Z główki. „Spakuj się”, jak to łatwo powiedzieć

fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Moje i Pawła Brożka zakończenie trwa już miesiąc i mam nadzieję, że niedługo nastąpi jego kres, bo ciężko ze zdrowiem (śmiech). Jak się czuję? Na razie jest euforia, wakacje, trochę luzu. Minie lato, przyjdą szare dni i wtedy Wam powiem, jak to jest na piłkarskiej emeryturze. Dziś kilka słów o ostatnich wydarzeniach i pakowaniu się – pisze w swoim pierwszym tekście w ramach cyklu „Z główki” Arkadiusz Głowacki.

Na moim poznańskim osiedlu, Wichrowe Wzgórze, filię miała Olimpia Poznań. Ojciec uparł się jednak, że będę dojeżdżał na drugi koniec miasta, na Bułgarską, często wożąc ze sobą o cztery lata młodszego brata. To dzięki tacie wybrałem też szkołę sportową, tak zwaną „13”. Mama na szczęście nie stała w opozycji, tylko przyklaskiwała. Z perspektywy czasu widzę, jak ważne jest zaangażowanie rodziców. Ich wpływ na dziecko jest ogromny. Jeżeli dopilnują pewnych spraw, i nie tylko piłkę mam na myśli, to dzieci będą im potem wdzięczne przez długie lata.

Mnóstwo czasu spędzaliśmy na osiedlowym boisku, ustawaliśmy z tatą prowizoryczny mur i uderzaliśmy na bramkę. Być może ten trening nie przekuł się na zdobycze w meczach ligowych, ale to były pierwsze szlify, dzięki którym rozpocząłem trudną drogę, by osiągnąć pewien poziom.

Boguś” będzie dzwonił

Trening, mecz, dom, obóz, kadra, wakacje… Mało kto pakuje się w swoim życiu tyle razy, co zawodowy piłkarz. Kilka razy było naprawdę trudno…

Zabrałem już wszystkie rzeczy z wiślackiej szatni. Paweł też, więc w naszym kąciku został sam „Boguś”. Pewnie często będzie dzwonił. Wcześniej nie wytrzymałem, poryczałem się na konferencji, choć broniłem się przed tym i mówiłem sobie w duchu: „nie będę, nie będę ryczał”. Paweł rozbroił mnie jednak swoimi słowami… Nie poradziłem sobie z emocjami, ale nie żałuję.

To pożegnanie było dla mnie równie trudne, jak pierwsze wejście do drużyny, gdy miałem 20 lat. Była zima, przyjechałem do Krakowa. Musiałem opuścić mój rodzinny Poznań, choć nigdy nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek będę musiał pożegnać się z miejscem, z którym byłem tak bardzo związany.

Co ja tu robię?

Sytuacja ekonomiczna Lecha spowodowała, że wziąłem walizki i obrałem drogę na południe Polski. Wchodziłem do drużyny, którą Bogusław Cupiał zdążył już wzmocnić kilkoma głośnymi nazwiskami. Możecie się śmiać, ale bardzo się bałem pierwszego kontaktu, byłem skrępowany, brakowało mi pewności siebie. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne. Trafiłem na ludzi z dużymi umiejętnościami piłkarskimi. To były również mocne charaktery, ale przyjęli mnie z dużym zrozumieniem. W klubach z dużymi pieniędzmi często brakuje atmosfery, ale na pewno nie powiem tego o tamtej Wiśle.

Usiadłem obok Mirka Szymkowiaka, z którym biegaliśmy w Poznaniu po jednym osiedlu. To był mój pierwszy idol, duża osiedlowa postać. Byłem pod wrażeniem jego techniki. Często jednak wraz ze swoją ekipą przeganiał mnie z boiska, bo był trzy lata starszy.

Pierwsze treningi w Wiśle były w hali przy Reymonta. Było nas 30 albo więcej. Zastanawiałem się, co tu robię. Zacząłem sobie przypisywać zawodników na moją pozycję i wyszło mi, że jestem piąty w kolejce. Ostatecznie nie było tak źle, bo z krótką przerwą na Turcję grałem w Wiśle prawie 20 lat i miałem zaszczyt być kapitanem.

