Artykuł
Do tej pory w wyborach uczestniczyłem zaledwie trzy razy i żaden kandydat, którego poparłem, nie dostał się do Parlamentu Europejskiego czy Sejmu. Nie czuję jednak, żeby mój głos nie był nic wart. Przecież chyba o to chodzi w elekcji, aby wyrazić swoje zdanie. Niestety, a może i słusznie, większość Polaków uważa inaczej. Głosują nie na przedstawicieli, z którymi utożsamiają swoją opinię, a na tych którzy mogą wygrać. Co gorsze, często stawiają na pewniaków, czyli raczej „mniejsze zło” gotowe konkurować z „większym złem”.
Nie ulega wątpliwości, że przemiany sprzed dwudziestu lat uczyniły z Polski kraj o demokratycznym ustroju. Społeczeństwo obywatelskie działa prężnie, ludzie korzystają z dobrodziejstw gospodarki rynkowej, a jednak ponad połowa uprawnionych do głosowania nie pojawia się w lokalach wyborczych. Wydaje się, że pomimo zmian systemowych, aktywizacja społeczeństwa w życie polityczne nie poprawiła się. Demokracja w jej klasycznym rozumieniu oznacza przede wszystkim bezpośredni udział obywateli w rządach. Idąc więc za tezą Roberta Dahla „demokracja albo jest partycypacyjna, albo jej w ogóle nie ma”. Skoro tak, czy mamy w Polsce do czynienia tylko z jej połową? Być może część obywateli nie chce korzystać z władzy, jaka im przysługuje.
Na wielu portalach społecznościowych podczas ostatnich wyborów pojawiły się hasło: „Nie bądź durny, idź do urny”. Zastanawiam się jednak, czy samo pójście wystarczy? Frekwencja wyglądałaby na pewno znacznie lepiej, ale czy nie warto byłoby pomyśleć przez chwilę, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał nasz kraj? Polska scena polityczna nie jest uboga w partie, a ich programy zasadniczo różnią się od siebie. Daje to bez wątpienia duży zakres wyboru, z którym większość z nas nic nie robi, podążając za pospolitymi hasłami, czy billboardowymi uśmiechami. Sądzę więc, że jeśli pojawia się już debata polityczna w swojskim gronie, powinniśmy pytać nie „na kogo głosujesz”, ale „czy twój głos jest przemyślany”?
Najbardziej rozśmieszyła mnie dyskusja powyborcza odnośnie Anny Grodzkiej. Ludzie, którzy poparli tę kobietę, kilka dni później zaczęli protestować przeciwko niej. Argumentowali, iż nie wiedzieli o przeszłości posłanki, zostali wprowadzeni w błąd i teraz nie udzieliliby jej poparcia. Przyznam szczerze, że chyba nie chce mi się komentować takiej postawy, dam jedynie radę na przyszłość - przemyśl swój głos.
Połowy demokracji winni są również sami gracze polityczni. Życzyłbym sobie, by w przyszłości stawiali się na równi z obywatelami i nie emanowali swej pozycji, wręcz pewnej boskości. Ale i w tym przypadku winę można zrzucić na komunistyczne naleciałości. Nie tylko u nas tak się dzieje, rzecz jasna, ale są kraje jak Szwajcaria, gdzie polityków traktuje się jak urzędników mających służyć obywatelom.
Zagraniczne media podają, jakoby druga wygrana PO była znakiem normalizacji polityki i dojrzałości demokracji w Polsce. Osobiście twierdzę, iż nadal się jej uczymy, a przyszłość pokaże, czy jesteśmy dobrymi uczniami.
Radosław Mamoń
Nie ulega wątpliwości, że przemiany sprzed dwudziestu lat uczyniły z Polski kraj o demokratycznym ustroju. Społeczeństwo obywatelskie działa prężnie, ludzie korzystają z dobrodziejstw gospodarki rynkowej, a jednak ponad połowa uprawnionych do głosowania nie pojawia się w lokalach wyborczych. Wydaje się, że pomimo zmian systemowych, aktywizacja społeczeństwa w życie polityczne nie poprawiła się. Demokracja w jej klasycznym rozumieniu oznacza przede wszystkim bezpośredni udział obywateli w rządach. Idąc więc za tezą Roberta Dahla „demokracja albo jest partycypacyjna, albo jej w ogóle nie ma”. Skoro tak, czy mamy w Polsce do czynienia tylko z jej połową? Być może część obywateli nie chce korzystać z władzy, jaka im przysługuje.
Na wielu portalach społecznościowych podczas ostatnich wyborów pojawiły się hasło: „Nie bądź durny, idź do urny”. Zastanawiam się jednak, czy samo pójście wystarczy? Frekwencja wyglądałaby na pewno znacznie lepiej, ale czy nie warto byłoby pomyśleć przez chwilę, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał nasz kraj? Polska scena polityczna nie jest uboga w partie, a ich programy zasadniczo różnią się od siebie. Daje to bez wątpienia duży zakres wyboru, z którym większość z nas nic nie robi, podążając za pospolitymi hasłami, czy billboardowymi uśmiechami. Sądzę więc, że jeśli pojawia się już debata polityczna w swojskim gronie, powinniśmy pytać nie „na kogo głosujesz”, ale „czy twój głos jest przemyślany”?
Najbardziej rozśmieszyła mnie dyskusja powyborcza odnośnie Anny Grodzkiej. Ludzie, którzy poparli tę kobietę, kilka dni później zaczęli protestować przeciwko niej. Argumentowali, iż nie wiedzieli o przeszłości posłanki, zostali wprowadzeni w błąd i teraz nie udzieliliby jej poparcia. Przyznam szczerze, że chyba nie chce mi się komentować takiej postawy, dam jedynie radę na przyszłość - przemyśl swój głos.
Połowy demokracji winni są również sami gracze polityczni. Życzyłbym sobie, by w przyszłości stawiali się na równi z obywatelami i nie emanowali swej pozycji, wręcz pewnej boskości. Ale i w tym przypadku winę można zrzucić na komunistyczne naleciałości. Nie tylko u nas tak się dzieje, rzecz jasna, ale są kraje jak Szwajcaria, gdzie polityków traktuje się jak urzędników mających służyć obywatelom.
Zagraniczne media podają, jakoby druga wygrana PO była znakiem normalizacji polityki i dojrzałości demokracji w Polsce. Osobiście twierdzę, iż nadal się jej uczymy, a przyszłość pokaże, czy jesteśmy dobrymi uczniami.
Radosław Mamoń
Komentarze |






