilk, Nunez (88’ Diaz), Garguła (90+4’ Czekaj) – Iliev (70’ Boguski), Biton, Kirm
Żółta kartka: Klepczarek (ŁKS), Boguski (Wisła)
Czerwona kartka: Golański (ŁKS)
Sędziował: Robert Małek (Zabrze)
Widzów: 3387
źródło: własne
dodał: MS
Komentarze |






