Artykuł
Zespoł Sorry Boys już po raz drugi odwiedził Kraków. Tym razem w ramach trasy koncertowej Hard Working Tour II - trasy promującej album "Hard Working Classes". W klubie Zaścianek udało nam się porozmawiać z wokalistką Izabela Komoszyńska i basistą zespołu Marcinem Ziętkiem.
Jak wrażenie po koncercie, podobało się wam?
Marcin: Było świetnie!
Iza: Bardzo nam się podobało, ale – czego ja nie kryłam – bardzo się denerwowaliśmy przed koncertem i tym bardziej doceniam, że przyjęcie nas było takie gorące i krzepiące. Zagraliśmy też pierwszy raz pewne utwory. Muszę powiedzieć, że jestem zadowolona z publiczności – jakkolwiek by to nie brzmiało. Ale to działa oczywiści w dwie strony. Tak samo publiczność może być zadowolona z nas lub nie.
Po pierwszej piosence przywołałaś publiczność pod scenę.
Iza: Tak, to było potrzebne, żeby poczuć więź. I myślę, że to wyszło nam wszystkim na dobre (śmiech).
Tworzycie po angielsku. Dlaczego?
Iza: Nie wiem (śmiech)! Jest łatwiej, lepiej się śpiewa. I w dużej mierze wynika to z tego, że duża część mojej edukacji domowej to jest muzyka anglojęzyczna i ja się na tym wychowałam. To jest dla mnie bliskie i naturalne. Język jest narzędziem i od każdego zależy, jakiego narzędzia będzie używał. Mnie lepiej się pracuje właśnie angielskim.
Słuchając Sorry Boys ma się wrażenie, że jesteście autentyczni w tym, co robicie. Wydaje się, że jesteście zagraninczymi artystami. Niektóre zespoły chcą grać po „angielsku, amerykańsku”, ale im to nie wychodzi.
Marcin: Myślę, że to chodzi o całość brzmienia. W momencie, gdy jest wiele dźwięków nieudolnych, to człowiek widzi i słyszy, że coś jest nie tak. Pojawiają się pytania: dlaczego dźwięk jest dziwny, dlaczego oni śpiewają po angielsku? Nie wierzysz w całość. Albo coś jest wiarygodne, albo nie. Iza mogłaby – teoretycznie – śpiewać po islandzku, ale gdyby to miało „to coś” byłoby wszystko w porządku. W momencie, kiedy wszystko działa – muzyka, tekst, śpiew i jest szczere, to komponuje się w dobrą całość. Jednak mamy czasem do czynienia z taką muzą, która jest… niezgrabna. Nie funkcjonuje za dobrze. I tu nie chodzi o akcent. Przykładem jest Björk – słaby akcent angielski, ale za to „zabija” swoją muzyką.
Przed wami trasa koncertowa. Będziecie tworzyć „po drodze” nowe piosenki, czy zostaniecie przy tym, co dziś zaprezentowaliście, a jeśli tak, to nie boicie się nudy?
Iza: Nie ma prawa nam się znudzić.
Marcin: Mnie się znudzi (śmiech)!
Iza: Wyobrażam sobie, jak Bono śpiewa „One” po raz enty i tak samo przeżywa. Nie każdy ma ten dar. Są muzycy, którzy nudzą się swoimi piosenkami. I nie grają niektórych, ponieważ ich nie czują, a często są to te, które kochają ich fani. Natomiast U2 jest świetnym przykładem na to, iż nie grozi nam nuda– oni wykonują piosenki w taki sposób, jakby naprawdę nie mieli tego dosyć, nie byli tym znudzeni. To jest ogromny dar – wykonywać te utwory i to w niezmienionej aranżacji. Natomiast niektórzy właśnie przez zmianą aranżacji walczą z nudą. To nie jest złe. Każdy radzi sobie inaczej.
