Aktualności
O wyborach, o jego pozycji w Platformie Obywatelskiej i o Krakowie rozmawialiśmy z posłem PO, inicjatorem akcji "Kierunek Kraków" i kandydatem na posła Łukaszem Gibałą, zapraszamy do przeczytania wywiadu.
Na początek - proszę powiedzieć coś o sobie, czym zajmował się Pan w swoim życiu?
Przed polityką pomysłów było kilka, dwa z nich zrealizowałem. Po obronie pracy magisterskiej postanowiłem zająć się nauką, zrobić doktorat. Pracę doktorską chciałem napisać z logiki i zacząłem szukać naukowców, którzy się w tym specjalizują. Tak znalazłem prof. Plantingę na amerykańskim University of Notre Dame. Napisałem do niego list i ku mojemu zdziwieniu zostałem zaproszony do USA na roczne stypendium. No i udało się, pojechałem, napisałem tam doktorat. Władze tej uczelni zaproponowały mi pracę, ale zdecydowałem się wrócić do kraju i doktorat obroniłem już tutaj, na UJ.
Ale ciągnęło mnie też w stronę biznesu. Pracowałem przez jakiś czas jako specjalista ds. inwestycji w dużej krakowskiej firmie, ale to mi jakoś nie wystarczało. Razem ze znajomym, który od lat pracował w branży turystycznej, postanowiliśmy spróbować własnych sił i założyliśmy dwie firmy: TravelTECH i TravelOVO. Pierwsza tworzy specjalistyczne oprogramowanie dla branży turystycznej, a druga sprzedaje kompleksowo usługi turystyczne. Poszło całkiem nieźle, ale jak zostałem posłem, pozbyłem się udziałów w obu firmach, żeby uniknąć jakiegokolwiek konfliktu interesów. Zrobiłem tak, bo poza lobbowaniem w sprawach krakowskich chciałem też w sejmie zająć się gospodarką, ułatwieniami dla przedsiębiorców.
Dlaczego zdecydował się Pan “wejść” w politykę? Był Pan biznesmenem, co lub kto Pana nakłonił do rozpoczęcia swojej przygody z polityką? Proszę również powiedzieć coś o swoich politycznych początkach.
Nie namawiał mnie nikt, to był mój własny pomysł, potrzeba. Pamiętam, jak czekałem na moje pierwsze wybory – te, w których po raz pierwszy mogłem głosować. To były wybory prezydenckie w 1995 roku, niespełna 2 miesiące po moich 18 urodzinach. To było duże przeżycie, duże poczucie, że mam jakiś wpływ na to, co się wydarzy w skali kraju. I ta potrzeba wpływu powoli rosła, samo głosowanie w wyborach mi nie wystarczało. Kilka lat później zostałem asystentem Jana Rokity – pisałem dla niego interpelacje. Rokita zaimponował mi swoją niezależnością i inteligencją, te cechy zresztą nadal najbardziej cenię u polityków. Zapisałem się do Platformy. Lubię coś tworzyć zupełnie od początku, więc postanowiłem założyć własne koło w ramach PO. Tak powstało Koło Edukacji, dziś jedno z największych kół Platformy w Polsce; przez kilka lat byłem jego szefem, później oddałem pałeczkę innym. W 2006 postanowiłem spróbować swoich sił w wyborach i wystartowałem do małopolskiego sejmiku. Udało się, zostałem najmłodszym radnym w klubie PO. Powierzono mi przewodniczenie jednej z dwóch najważniejszych komisji – tej odpowiadającej za podział środków unijnych na poziomie województwa. Moim idee fixe w sejmiku było doprowadzenie do usamodzielnienia się i rozwoju lotniska w Balicach – czyli przekazania dodatkowych gruntów przez MON i zarządzania portem samorządowi przez warszawskiego właściciela. W sejmiku szybko się przekonałem, że kluczowe są dla nas, dla Krakowa, decyzje zapadają w Warszawie, stąd decyzja startu w przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Potem były 4 lata pracy jako posła – na początku wdrażanie się, poznawanie mechanizmów, próby przebicia się z własnymi – młodego posła – pomysłami. Dzięki ciężkiej pracy się udawało. Półtora roku temu dałem się namówić na start w wewnętrznych wyborach w Platformie. Zmierzyłem się z Ireneuszem Rasiem i wygrałem, zostałem szefem krakowskiej PO. I tak w tej przydługiej historii dotarłem do punktu, w którym teraz jestem – po czterech latach „posłowania” postanowiłem robić to nadal, bo widzę dla siebie wciąż dużo do zrobienia.
