Sześć lat więzienia za wysadzenie pomnika Armii Czerwonej

fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Mieszkający w Nowej Hucie 86-letni Henryk Malanowicz jako jeden z wielu doświadczył na własnej skórze represji w czasie, gdy Polską rządzili komuniści. Po całkowitym uniewinnieniu przez sąd, teraz stara się o uzyskanie zadośćuczynienia i odszkodowania.

Malanowicz pochodzi z rodziny o patriotycznych tradycjach. Jego wujkowie walczyli w legionach Piłsudskiego. On sam wstąpił w połowie lat 50. do Armii Wolnej Europy. Nie była to wielka organizacja, zrzeszała co najwyżej kilkadziesiąt osób i działająca raczej pod kątem politycznym w latach 1954–1960 na terenie świętokrzyskiego.

Do AWE Malanowicza przyjął jego wujek, który jednocześnie był głównodowodzącym organizacją i… naczelnikiem poczty w Rakowie. Tam też zatrudniony został wówczas 21-letni mężczyzna. Jako listonosz miał za zadanie przeglądanie korespondencji, wyłapywanie donosów, a w konsekwencji ostrzeganie ludzi, na których donoszono i wpisywanie na listę tzw. szpicli.

W 1956 roku w rynku w Rakowie doszło do politycznej akcji dywersyjnej. Cała tamtejsza grupa zaplanowała zniszczenie pomnika ku czci Armii Czerwonej. Ów monument został postawiony, aby upamiętnić poległych podczas walk z bolszewikami w 1920 roku.

– Komuniści go zbezcześcili. Ściągnęli tablicę z nazwiskami i popiersie „dziadka” Piłsudskiego. Powiesili za to gwiazdę – opowiadał przed sądem Malanowicz. 11 listopada o godzinie 18 członkowie AWE, używając trotylu i granatu, wysadzili pomnik.

Jak mówi, jego organizacja nie popełniała żadnych pospolitych przestępstw. – Członkowie nie mogli nawet pić alkoholu, żeby się przypadkiem nie zdradzić – zeznał.

W końcu wpadli

Władzom zabrało trochę czasu namierzenie sprawców, ale wyłapali wszystkich. Zatrzymania rozpoczęły się w 1959 roku po nieudanym skoku na kasę spółdzielczą w miejscowości niedaleko Sandomierza. Był czerwiec 1960 roku. 86-latek dobrze pamięta, że przyszli do niego o trzeciej nad ranem i wywieźli do aresztu. Tam go bili po głowie i karku. – Mów, bandyto! – te słowa wryły mu się w pamięć najbardziej.

W areszcie spędził osiem miesięcy, później został skazany na sześć lat więzienia. Inni nie mieli tyle szczęścia. Wyroki, jakie padały, sięgały nawet dożywocia. Malanowicz dobrze pamięta losy jego wuja Walerego Grosickiego. Został on skazany na 10 lat więzienia, automatycznie zwolniony z pracy, jego córkę wyrzucono z Uniwersytetu Jagiellońskiego, syn popełnił samobójstwo (choć mężczyzna uważa, że zrobili to agenci UB), a żona – jak stwierdził 86-latek – zwariowała. Po pewnym czasie Grosicki trafił do psychiatryka i spędził tam trzy lata.

On sam został wysłany do Wronek. Samo więzienie nie było miejscem kaźni. Malanowicz opowiadał, że był w ok. 18-metrowej celi z czterema lub sześcioma współwięźniami. Codziennie wychodzili na półgodziny spacer, raz w tygodniu osadzeni mogli brać kąpiel. Nie było im zimno, a władze pozwalały na wysyłanie paczek przez rodzinę. Nidy też nie został pobity – ani przez współwięźniów, ani przez pracowników zakładu karnego.

Po wyjściu na wolność miał ogromne trudności ze znalezieniem pracy. – Ale nie żałuję niczego. O wolną Polskę każdy powinien walczyć – powiedział przed sądem.

Pełnomocnik Henryka Malanowicza wystąpił z wnioskiem o przyznanie zadośćuczynienia w wysokości 810 tysięcy złotych i 91 tys. zł odszkodowania.

Czytaj wiadomości ze swojej dzielnicy:

Nowa Huta
News will be here