Łatwiej postawić do pionu Polaka

Czasem trzeba było kogoś solidnie ochrzanić, ale z wiekiem łagodniałem. Próbowałem popatrzeć na sytuację zawodnika, któremu chciałem coś uświadomić. Duże znaczenie ma to, w jakim środowisku zostaliśmy wychowani. W Wiśle z „Sobolem”, „Baszczem”, „Kosą”, Kuźbą i „Żurawiem” można sobie było pozwolić na zdjęcie nogi z hamulca. Było sporo słownych utarczek, często na siebie pokrzyczeliśmy, ale wiedzieliśmy, że to norma i po kilku minutach po danym piłkarzu mocniejsze słowa spływały jak woda po kaczce. Ostatnio mieliśmy w klubie wieżę Babel i trzeba się było dostosować do mentalności obcokrajowców, by pewnych słów i zachowań nie odebrali źle. Z ręką na sercu mówię jednak, że, jak na taką mieszankę, mieliśmy naprawdę dobrą atmosferę.

Sam też byłem tym „innym” w szatni. Przenosiny do Turcji nie należały do łatwych. Pojechałem na dwa lata, bez rodziny. Choć towarzyszyli mi bracia Brożkowie i Adrian Mierzejewski, czas bardzo się ciągnął. Dziś wiem, że do torby powinienem był zabrać również słownik polsko-turecki i uczyć się języka. Było nas czterech, klub nas rozpieszczał i dał nam tłumacza. To jednak skutecznie przeszkodziło w asymilacji z miejscowymi. Sportowo wszystko było w porządku, ale tego dziś żałuję i bardzo szanuję piłkarzy, którzy są w Wiśle i uczą się naszego języka.

Plan był taki, że w Turcji wypełnię dwuletni kontrakt, wrócę do Wisły i skończę grać. Dwa lata, może jeszcze rok. I koniec. Zawsze były jednak propozycje i tak to moje odchodzenie trwało z siedem lat. Ja nie zdecydowałem, zrobili to za mnie ludzie z klubu. Zobaczymy, czy będę im za to dziękował czy nie...

Mowa ciała mówiła wszystko

Przez jakiś czas bawiliśmy się z żoną w restauratorów. Moja kariera miała wiele smaków: było słodko, kwaśno i gorzko. Popularne wśród wiślaków jest powiedzenie, że każdy ma swoją Levadię. Ja miałem ich kilka.

Poza pożegnalną konferencją piłka nie doprowadzała mnie do płaczu, ale miałem wiele załamań kariery. Po meczu z Anglią, przez kilka dni nie potrafiłem zapomnieć, przyjść do klubu i trenować, jak gdyby nigdy nic. Z czasem łatwiej wyrzucałem niepowodzenia do kosza i szedłem dalej. W domu były jednak ciche dni. Żona wiedziała, kiedy nie podchodzić i nie mówić „mogłeś to zrobić lepiej”, by nie narazić się na konfrontację.

Po powrocie z Trabzonsporu Wisła była innym klubem, niż ten, który opuszczałem. Trudne momenty przychodził jeden po drugim. Największy kryzys dopadł nas dwa lata temu, gdy na chwilę klub wpadł w ręce pana Meresińskiego. Akurat przebywaliśmy na zgrupowaniu w Gniewinie, między dwoma meczami wyjazdowymi z Arką i Lechią. Odwiedził nas prezes Ryszard Pilch i poinformował, że Tele-Fonika i pan Bogusław Cupiał nie będą już odpowiadać za klub. Nic nam nie mówił, ale zdradziła go mowa ciała. Wiedzieliśmy, co się szykuje…

Widzę się na boisku

Wiśle udało się wyjść z tej sytuacji, ale smrodek po panu M. jeszcze będzie się ciągnął. Ja nie zawieszę butów na kołku, bo piłka i mocniejszy trening zawsze pozwalały mi wyrzucić złe emocje. Muszę brać udział w jakichś rozgrywkach. Wszyscy zastanawiają się, co teraz czuję, jak to jest budzić się ze świadomością, że nie żyję już rytmem zawodowego piłkarza. Na razie powiem wam szczerze: nie wiem, nie nudzę się, mam dużo pracy w akademii.

Teraz odpoczywam na Mazurach, kilka dni temu wróciliśmy z krótkich wakacji z Pawłem, „Bogusiem” i Maćkiem Sadlokiem. Nasze zakończenie z „Broziem” trwa już miesiąc i mam nadzieję, że niedługo nastąpi jego kres, bo ciężko ze zdrowiem (śmiech). Minie lato, przyjdą szare dni i wtedy Wam powiem, jak to jest na piłkarskiej emeryturze. Na razie jest euforia, wakacje, trochę luzu. Będę mądrzejszy, gdy zacznie się liga.

Arkadiusz Głowacki


comments powered by Disqus

Najnowsze wiadomości

Wczytaj więcej

Życie miasta

Komunikacja

Biznes

Sport

Kultura

Na sygnale