Dlaczego Platforma Obywatelska?
Rok w Stanach dał mi dużo. Miałem okazję mieszkać w niesamowitym kraju, z prężną gospodarką, opartą na wolnym rynku z prawdziwego zdarzenia, i z dojrzałą demokracją. Ugruntowałem się w przekonaniu, że w tę stronę Polska powinna się rozwijać. Dla Platformy te dwie sprawy były kluczowe. Powstała jako ugrupowanie liberalne gospodarczo, opowiadające się za obniżkami podatków, walką z biurokracją i upraszczaniem życia polskim przedsiębiorcom. Sam miałem spore doświadczenie właśnie jako przedsiębiorca, który musiał zmagać się z nieraz absurdalnymi przeszkodami natury prawno-administracyjnej. Ponadto w PO podobał mi się nacisk na budowę społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, czego brakowało mi w innych partiach, nadmiernie zajętych samymi sobą. No i wreszcie w szerokim spektrum światopoglądowym Platformy mieściłem się ze swoim liberalnym podejściem do spraw obyczajowych.
Proszę opowiedzieć nam o swojej dotychczasowej politycznej działalności, na czym skupiał się Pan jako poseł, co Pan robił w Sejmie?
Tą moją działalność w ostatnich 4 latach można podzielić na dwa obszary. Po pierwsze, skupiałem się na lobbowaniu w sprawach krakowskich. Tak udało się wreszcie wywalczyć m.in. dodatkowe 33ha gruntów dla lotniska w Balicach, niezbędne do jego rozbudowy, dodatkowe 350 mln na rozbudowę Kampusu UJ, zlokalizowanie właśnie w Krakowie prestiżowego Narodowego Centrum Nauki. Drugim moim priorytetem było upraszczanie przepisów, zwłaszcza w kierunku ułatwiania przedsiębiorcom prowadzenia własnej działalności – i tu też sporo się udało. Pracowałem m.in. nad ustawą o osobistej majątkowej odpowiedzialności urzędników za podjęte decyzje. Dzięki niej w dużej mierze udało się ograniczyć „wszechmoc” urzędniczą – jeśli urzędnik swoją nieżyczliwością i niekompetencją doprowadził firmę do upadku, zapłaci za to z własnej kieszeni. Ale ta ustawa poprawiła też zwykłą, codzienną obsługę obywateli w urzędach. Drugą ważną ustawą, którą współtworzyłem, była nowelizacja prawa zamówień publicznych. Dzięki niej można wykluczyć z przetargów nierzetelnych wykonawców. Mówiąc najprościej, firma, która już raz pokazała się ze złej strony, nie ma szansy na wygranie przetargu. Gdyby ta nowelizacja była wprowadzona wcześniej, być może już tej jesieni jeździlibyśmy nową A2. Kolejną istotną zmianą, do której udało mi się doprowadzić, była pierwsza w Polsce kompleksowa nowelizacja prawa pod kątem likwidacji barier dla rowerzystów. To był duży krok w kierunku dorównania europejskim standardom.
Co stało się, że jakiś czas temu zabrakło dla Pana miejsca na listach PO w tych wyborach? Proszę o opisanie tej sytuacji z Pana strony.
W maju, kiedy regionalne władze PO zgodnie z sugestią posła Ireneusza Rasia, przewodniczącego małopolskich struktur Platformy, stworzyły wstępną listę do Sejmu, na której w ogóle nie było mojego nazwiska, byłem szczerze mówiąc kompletnie zaskoczony. Nie rozumiałem tej decyzji wtedy i nie rozumiem jej dziś. Mimo że domagałem się – jak i media – jakiegoś uzasadnienia, niczego rzeczowego dotąd w tym temacie nie usłyszałem. Najlepszym dowodem na brak merytorycznych argumentów niech będą słowa samego posła Rasia, który tłumaczył dziennikarzom: „Tak nam wyszło”. Wiem, że nie zawsze byłem w stu procentach posłusznym posłem, zdarzało mi się głosować niezgodnie z dyscypliną partyjną wtedy, jeśli to głosowanie kłóciło się z moim wyborczym programem i tym, co wcześniej deklarowałem moim wyborcom. Faktem też jest, że jako liberał również w kwestiach światopoglądowych, jestem wśród krakowskich posłów PO wyjątkiem, tak samo jak z resztą i na obecnej liście do sejmu w naszym okręgu. To jedyne dwa powody tej próby nieumieszczenia mnie na liście, jakie przychodzą mi na myśl. Jednak finalnie stało się tak, jak się spodziewałem – władze krajowe zmieniły tę listę. Premier Tusk zdecydował, że to wyborcy najlepiej zweryfikują moje działania jako posła.
