Artykuł

Chciał, aby hotel nazywał się "Sugar Kowalczyk"

Autor: Zither

02-02-2012 14:30:00


Zaloguj się
Lubi to osób: 2



Lat temu kilkanaście, kiedy przygotowywałem się do najważniejszego (wtedy) dla mnie egzaminu – egzaminu kończącego podstawówkę, który miał mi ułatwić wybór jak najlepszego liceum, moja nauczycielka polskiego powtarzała jak mantrę: „czytajcie dokładnie pytania, jeśli nie będziecie czytać ze zrozumieniem, to sobie nie poradzicie”. Do tej pory staram się korzystać z tej mantry, czego bym nie czytał to staram się najpierw zrozumieć, a dopiero potem wyciągać z danego tekstu jakieś wnioski.

Wstęp ten, w którym przytoczyłem małą część swojego życia i doświadczeń, znalazł się tutaj nie bez powodu. Jakiś czas temu, w sieci, na stronie, która nie ma nic wspólnego z moją pracą, trafiłem na pewien artykuł z dziennika, która pojawia się we wschodniej części naszego kraju. Artykuł ten był o opracowaniu strategii dla Doliny Bystrzycy w Lublinie. Opracowanie, o którym wspominam, zostało niemiłosiernie wręcz skrytykowane, a wnioski, jakie można było wyciągnąć z tego artykułu, mogły być dwojakie: albo firma, która zajęła się przygotowaniem tego opracowania, jest mistrzem prowokacji i dzięki niemu pokazuje nieudolność polskich urzędników, albo ktoś z lekka „nawiedzony” napisał to opracowanie, wyciągając w nim dziwne wnioski na przykład o miłym kumkaniu żab. Po chwili doszedłem jeszcze do trzeciego wniosku: autor wspomnianego artykułu nie zapoznał się z opracowaniem. Ewentualnie nie czytał ze zrozumieniem i przez to wyciągnął takie, a nie inne wnioski.

Jednoosobowa firma Smit i Smit Consulting z Krakowa, zarządzana przez pana Jacka Kowalskiego była nader łatwa do odnalezienia. Postanowiłem więc skontaktować się z panem Kowalskim i porozmawiać z nim o tymże opracowaniu, artykule i konsekwencjach, jakie przyniósł. Choć muszę tu zaznaczyć, że nie był to jedyny artykuł, tym bardziej nie jedyny negatywnie nastawiony tak do firmy Smit i Smit Consulting, jak i wyników jej pracy. Muszę także zaznaczyć, że po lekturze wspomnianego opracowania moje odczucia względem niego były niemal w stu procentach różne niż dziennikarzy z Lublina.

Efekt tej rozmowy jednak przekroczył moje oczekiwania. Zamiast krótkiego wywiadu, wyszedł niemal wywiad rzeka, tak długi i obszerny, że postanowiłem go podzielić na dwie części. Z części pierwszej, którą za chwilę będziecie mieli okazję przeczytać, będzie można dowiedzieć się czym zajmuje się firma o samym opracowaniu oraz Lublinie. Druga część rozmowy, która pojawi się jutro, będzie dotyczyła niemal wyłącznie Krakowa, jego kondycji pod kątem turystycznym jak i samych Krakowian.

Kim jest Jacek Kowalski? Sam o sobie mówi: "jestem samotnikiem, odyńcem, ekspertem. Prowadzi firmę, która kiedyś liczyła dużo osób, w tej chwili po prostu nazywam się firmą, ponieważ ktoś, kto prowadzi działalność gospodarczą jest firmą. Ma w Polsce całą grupę ekspertów z różnych dziedzin, która działa na zasadzie konsyliów lekarskich: jeżeli jest jakiś przypadek,  zostaje zwołana do różnych prac. Ostatnio pracowali nad strategię Buska Zdroju – rozwoju turystyki i wszystkie programy operacyjne, łącznie z tożsamością i nowym logotypem. Otrzymali bardzo dobrą ocenę i pochwałę od Marszałka województwa Świętokrzyskiego".

