Artykuł
Uderzenie pięści w stół w Myślenicach, może spowodować trzęsienie ziemi w Wiśle. To główne założenie krakowskiej teorii chaosu, w niedzielę znalazło kolejne potwierdzenie w praktyce. Siła wstrząsu nie była wprawdzie duża, ale wystarczyła, by przewrócić chwiejący się od dawna fotel z napisem „Robert Maaskant – trener Wisły Kraków”.
Biała Gwiazda znów pogrąża się w chaosie. Jest o tyle zaskakujące, że gdy kilkanaście miesięcy temu Bogusław Cupiał powierzał klubowe stery fachowcom w osobach Bogdana Basałaja i Stana Valckxa, wydawało się ze scedował na nich lwią część procesu decyzyjnego. Że dobrze znane z przeszłości nagłe zmiany trenerów i koncepcji budowania zespołu odejdą do lamusa.
Nic z tego. Wydarzenia ostatnich dni dowodzą, że w kluczowych dla Białej Gwiazdy momentach, zakres obowiązków prezesa i dyrektora sportowego, sprowadza się do roli posłańca. Jedynym udziałem obu panów w strategicznej przecież decyzji o wyrzuceniu szkoleniowca, było przekazanie jej samemu zainteresowanemu oraz mediom. Bo jak inaczej rozumieć wczorajsze słowa Valckxa, że żadne rozmowy z ewentualnym następcą Maaskanta nie były dotychczas prowadzone?
Oczywiście sam fakt zwolnienia holenderskiego szkoleniowca daje się łatwo uzasadnić. W ostatnich miesiącach Wisła pod jego wodzą grała słabo, lub bardzo słabo. Przegrane derby czy wcześniejsze spotkanie z Podbeskidziem, należy wręcz traktować w kategoriach kompromitacji. W dodatku jedynym „wytrenowanym” schematem w grze wiślaków, była notoryczna utrata goli po stałych fragmentach gry.
Ale czy operacji zmiany szkoleniowca nie można było przeprowadzić w sposób bardziej profesjonalny? Jeśli Maaskant nie rokował nadziei na poprawę gry swoich podopiecznych, to czy ktoś z czystym sumieniem przyłoży prawą dłoń do serca i stwierdzi, że rokuje je Kazimierz Moskal? Czy nie rozsądniej było rozwiązać z Holendrem umowę po zakończeniu rundy jesiennej, dając jednocześnie czas Valckxowi na znalezienie godnego następcy?
Pewnie tak, ale kto bogatemu zabroni?
Komentarze |