Później jednak okazało się, że miejsce dla Pana się znalazło... 19. Jak Pan zareagował na tę decyzję? Dlaczego jest Pan tak "odsuwany" przez władze partii? A może ktoś za tym stoi?
To fakt, że miejsce 19 jest dla mnie, jako posła i szefa krakowskiej PO, dalekie od oczekiwań. Nie ma żadnych merytorycznych argumentów dla takiej decyzji. Sądzę, że jako poseł robiłem najlepiej jak potrafię to, co do mnie należy. Tego dowodem może być choćby poparcie, jakiego w tych wyborach udzielił mi Grzegorz Schetyna, argumentując, że jego zdaniem sprawdziłem się jako poseł i powinienem znaleźć się w Sejmie w kolejnej kadencji. Kto lepiej niż Marszałek Sejmu może ocenić pracę posłów?
A wracając do przyczyn, o które Pan pyta – mogę tylko podejrzewać, że i w tym przypadku – ponieważ poseł Raś zasiada we władzach krajowych PO – zaważyły te same nieznane mi przesłanki, co w przypadku majowej decyzji o wstępnym kształcie listy krakowskiej bez Gibały. Jednak z takim samym spokojem, z jakim czekałem na finalny kształt listy, czekam teraz na decyzję krakowian, którą poznamy w powyborczy poniedziałek. Bo tylko wyborcy zadecydują o tym, kto znajdzie się w Sejmie. Przy podziale mandatów liczy się tylko ilość oddanych głosów na danego kandydata, a nie jego miejsce na liście. Cztery lata temu również startowałem z miejsca w drugiej dziesiątce i w Sejmie się znalazłem, moje dokonania i program doceniło wtedy 11,5 tys. krakowian.
Rozpoczął Pan w Krakowie inicjatywę Kierunek Kraków. Dlaczego? Po co? Czy ta inicjatywa nie spowodowała właśnie konfliktu z Platformą?
„Kierunek Kraków” wymyśliłem tuż po wygranych przez krakowską PO wyborach samorządowych. Mocno pracowaliśmy na to zwycięstwo i uważałem, że musimy jak najlepiej je wykorzystać, jak najlepiej pracować przez te kolejne cztery lata. Politycy mogą i powinni mieć swoje hipotezy, ale powinni je nieustannie sprawdzać, ciągle wracać do tych, którzy ich wybrali. Nie mogą działać w próżni, muszą na bieżąco poznawać oczekiwania tych, dla których pracują. Jesienią ubiegłego roku wymyśliłem więc, że przeprowadzimy taką szeroką rozmowę o Krakowie z krakowianami. Pomysł skonkretyzował się w akcję, która stała się największymi chyba w historii naszego miasta konsultacjami społecznymi. Okazało się, że ze strony mieszkańców jest ogromna potrzeba takiej rozmowy – ankiety wypełniło przecież prawie 40 tys. osób! Dziś znam już wnioski z ankiet, wiemy, jakie są zdaniem krakowian największe problemy miasta, gdzie wystawiają mu najwyższą ocenę, jaki Kraków chcieliby widzieć w perspektywie kilkunastu – kilkudziesięciu lat. To jest wiedza, której nie można lekceważyć i którą zamierzam się podzielić z każdym, kto będzie gotów zrobić z niej użytek. W najbliższych dniach przekażę pełny raport wszystkim krakowskim decydentom. Mam nadzieję, że nie wyląduje w szufladach.
Porozmawiajmy o Krakowie. Pan, jako jedyny z Platformy w głosowaniach nad budżetem zagłosował “po krakowsku”, wspierając S7 w Krakowie. Poseł Raś w ostatniej debacie z Andrzejem Dudą stwierdził, że tamta poprawka do budżetu mówiła tylko o kilkunastu mln złotych, podczas gdy Kraków na tę drogę potrzebuje setek milionów zł - więc tak naprawdę głosowanie za nią nie miało sensu, co Pan na to?