Jakub Zajączkowski: Jak to się stało, że zajął się pan koncepcją zagospodarowania doliny rzeki Bystrzycy? Czy to był konkurs?
Jacek Kowalski: Nie, kiedyś wykonywaliśmy z moim partnerem z Warszawy z firmy Hotelon ekspertyzę dotyczącą zagospodarowania pod inwestycję hotelarską pewnego fragmentu nieruchomości przy zbiorniku Zemborzyckim w Lublinie. Przypadliśmy do gustu zarządzającemu tym zbiornikiem (był to MOSiR). Jakiś czas później, dyrektor MOSiRu , zadzwonił i powiedział: „Proszę pana, chciałbym panu zlecić napisanie koncepcji całego zbiornika Zemborzyckiego”. To jest około300 hektarów, zgodziłem się i tę koncepcję zrobiłem. To było mniej więcej trzy lata temu. Po czym znowu za jakiś czas przyszło zapytanie i prośba, czy nie napisałbym kolejnego etapu.

Tak się złożyło, że zostałem po prostu poproszony o napisanie koncepcji, wizji produktowej. Jak ja sobie wyobrażam zagospodarowanie produktem turystyczno-rekreacyjnym doliny rzeki Bystrzycy. Koncepcja ma to do siebie, że może być jedną z wielu wizji. Faza koncepcyjna w procesie inwestycyjnym polega na tym, że pan może mieć koncepcję, ja mogę mieć koncepcję, natomiast zamawiający inwestor wybiera, która mu się najbardziej spodoba. Dopóki istniało takie status quo, że nic się nie dzieje, wszystko było w porządku. Natomiast kiedy pojawiła się moja koncepcja, wywołała burzę w Lublinie. Trzeba też podkreślić, że nie wszyscy zareagowali tak negatywnie.


To może zacznijmy od początku, skąd wziął się ten temat – gdy przeczytałem pańskie opracowanie, to miałem poważny problem z dojściem do wniosków, na jakiej podstawie artykuł, o którym wspominałem został napisany. W tamtym przypadku ciężko stwierdzić, żeby autor zapoznał się z wynikiem pańskiej pracy.
Nie, on wyrwał z kontekstu pewne rzeczy. Tak więc bez szerszego kontekstu zaproponowanie dla hotelu nazwy Sugar Kowalczyk może wyglądać śmiesznie, ale to ma głębszy sens. Zresztą kwestia tej nazwy mnie najbardziej ubawiła. Marilyn Monroe w filmie „Pół żartem, pół serio” zagrała postać, która się nazywała właśnie Sugar Kowalczyk, ale tam miała też taką ksywę Sugar 'Kane', a Kane to też jest jakiś synonim cukru o ile pamiętam (w rzeczywistości cane to trzcina; ale czytane razem: sugarcane znaczy trzcina cukrowa – przyp. red.).

Chodziło mi o to, żeby zwrócić uwagę, że możemy się pobawić marką, sprowokować. Bo które produkty, przyciągają nasz wzrok, uwagę? Te, które są w pewnym sensie prowokacyjne. Nazwa jest współcześnie elementem wizerunku. Ci wielcy guru od marketingu mówią, że jeśli coś się nie nazywa – nie istnieje. Można hotel nazwać Cukrownia Lublin, ale można go nazwać Sugar Kowalczyk. Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby ten hotel dokładnie tak się nazywał. Chodzi o to, żeby zwrócić uwagę tym ludziom, tamtemu środowisku, że mają atuty w ręku, których nie potrafią wykorzystać.

Ale czy tak kontrowersyjna poniekąd nazwa nie była przyczynkiem do tej fali krytyki? Wie pan, przy pierwszym spotkaniu Sugar Kowalczyk ludziom niewiele mówi, a już znalezienie jakiegoś związku między tą postacią a Lublinem może być ciężkie.
Oczywiście nazwa i to w takim zestawieniu frazeologicznym może wywołać zdumienie. Liczy się jednak kontekst, punkt odniesienia, bez którego wyrywanie właśnie z tego kontekstu pewnych znaczeń, może czynić je niezrozumiałymi. Mało tego – nawet komicznymi w sensie pejoratywnym. Ale to tylko świadczy o tym, że ten gatunek dziennikarza (mówię tutaj cynicznie) to jest taka mierna istota, która tworzy nowe znaczenie zarazem spłaszczając tło albo wręcz się go pozbywając. A misja dziennikarza jest dzisiaj kluczowa. Jest przecież którą władzą? (Mam nadzieję, że pan się nie uraża na moje słowa) Ten dziennikarz ma prawo mnie skrytykować, ale nie naigrawać się. Ma obowiązek upewnić się o co autorowi chodziło. Wreszcie oczekiwałbym od niego, aby był rzetelny w parafrazowaniu całości tekstu i aby nie wybierał „śmiesznostek” pod publiczkę. Wreszcie oczekiwałbym, żeby w służbie wiedzy sam ją posiadał. I to w stopniu o wiele większym niż jego czytelnicy.

