Artykuł
W Polsce ludzie nie pałają wielką miłością do wymieniania się rzeczami. Wolą sprzedać i przeznaczyć zarobione pieniądze na coś innego. Awangardą są kobiety, które organizują wymiany ciuchów przez Internet lub spotykają się w ustalonych miejscach. Ale to ciuchy, ale to kobiety. Co z innymi rzeczami?
W społeczeństwach mocno zintegrowanych obywatele wymieniają się umiejętnościami, pożyczają sprzęty. Oczywiście zwykle ceną jest flaszka albo i dwie. Soczku marchwiowego, dla jasności. W każdym razie jedna ze stron symbolicznie płaci i odwdzięcza się w jaki sposób może.
W niedzielne, nieco zimne popołudnie. W Cafe Szafe na rogu ulicy Felicjanek i Krótkiej, spotkali się miłośnicy literatury, aby wymienić się książkami. Na początku, gdy urodził się pomysł, aby coś takiego zorganizować, pomyślałem sobie, że wezmę te wszystkie przedpotopowe wydania „Potopów”, ”Tarzanów” oraz innych umierających śmiercią naturalną książek i się ich pozbędę, a może w zamian dostanę jakiś rarytasik. Na szczęście zrezygnowałem z tego pomysłu, ponieważ zostałbym wyśmiany. Może nie głośno, ale zaciemnione kąty mogłyby o mnie wiele powiedzieć na współ z drewnianymi stolikami i gustowną tapetą.
Moim zadaniem, wraz z piękną niewiastą, było nakręcenie relacji. Toteż zjawiliśmy się przed piętnastą, aby zainstalować sprzęt. Oglądaliśmy jak pierwsi, nieśmiali jeszcze wymieniacze przychodzą ze swoim książkowym dobytkiem. Nieraz to były znaczne ilości, innym razem dwie pozycje. Ale! To nie o ilość przecież chodzi.
A więc początek. Nieśmiało, drętwo trochę i cicho. Telewizja Kraków speszyła wszystkich swą wielką kamerą, my swoją – trochę mniejszą – mniej peszyliśmy ludzi. Nie minęło półgodziny zaczął się prawdziwy harmider. Ludzie porzuciwszy wstyd, opór jakiś wewnętrzny przed chęcią zdobycia tego i pozbycia się owego, ruszyli na łowy. Jeden stolik, drugi, trzeci, i jeszcze raz wszystko od początku. Książki wędrowały z rąk do rąk, szeleściły strony, właściciele zachwalali autorów, wydania, nęcili zapachem dobrego pisarstwa. Lecz nie wszyscy, niektórzy cierpliwie czekali – „Ktoś czegoś ode mnie chce, to przyjdzie sam, a jak nie, to jego strata”. I my w tym ulu próbujemy łowić sens, zbierać głosy, twarze, choć światło nie pozwalało na wiele. Staramy się zrobić jak najwięcej surówki, aby w montażu przyrządzić z tego piękne i jadalne danie…
Czas przyspieszył, a może zwolnił? Hałas, a może ta dziwna symfonia rozmów, śmiechów, pytań i odpowiedzi, powoli ściszała się. Bibliofile powoli wychodzili, jedni zadowoleni, drudzy troszkę mniej. Szybki konkurs, właścicielka knajpki podziękowała, organizatorka też. I nagle zrobiło się pusto. Staliśmy tam tacy trochę oszołomieni. Jakaś spóźniona dziewczyna z radia zapytała, gdzie są wszyscy. Gdzieś są, pewnie wrócą następnym razem.
Komentarze |