A jak z inspiracjami muzycznymi? Wykonaliście utwór The Beatles, więc…
Iza: Nie, nie! To nie jest nasza inspiracja. To nasza walka z Beatlesami!
Marcin: Ja się wychowałem na amerykańskich zespołach…
Iza: …na Beatlesach!
Marcin: Tak, tak. Oni jako amerykański zespól mi się podobają (śmiech). Lubię bród w muzyce i pewny brak pokory, nieobliczalność. Nie przepadam za graniem „punktacyjnym”, czyli ktoś tam się kiwa, pobrzękuje. Ja muszę mieć krew i gwoździe na wierzchu, żeby mną potrzęsło.
A z drugiej strony mamy ciebie, delikatny wokal, falowanie, ale jak trzeba to krzykniesz..
Iza: No, bo ja lubię i ostrą muzykę, i łagodną, etniczną i trash-metal. We wszystkim można znaleźć inspiracje. Byliśmy tym roku na OFF Festiwal i najbardziej inspirowała mnie mentalność pewnych kapel, a nie sama muzyka. Bo głównie inspirujemy się właśnie mentalnie, a nie chcemy grać tak jak ktoś inny. Bardzo mi się podobał koncert Dezertera. Grali swoją kawałki sprzed lat, a są to goście starsi. Ale co mnie wzięło: punkowa, anarchistyczna buta! Oni ciągle w to wierzą, tak jak 20 lat temu. Jednak lubię też poetyckie teksty, ładny dźwięk.
Marcin: I tak się właśnie u nas w zespole ścieramy. Iza ma swój świat, a ja mam takie poczucie abstrakcji, że rzeczy nie są dosłowne. Bunt u mnie występuję, ale w cudzysłowie. W zespole łączymy dosłowność z dystansem.
Jak idzie praca nad nową płytą? Fani czekają…
Iza: (Śmiech). Prace są mozolne… pracujemy, staramy się robić nowe piosenki. Za siebie powiem tak: płyta na razie powstaje w mojej głowie, później te pomysły wędrują do zeszytu. Chcę znaleźć myśl łączącą te wszystkie piosenki. Szukam przekazu.
A kto jest liderem grupy?
Marcin: Ja jestem!
Iza: Nie ma lidera, każdy ma mocną osobowość.
„Hard Working Classes” - debiutancka płyta. Zmienilibyście coś w niej?
Marcin: Wywaliłbym numer: dwa, cztery…
Iza: Śmiejemy się, bo Marcin dotarł do nas już po nagranej płycie i pewnie dużo by zmienił.
Marcin: Mówiąc szczerze, niczego bym nie zmieniał. Mamy teraźniejszość i trzeba się na tym skupić. Wszystko, co się stało, przecież się nie odstanie.
Iza: Zgadzam się. Ja natomiast miałam wpływ na tę płytę, ale dla zdrowia psychicznego i możliwości pójścia do przodu, wolę się na tym nie skupiać. Płyta jest i tyle. Nikt w zespole nie krytykuje piosnek, nie mówi, że coś jest niemodne, nie brzmi już dobrze, zestarzało się lub pasowałoby zagrać to i to inaczej.
Chance – absolutny hit. Podbijał swojego czasu listy przebojów. Dlaczego ten utwór jest tak dobry?
Iza: Nie wiem, ale obawiam się, że wiem…
Marcin: Dobre, muszę to zapisać.
Iza: Jest to utwór, który powstał w takim wielkim natchnieniu i jakaś magia wtedy zadziałała. Było to jedno z najsilniejszych uczyć, z jakim miałam do czynienia w trakcie tworzeniem muzyki do tej pory. I miło nam, że ludzie to odczuli, że podoba im się. Bo dla nas jest ona wyjątkowa. Istnieje też możliwość, że po prostu wpada w ucho. Choć to zbyt banalne.
Rozmawiali: Joanna Lidwin, Dawid Kuciński
Komentarze |