Teoretycznie media to czwarta władza, ale czasem mam wątpliwości co do kolejności.
Właśnie, proszę sobie wyobrazić, że dziennikarze rządzą duszami de facto. A ponieważ ludzie nie mają zwyczaju weryfikować informacji, po prostu biorą to, co dostają za dobrą monetę. Czyli po prostu dostają gotowca, którego czytają i mają święty spokój. I wyrabiają sobie w ten sposób opinię. Że przyjechała firma z Krakowa, że oczywiście nawiedzeni mistycy, metafizycy tudzież wariaci, wymyślili dla nas jakieś dziwne rzeczy za 50 tysięcy.

Myślę, że to też bardzo bolało.
50 tysięcy w tych kategoriach, to są w ogóle pieniądze z najniższej półki. Bo jakby sobie wzięli firmę Andersen czy jakąś inną konsultingową z Warszawy, to by ich skasowali na kilkaset tysięcy złotych. Takie są ceny obowiązujące na rynku. MOSiR wiedział, dlaczego po mnie sięga, a nie po firmę międzynarodową. W pewnych świadomych środowiskach ta kwota nie robi żadnego wrażenia, natomiast tutaj, znowu powiem cynicznie, w prowincjonalnym Lublinie już tak. Ale nie jest tak do końca, że w Lublinie była tylko i wyłącznie fala krytyki. Na przykład miałem bardzo dobrą ocenę i opinię od pana profesora Mariana Harasimiuka, który jest wybitnym planistą przestrzeni na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Profesorowi koncepcja geoparku imienia Wincentego Pola bardzo przypadła do gustu i chwalił mnie za bardzo śmiały pomysł.

Właśnie, nigdzie nie widziałem, żeby któryś z autorów tekstów odnoszących się do pańskiej pracy w Lublinie podkreślił jakieś jego plusy. Nie zwrócili uwagi choćby na świetny, moim zdaniem, pomysł wykorzystania osoby Wincentego Pola.
Zauważył pan właśnie coś, co jest naszą bolączką w ogóle. Łatwo jest krytykować, ale spojrzeć na coś i powiedzieć: „kurcze, może to jest dobra inspiracja, nie wszystko na pewno mi tutaj pasuje, ale złapmy ten jeden temat i spróbujmy się wokół niego rozkręcić”. Wincenty Pol to wielka postać, wielki Polak, krajoznawca. Właściwie można powiedzieć, że w dużej mierze zaraz za Staszicem, był prekursorem naszej turystyki narodowej. Jest Lublinianinem, a jak byłem w jego muzeum w dworku na przedmieściach Lublina na Kalinowszczyźnie i zapytałem się jaka jest sprzedaż biletów, dowiedziałem się, że to jest pięć tysięcy rocznie.

Może to byłby właśnie pomysł dla Lublina, żeby zrobili jakąś akcję do informującą na temat Wincentego Pola?
No właśnie byłby. Gdyby Wincenty Pol był Kopernikiem, to by się pięćdziesiąt miast o niego biło. Jednak Wincenty Pol był „tylko: krajoznawcą i „tylko” pierwszym szefem instytutu geografii (co prawda drugiego na świecie) na Uniwersytecie Jagiellońskim… Wie pan „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. Nie mówiąc, że Wincenty Pol popełnił kilka wspaniałych utworów literackich, dla mnie porównywalnych z Mickiewiczem. Napisał na przykład Mohorta, o którym nikt prawie nie wie. To jest epopeja rycerska z kresów, ale stworzył też wiele, wiele innych.

