Z główki. Jak niewinne pytanie mogło doprowadzić do przewrotu w Wiśle

Arkadiusz Głowacki fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Witajcie! W ubiegłym tygodniu, po długiej nieobecności, wróciłem na boisko. Przekonałem się, że zakończenie kariery nie było złą opcją. Wszystko mnie boli... A skoro „odezwały się” mięśnie i inne części ciała, przypomniało się też kilka śmiesznych i śmieszno-strasznych historii.

Zacznę od Franciszka Smudy, który prawdopodobnie z tego tekstu w końcu się dowie, kto tak naprawdę sfaulował go podczas sparingu w Turcji. Graliśmy z Chińczykami i nagle dwóch zawodników walczących o piłkę wpadło w trenera stojącego tuż przy linii bocznej. Smuda był przekonany, że krzywdę wyrządził mu zawodnik rywali i do tego zrobił to specjalnie! Miał rozciętą łydkę na kilka szwów, ale zdążył wyprowadzić cios w niewinnego Chińczyka. Tymczasem winny był nasz Dziki Donald, czyli Wilde-Donald Guerrier.

Ja akurat nie grałem i razem z innymi, którzy siedzieli dwa piętra wyżej od ławek, mieliśmy niezły ubaw. Nagraliśmy nawet film, jak później trener o kulach przechodzi z autokaru do windy. Smuda jednak dzielnie to zniósł i po dwóch dniach stwierdził, że nie będzie z nimi chodził.

W czasach Macieja Skorży zdarzył się nam obóz w Hiszpanii, podczas którego biliśmy się z rywalami w każdym sparingu. Po meczu z Rosjanami – pamiętam, że grał tam wtedy Artiom Dziuba – trener zebrał całą drużynę i rzekł: „K... m..., mam tego dość. Nikt już z wami nie chce grać”. Następnego dnia za karę musieliśmy biegać o siódmej rano. Po latach oceniam to jednak pozytywnie, bo było widać, że drużyna była scementowana i jeden za drugim skoczyłby w ogień. Chociaż akurat w tym meczu to bić musiałem się głównie ja.

REKLAMA

Słowo Dana Petrescu było święte, o czym przekonaliśmy się razem z Maćkiem Stolarczykiem. Niewiele brakowało, by niewinne pytanie doprowadziło do przewrotu w klubie.

Trener zaplanował odprawę po treningu lub przed zajęciami – już dobrze nie pamiętam – a my poszliśmy zapytać, czy mogłaby się odbyć następnego dnia. Ja od razu wiedziałem, że to jest zły pomysł, ale Maciek odważył się i spytał, czy jest taka możliwość. W pokoju Rumuna wszystko latało i zaczął nas wyzywać od „Polish fucken stars”. Od razu udał się do Ludwika Miętty-Mikołajewicza i chciał się zwolnić. Na szczęście, z dużą pomocą ówczesnego kierownika Marka Koniecznego, udało się go udobruchać.

Petrescu miał swoje zasady i sztywno się ich trzymał. Słowa szefa były święte i nie do negocjacji. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale szybko się nauczyliśmy.

Kupę śmiechu mieliśmy z kolei podczas pierwszego wyjazdu kadry olimpijskiej za kadencji Pawła Janasa. Jeden z naszych kolegów wpadł na pomysł, że kupi tacie pięciolitrowego Johnniego Walkera... Byliśmy młodzi, nie mieliśmy kasy, oszczędzaliśmy. Reprezentant zwietrzył okazję w strefie bezcłowej i szybko dokonał zakupu. Jak się domyślacie, trudno było schować tak dużą butelkę do plecaka, więc wiózł ją na kółeczkach przez całe lotnisko, w drodze na samolot do Bułgarii. Mecz był niezły, skończyło się 2:2. Nie wiem tylko, czy trunek wracał z nami do kraju.

Arkadiusz Głowacki

comments powered by Disqus

Najnowsze wiadomości

Wczytaj więcej

Życie miasta

Komunikacja

Biznes

Sport

Kultura

Na sygnale