Rzeczywiście, zagłosowałem wówczas niezgodnie z dyscypliną partyjną. Platforma niezwykle rzadko naraża mnie na takie trudne decyzje, bo prawie zawsze zgadzam się z kierunkiem, w którym idzie. Tutaj, wyjątkowo, było inaczej. Z jednej strony na szali stała dyscyplina partyjna, a z drugiej – dobro Krakowa. Dyscyplina partyjna jest bardzo ważna – jest jednym z elementów stabilizujących scenę polityczną. Z drugiej strony uznałem jednak, że ja – jako lider krakowskiej PO – nie mogę nie zagłosować za; że muszę wybrać dobro naszego miasta i ponieść konsekwencje tego wyboru, nawet jeśli tą konsekwencją będzie przesunięcie mnie dopiero na 19 miejsce na liście kandydatów do Sejmu. Dziś zrobił bym tak samo. Nie zgadzam się z argumentacją posła Rasia. Poprawka przeznaczała na budowę wschodniej obwodnicy Krakowa 17 mln złotych. Jest to dokładnie taka kwota jaka jest potrzebna na budowę obwodnicy w pierwszym roku realizacji tej inwestycji. Przeznaczanie większych sum byłoby nieracjonalne, gdyż GDDKiA i tak by ich nie wykorzystała w przeciągu roku, a budżet jest planem finansowym państwa w perspektywie jednego roku właśnie. Niemniej zawsze jest tak, że jeśli rozpocznie się tego typu inwestycję z budżetu państwa, to środki na jej kontynuację znajdują się w budżetach na kolejne lata.
Co dalej ze Wschodnią Obwodnicą, drogą S7 i Północną Obwodnicą Krakowa? Od kilku miesięcy słyszymy obietnice o załatwieniu finansowania Wschodniej Obwodnicy - ale na obietnicach się kończy...
Minister Grabarczyk złożył najpierw mnie, a potem również prezydentowi Krakowa i marszałkowi województwa obietnicę – obiecał przekazać na wschodnią obwodnicę środki zaoszczędzone na innych przetargach. Liczę, że w tym roku ta obietnica zostanie spełniona. Niezależnie od tego musimy wszyscy cały czas o tej sprawie przypominać – zarówno my, politycy, jak i Państwo – media, ale też mieszkańcy Krakowa. Tylko takie wspólne działanie przynosi pożądane efekty. Ja mogę zadeklarować, że - niezależnie od tego, czy znów będę posłem, czy nie – wykorzystam wszelkie dostępne mi sposoby w walce o pieniądze na wschodnią obwodnicę i inne, ważne dla Krakowa i Małopolski inwestycje drogowe: obejście północne, dokończenie „Zakopianki”, S7 w kierunku Warszawy czy Beskidzką Drogę Integracyjną – ekspresowe połączenie Krakowa z Bielskiem-Białą. Decyzje dotyczące tych wszystkich inwestycji zapadną w najbliższych czterech latach i trzeba zrobić wszystko, żeby były pozytywne i żeby zostały podjęte jak najszybciej.
No właśnie, a co z "Zakopianką"? Kiedy w końcu uda się wybudować normalne, europejskie połączenie między stolicą Tatr i Krakowem? A przecież Zakopianka to oprócz połączenia z Krakowem - okno Zakopanego na cały kraj.
Jak wspomniałem przed momentem, zaliczam dokończenie „nowej Zakopianki” do priorytetów. W tej sprawie ogromne szkody poczyniły niestety... lokalne środowiska, m.in. Federacja Obrony Podhala, które za swoją naczelną ideę obrały paraliżowanie prac nad przebudową „Zakopianki” na odcinku łączącym Nowy Targ z Zakopanem. W przypadku tego odcinka trudno prognozować, kiedy uda się odblokować prace. Natomiast z informacji przekazywanych przez GDDKiA oraz resort infrastruktury wynika, że w kolejnej perspektywie finansowej Unii Europejskiej, tj. w latach 2014-2020, uda się wreszcie wybudować drogę ekspresową pomiędzy Lubniem a Rabką (która miała zostać zrealizowana w latach 2008-2011) oraz pomiędzy Rdzawką a Nowym Targiem (modernizacja tego odcinka pierwotnie była zaplanowana na lata 2011-2012, ale też zostanie opóźniona). Warunkiem, żeby tak się stało, jest jednak, aby w parlamencie reprezentowali Kraków posłowie, którzy nie będą się bali upominać o dobro Krakowa. W przeciwnym razie inwestycje te znowu mogą się opóźnić kosztem inwestycji z innych, lepiej zorganizowanych w aspekcie lobbingu politycznego, regionów.