Nie sądzi pan, że zmiany nazw parków jak i całych lokalizacji mogły mieć negatywny wpływ na Lublinian? Na przykład, jak sobie pomyślę, że Park Krakowski miałby zmienić nazwę na jakąś inną, albo Park Jordana – to prawdopodobnie sam bym się temu sprzeciwiał.
Tu jest inna sprawa i musimy wejść już w pewne szczegóły. Otóż Park Krakowski, jest żywym parkiem. Park Krakowski, to jest park mojego dzieciństwa, ja tam się nauczyłem jeździć na rowerze. I to był mój nie mikrokosmos tylko makrokosmos. I chodzi o to, że ja teraz chcę w jakiś sposób dokonać szczególnego wyróżnienia parku Krakowskiego, ale on jest parkiem żywym i zadbany. Ostatnio przechodząc widziałem, że jest wyremontowany, że sadzawka i fontanna działają. Natomiast park Ludowy w Lublinie jest po prostu straszydłem.. Są tam dzikie knieje w centrum miasta. Jest ruiną, krótko mówiąc.

Ale on też żyje głęboko w psychice ludzkiej. Mieszkańcy są tak przyzwyczajeni do parku Ludowego czy do parku Rusałka jak my do wcześniej wymienionych. Może to też jest problemem?
Może. To jest zawsze pytanie: czy lepiej, żeby on był parkiem Ludowym takim, jakim jest dzisiaj, czy żeby się nazywał na przykład Hortus Sensu – czyli Ogród Zmysłów, ale żył, był zadbany. A tak nawiasem mówiąc, to i tak nie my – jako kreatorzy – decydujemy jak park będzie się nazywał, tylko decydują ludzie, którzy będą go odwiedzać. Posłużę się taką metaforą: w mądrych gospodarkach komunalnych, jak się buduje osiedle czy jak się buduje generalnie nowe siedlisko – to nie się buduje chodników. Zostawia się wolną przestrzeń, z zasianą trawą i ludzie po prostu łażą i wytyczają sami najbardziej optymalne ścieżki. I dopiero potem inwestor przychodzi, mając siatkę tych ścieżek, robi z nich chodniki.

Sądzi pan, że pańska koncepcja ma jeszcze jakąś szansę realizacji?
Nie. Zadzwoniłem do zamawiającego, czyli dyrektora MOSiRu, ponieważ sygnalizował, że będzie chciał zamówić u mnie trzeci etap. Wiedząc już o tym haniebnym tekście, dostałem wiadomość, że moja koncepcja idzie do
„zamrażarki”. Pan prezydent Lublina, Krzysztof Żuk, który najpierw był entuzjastycznie nastawiony do mojej koncepcji, uważając ją za potrzebną, pod presją radnych i mieszkańców po prostu skapitulował. Taka jest moja ocena, wycofuje się rakiem. Projekt idzie do zamrażarki – innymi słowy po prostu do kosza. Teraz zapytajmy, czy pan - jako twórca - chciałby, żeby pana dzieło, na przykład książka, trafiła do kosza? Częścią naszej zapłaty, częścią naszego zysku są oczywiście pieniądze, ale ogromną częścią jest wdrożenie i rozpowszechnienie naszych pomysłów. Można to oceniać w kategoriach próżności, ale każdy chce, żeby wynik jego pracy był w jakiś sposób uznany, usankcjonowany i zrealizowany. Uśmiechnąłem się w duszy, bo spodziewałem się takiego rozwiązania. Mówiąc krótko, to jest takie zwyczajnie polskie.
I tak wygląda cała nasza turystyka. Nie ma odwagi, nie ma wiary w ludziach. Dlatego jak jeździmy po świecie, to uczestniczymy w bajkowych przedsięwzięciach, w fantastycznych pomysłach, które nas zaskakują, olśniewają. One oczywiście w dużej mierze są próżne, bo w ogóle turystyka współczesna jest ogromną próżnością.

Od Autora:

Napisałem do MOSiRu z prośbą o komentarz odnoszący się do współpracy z firmą Smit i Smit Consulting oraz o wyjaśnienie dlaczego dokładnie opracowanie trafiło do zamrażarki - niestety nie doczekałem się odpowiedzi.

Zapraszam na drugą część wywiadu, która ukaże się na portalu już jutro.

Komentarze



PSUEK
piecart
FotoBzik
Lapiech