Artykuł
Po południu piątego lipca w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego zakończył się pierwszy dzień castingu do popularnego programu rozrywkowego „Mam talent”. To pierwsza edycja, podczas której w fotelu jurora Robert Kozyra zastąpił Kubę Wojewódzkiego. Jak każdy z dotychczasowych castingów, także ten cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Wokaliści i muzycy, tancerze i magicy, mimowie i gimnastyczki – tutaj każdy był jedyny w swoim rodzaju. Uczestnicy najpierw długo skandowali różne hasła, np. „Kraków ma talent”. W radosnych nastrojach przekrzykiwali się, co chwila wybuchali śmiechem, z cierpliwością wypełniali polecenia obsługi technicznej. Jednak ulewa zmusiła ich do schronienia się w budynku, aby podczas występu móc zaprezentować perfekcyjny wygląd. Budynek Teatru zmienił się w salę prób i salon kosmetyczny, w którym co chwilę ktoś poprawiał sceniczny makijaż.Każdy z uczestników programu był przekonany o wyjątkowości swojego talentu i liczył na zdobycie uznania jurorów oraz publiczności. Dla wielu była to niepowtarzalna okazja, aby zaprezentować się szerszemu gronu. Postanowiłam poznać bliżej choć niektórych uczestników. Nie było trudno wmieszać się w tłum. Jedyne co zdradzało, że nie jestem jedną z „utalentowanych”, to brak naklejki z numerem na ubraniu. Podczas rozmów z uczestnikami miałam okazję poznać wiele interesujących osób. Mimo zmęczenia nikt nie okazywał zniechęcenia. Uczestnicy z uśmiechem na twarzy dzielili się ze mną wrażeniami z castingu, obawami przed krytyką ze strony jurorów czy strachem przed pomyłką podczas występu. Niektórzy traktowali ten występ jako życiową szansę, a inni po prostu jako dobrą zabawę. Wokalistka, Kasia z Warszawy zdradziła mi, że to jest już piąty casting w jej życiu i jeśli dzisiaj znowu nie udałoby się jej zakwalifikować, to przyjedzie kolejny raz. Powiedziała to z taką stanowczością, że wierzę, że uda się w końcu zrealizować marzenie. W programach tego typu każdy ma równe szanse. Liczy się talent, ciężka praca oraz osobowość, a nie ukończone szkoły czy prestiżowe kursy. Pan Roman z Krakowa, który nie potrafił na początku rozmowy określić jaki ma talent, po chwili stwierdził, że on właściwie cały jest jednym wielkim talentem: „stół zrobi, płot pomaluje i gra też na różnych instrumentach”. Każdy czuje się wyjątkowy, bo tak naprawdę nie ma wygranych i przegranych. Wszyscy w pewnym sensie wygrali, bo zostali obdarzeni talentem. Może właśnie dlatego nawet uczestnicy, którzy nie zachwycili dzisiaj jurorów nie wychodzili z sali załamani. Oczywiście pojawiły się też łzy, ale to dlatego że castingowi towarzyszyły duże emocje
Nie każdą z zaprezentowanych umiejętności można zamknąć w sztywne ramy, takie jak taniec, śpiew czy gimnastyka. Talenty niektórych uczestników są niespotykane, często uważane za absurdalne. Jednak przez ich prezentowanie program jest barwny i cieszy się coraz większą oglądalnością. Sama do dziś z rozbawieniem wspominam człowieka grającego na warzywach czy jedzącego bigos na czas. W programach rozrywkowych liczy się przede wszystkim ciekawa osobowość oraz umiejętność wybicia się z tłumu. Niektórzy opanowali tę sztukę do perfekcji. Jak powiedział Stefan Kisielewski: "Posiadanie talentu nie jest zasługą, mimo to budzi ludzki szacunek”. To prawda. Wielu uczestników dzisiejszego castingu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Zaimponowali mi swoją pracowitością, wytrwałością i pasją. Trzymam za nich kciuki.
Jestem przekonana, że kogoś z nich będziemy oglądać w finale. Kraków ma talent!
autor: Barbara Paryła bp
Komentarze |