Kanał Ulgi w Krakowie. Co Pan na to? Został zapisany w „Programie ochrony przed powodzią w dorzeczu górnej Wisły”, ale “ze względu na możliwości finansowe i rzeczowe program będzie realizowany w dwóch okresach: 2011–2020 i 2021–2030”. Czy możemy liczyć, że będzie się Pan starał o jak najszybszą realizację tej inwestycji? Czy jest Pan jej przeciwny?
Zdecydowanie tak. Sam mocno lobbowałem za umieszczeniem Kanału Ulgi w tym rządowym programie i udało się – zaplanowano na jego budowę 1,2 mld złotych. Pomysł tej inwestycji moim zdaniem jest trafny z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, Kraków wielokrotnie doświadczył poważnych strat wskutek wylewów Wisły, także podczas zeszłorocznych powodzi. Trzeba więc jakoś rozwiązać ten problem, choć oczywiście sam Kanał nie będzie tutaj wystarczający i konieczne są równoległe inne działania, np. budowa polderów w okolicach miasta, które w razie potrzeby „pochłaniałyby” nadmiar wody płynącej w nurcie Wisły. Jednak i Kanał Ulgi okazałby się tutaj pomocny, bo ochroni historyczną część Krakowa. Ponadto jego budowa stworzyłaby dodatkowe możliwości rozwoju dla naszego miasta – i to jest drugi kluczowy powód, dla którego budowie Kanału mówię „tak!”. Chodzi o to, że w razie realizacji tego przedsięwzięcia część miasta stałaby się wyspą na Wiśle, co dodatkowo zwiększyłoby atrakcyjność turystyczną Krakowa, oczywiście pod warunkiem budowy odpowiedniej infrastruktury. Zdaję sobie, rzecz jasna, sprawę z dużych kosztów powstania Kanału Ulgi (związanych zwłaszcza z koniecznością wykupu działek i budowy mostów), ale uważam, że w dłuższej perspektywie czasowej „gra jest warta świeczki”, zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy już gwarancję pomocy finansowej z budżetu centralnego. Tej szansy nie można zmarnować. Ponadto w odpowiedzi na moje zapytanie poselskie dotyczące Kanału ówczesny wiceszef MSWiA podkreślił, że w „Programie ochrony przed powodzią w dorzeczu górnej Wisły” tak rozpisano koszty, aby możliwe było dokonywanie przesunięcia środków finansowych już w trakcie realizacji tego programu, o ile tylko przesunięcia te będą oczywiście merytorycznie uzasadnione. Odpowiedź, którą otrzymałem z ministerstwa, rozwiewa wątpliwości, jakie w sprawie kanału ulgi wyraża prezydent Krakowa. Ministerstwo po zapoznaniu się z ekspertyzami jednoznacznie odpowiedziało mi, że „przedsięwzięcie to przyczyni się do zmniejszenia zagrożenia powodziowego miasta Krakowa”. Będę wspierał jego realizację z całych sił.
Czy nie uważa Pan, że naszemu miastu brakuje “pozytywnego lobbingu” w stolicy? Czy nie sądzi Pan, że Kraków jest bardzo często pomijany przez władze naszego państwa? Kraków potrzebuje silnej i aktywnej reprezentacji.
Tego rodzaju lobbingu faktycznie wciąż trochę nam brakuje. Nie jest jednak też tak, że w ogóle go nie ma i Kraków jest zupełnie pomijany. Dość powiedzieć, że w efekcie solidarnych starań krakowskich posłów PO udało się w mijającej kadencji Sejmu wywalczyć dla Krakowa zlokalizowanie siedziby nowej, bardzo ważnej instytucji, jaką jest Narodowe Centrum Nauki czy np. zwiększenie środków na budowę Kampusu UJ. Z drugiej strony rozczarowany jestem „lobbingiem drogowym”. W tym zakresie faktycznie wciąż pozostaje wiele do zrobienia i będę starał się wpływać mocno także na moich partyjnych kolegów, aby z większą determinacją przekonywali decydentów w Warszawie do walki o Małopolskę. Nie da się bowiem ukryć, że niektóre regiony wypadają w konkurencji z nami w tej akurat dziedzinie lepiej, czego przykładem jest choćby region łódzki, z którego pochodzi obecny minister infrastruktury. Niektórzy krytykują mnie za to, że opowiadam się za silnym wsparciem dla swojego regionu i twierdzą, że poseł ma być przedstawicielem całego narodu. To prawda, tyle że poseł troszcząc się o jak najlepsze prawo dla całego kraju, nie powinien zupełnie zapominać o swojej małej ojczyźnie. Zresztą nieprawdziwe są twierdzenia, że wschodnia i północna obwodnica Krakowa to sprawy czysto partykularne, bo przecież nie tylko mieszkańcy Krakowa będą z nich korzystać. Budowa kompletnej obwodnicy Krakowa leży przecież także w interesie kierowców z całej Polski, a nawet Europy, którzy dzięki tej drodze unikną nieraz bardzo długiego oczekiwania w korkach!
