"Nie uczmy królika latać" – rzecz o nauczaniu w domu

Uczniowie na ul. Starowiślnej w Krakowie fot. Krzysztof Kalinowski

Z inicjatywy radnej Małgorzaty Jantos zorganizowano w czwartek konferencję poświęconą edukacji domowej. – Dla mnie najważniejsze w edukacji są dzieci i rodzice, a nie nauczyciel, ponieważ powinien on służyć tak jak urzędnik – stwierdziła radna. Wyniki swoich badań na temat nauki w domu zaprezentowała również dr Joanna Wnęk-Gozdek z UP.

– Konstytucja RP mówi, że rodzice mogą wybrać szkołę inną niż publiczna. Dodatkowo dyrektor może zezwolić na wypełnienie obowiązku szkolnego poza placówką szkolną – przypomniała Jantos.

"Indywidualnie" znaczy "lepiej"?

W końcu głos zabrała dr Joanna Wnęk-Gozdek z Uniwersytetu Pedagogicznego. W jej pracy poświęconej edukacji pojawił się rozdział dotyczący pracy korepetytorów – nie studentów, a profesjonalnych nauczycieli. Wnioski z tego są między innymi takie, że warunki szkolne uniemożliwiają wykorzystywanie potencjału uczniów, kiedy ci mają swego rodzaju „mistrza” nad sobą, czyli po prostu nauczyciela.

– Korepetytorzy twierdzą, że lepiej im się pracuje w stosunku 1:1 – mówiła Wnęk-Gozdek. – Szkoła jest też skierowana do ucznia przeciętnego, z innym potencjałem. Również odpowiednie domowe warunki i świadomość rodzica, że korepetytor ma chęci do współpracy z uczniem, sprawiają, że nauka idzie lepiej.

Talent i oceny

Problemem polskiej szkoły, według korepetytorów i dr Joanny Wnęk-Gozdek, jest to, że nie obserwuje, w którą stronę dany uczeń się rozwija. – Skupiamy się na brakach, a nie na talentach jak w szkole amerykańskiej. W efekcie chcemy nauczyć królika latać – mówi naukowiec. Nie do końca sprawdza się też model szkoła-korepetycje, ponieważ po 6-8 godzinach w szkole młodzi ludzie znów muszą się uczyć 2-3 godziny. – Oszczędzajmy czas młodzieży!

Pracownik naukowy Uniwersytetu Pedagogicznego wskazała również na badania, które mówią o tym, że dziecko przez korepetytorów jest oceniane 2-3 razy w roku, natomiast w szkole są narażone na stres codziennie. – Dziecko w szkole nie może sobie pozwolić na błąd, bo jest negatywnie oceniane. A jeśli nie pozwalamy na błędy, nie idzie do przodu – stwierdziła Joanna Wnęk-Gozdek.

Na sali pojawili się zarówno rodzice, jak i dyrektorzy… szkół edukacji domowej. A w podwójnej roli wystąpił Artur Wnuk, szef warszawskiej szkoły Salomon. – Znacznie łatwiej jest prowadzić dzieci w edukacji domowej, a znacznie trudniej jest być rodzicem, który wyprowadza dziecko ze szkoły. Ja sam tak zrobiłem i miałem obawy, czy jutro rano wstanie słońce – stwierdził Wnuk. – Może czas wrócić do modelu szkoły sprzed XIX wieku? – dodał.

Z lekkim dystansem

Z informacji uzyskanych od wiceprezydenta ds. edukacji Tadeusza Matusza wynika, że w Krakowie z takiego systemu korzysta kilkoro uczniów. Głównie z podstawówki. – Jestem lekko zdystansowany, ale nie krytyczny. Dla pewnych dzieci to jakieś wyjście, ale druga strona musi być odpowiedzialna, bo nie sztuką jest wyciągnąć dzieci ze szkoły. Sztuką jest dobrze tę szkołę zastąpić – mówi w rozmowie z LoveKraków.pl Tadeusz Matusz.

Prezydent zauważa, że nie ma możliwości, aby działał system uczeń-mistrz. – Absolutnie nas na to nie stać. To musi być traktowane jako elitarne. Oczywiście, nie chcemy w tym przeszkadzać – mówi wiceprezydent Matusz.

Artur Pasek z Kuratorium Oświaty przypomniał, że aby rodzice mogli prowadzić edukację pozaszkolną, dziecko musi raz w roku zdać egzaminy klasyfikacyjne z danych przedmiotów. Taki jest warunek, inaczej uczeń wraca do szkoły. Pasek stwierdził również, że w całej Małopolsce nikt nie nadużywa tego typu edukacji. – Mamy za to powroty do normalnej szkoły. Rodzice dochodzą do wniosku, że wiek rozwojowy dziecka wymaga już kontaktów z rówieśnikami oraz środowiskiem, które nie jest zbyt przyjazne osobom z rozwiniętą empatią – stwierdził przedstawiciel kuratorium.