Co może Pan obiecać krakowianom, co chce Pan zrobić i załatwić dla Krakowa i regionu? Na co nasze miasto i region może z Pana strony liczyć?
Kluczowe dla mnie są dla mnie te wszystkie inwestycje drogowe, o których rozmawialiśmy przed momentem. Nie tylko dlatego, że rozładują korki czy ułatwią codzienne życie mieszkańców, ale także dlatego, że wyraźnie zwiększą atrakcyjność inwestycyjną całej aglomeracji krakowskiej. A dzięki nowym inwestorom będziemy mieli nowe miejsca pracy, co rozwiąże jeden z ważnych problemów – wskazywanych przez krakowian miedzy innymi w ankietach akcji „Kierunek Kraków”. Dopilnuję również modernizacji trakcji kolejowej na trasie Kraków – Warszawa tak, by pociągi mogły kursować z prędkością 250 km/h – to wreszcie skróci czas przejazdu do obecnej stolicy. Wśród moich najważniejszych założeń programowych jest też ściąganie właśnie do Krakowa prestiżowych instytucji o charakterze ogólnopolskim, takich jak Narodowe Centrum Nauki, którego lokalizację w Krakowie wywalczyłem. Nie może być tak, że wszystko co ważne powstaje w Warszawie. Zamierzam również opracować i walczyć o uruchomienie nowego programu operacyjnego pod nazwą „Metropolie”. Byłby to specjalny program na inwestycje w największych polskich miastach – analogiczny do działających już specjalnych programów dla polskiej wsi. Dzięki temu w nowej perspektywie finansowej środków unijnych Kraków będzie miał dużo większe możliwości pozyskiwania pieniędzy z UE na duże projekty. Jest to niezbędne dla rozwoju miasta, bo z własnych funduszy, bez wsparcia z budżetu UE, Kraków nie zrealizuje najbardziej potrzebnych inwestycji nawet w perspektywie 20 lat!
Kończąc... Kraków zasypany i zaklejony jest Pana materiałami reklamowymi, coraz większej liczbie krakowian to przeszkadza. Czy nie przesadza Pan z tą ilością? Szczególnie chodzi mi o naklejane plakaty, które są w przeróżnych miejscach i mówiąc szczerze - negatywnie wpływają na miejską przestrzeń.
Od tygodni niemal codziennie rozdając moje ulotki rozmawiam z krakowianami na ulicach miasta i, szczerze powiedziawszy, tylko kilka razy spotkałem się z opinią, że moja kampania jest „zbyt intensywna”. Z pewnością na dzień dzisiejszy nie jestem – choć może chciałbym być – najbardziej widocznym kandydatem na ulicach Krakowa. Pewnym problemem, z którym już się uporaliśmy, była pewna nadgorliwość młodych ludzi, wolontariuszy wieszających moje plakaty. Zdarzyło się kilka sygnałów, że wiszą one w miejscach, w których wisieć nie mają prawa. W takich przypadkach reagujemy natychmiast i plakaty są usuwane. Kampania wyborcza niestety rządzi się swoimi prawami, opiera się na pracy wolontariackiej, której nie da się w pełni kontrolować. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której codziennie do sztabu przychodzi kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt osób, które proszą o wydanie materiałów wyborczych, zapewniając, że będą je kolportować zgodnie z prawem. Trudno im odmawiać wydania materiałów, ale tym bardziej trudno w 100% zapanować nad tym, co się z tymi materiałami dzieje, jeśli już zdecydujemy się te materiały wydawać. Zapewniam jednak, że ja i mój sztab robimy wszystko, żeby incydentów z moimi materiałami było jak najmniej.
Komentarze |






