Wojciech Tochman: Na wojnie psy ratują nasze człowieczeństwo. Każde życie ma znaczenie
Bartosz Dybała, LoveKraków.pl: Pamiętam taki obraz z dworca w Przemyślu z początku wojny: płaczące dzieci, kobiety w ciąży wołające o pomoc, starsze osoby niemogące samodzielnie się poruszać. Nie widziałem jednak psów ani kotów. Co się z nimi działo, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę?
Wojciech Tochman, reporter, autor książki „Delfiny i Belzebub”: Część ludzi miała ze sobą małe zwierzęta. Polskie władze i służby graniczne przymykały oko na formalności związane ze szczepieniami czy paszportami. Moim zdaniem słusznie.
Ludzie, którzy uciekli całymi rodzinami, dzwonili do organizacji ratujących zwierzęta, działających m.in. w Kijowie i Charkowie. Myśleli, że wrócą za trzy dni, a tymczasem znaleźli się we Lwowie albo w Krakowie i nie mogli wrócić. Pytali, czy ktoś może pojechać pod wskazany adres, otworzyć mieszkanie, nawet wyważyć drzwi, i uratować ich kota albo psa.
Jak wyglądało to w Charkowie?
Działa tam organizacja Animal Rescue Kharkiv. Kiedy miasto było niemal puste, a większość lecznic weterynaryjnych została zamknięta, ludzie prowadzący schronisko w Piatichatkach, na północnych przedmieściach Charkowa, zaczęli jeździć po domach, żeby ratować stamtąd psy i koty.
Okazało się, że koty są znacznie mniej odporne niż psy na brak wody i jedzenia, dlatego wiele z nich umarło. Ratownicy włamywali się do mieszkań, wybijali okna, wrzucali karmę i wlewali wodę.
W ciągu ponad czterech lat wojny niewielka organizacja rozrosła się do dużej instytucji, zatrudniającej ponad sto osób i ratującej zwierzęta z terenów przyfrontowych.
Do Ukrainy dotarł pan w 2023 roku na spotkania autorskie. Otrzymane za nie pieniądze chciał pan przeznaczyć na pomoc zwierzętom i tak trafił do schroniska Syriusz w Fedorivce. Jak zniósł pan widok setek biednych zwierząt?
Każda wizyta w schronisku jest przykra. Z natury jest ono więzieniem dla zwierząt i powinno być miejscem tymczasowym.
Zwierzęta w Syriuszu miały zapewnioną podstawową opiekę: nie były głodne, były zaszczepione i wysterylizowane. Mieszkały jednak w strasznych warunkach – na gołej ziemi, pod przeciekającym dachem, w klatkach ze starych desek.
Pomyślałem, że trzeba zorganizować pomoc. Po kilku tygodniach ogłosiłem w mediach społecznościowych, że chcę to zrobić.
Mam fundację, którą założyłem jeszcze wtedy, gdy pracowałem w Rwandzie. Przez dziewięć lat żywiliśmy dzieci w jednej z tamtejszych wsi. Później, w ramach tej samej organizacji, wspieraliśmy leczenie osób z chorobami psychicznymi w Kambodży, które były więzione przez własne rodziny w klatkach i przywiązywane łańcuchami.
Tym razem postanowił pan pomóc zwierzętom. Jak ta pomoc wyglądała na początku?
Po kilku tygodniach przywiozłem pierwsze pięć ton karmy. Zdecydowaliśmy, że będziemy kupować ją w Ukrainie, żeby uprościć logistykę i jednocześnie wspierać ukraińską gospodarkę. Z pomocą znajomych znaleźliśmy hurtownię.
Kiedy na początku lutego 2024 roku przywiozłem karmę, dowiedziałem się, że zimą schronisko Syriusz potrzebuje jednej tony dziennie. Bo żyje tam trzy tysiące psów.
Jak doszło do powstania tak ogromnego schroniska?
Ludzie z całej Ukrainy, także z terenów objętych walkami, przywożą zwierzęta do prowadzącej schronisko Ołeksandry Mezinowej, bo wiedzą, że im nie odmówi.
Ukraińscy żołnierze zabierają psy i koty z frontu podczas relokacji, czyli wycofywania się z opuszczonych miast i wsi. Żyją z nimi w okopach i opuszczonych domach.
Zwierzęta pełnią na froncie niezwykle ważną, wręcz terapeutyczną rolę. Wielu żołnierzy to zwykli, wrażliwi ludzie. Boją się, marzną, żyją w ciągłym zagrożeniu, nie tylko fizycznym, lecz także emocjonalnym.
Kiedy następuje relokacja, żołnierze wybierają spośród siebie jedną osobę, która pakuje do samochodu dwadzieścia lub trzydzieści zwierząt i jedzie kilkaset kilometrów do Ołeksandry. Po drodze są inne schroniska. Jednak te najbliższe również znajdują się w strefie zagrożenia albo nie mogą już przyjmować kolejnych zwierząt.
Ołeksandra potrafiła sama nie jeść przez kilka dni, a jednocześnie szukała jedzenia dla zwierząt. Mimo tego poświęcenia wolontariusze krytykowali ją m.in. za warunki panujące w schronisku. Pana zdaniem słusznie?
Łatwo krytykować kogoś, kto prowadzi takie miejsce, bo zawsze można się do czegoś przyczepić: że w którejś klatce brakuje wody albo że nie wszystkie psy dostają jedzenie w tym samym czasie. Inaczej ocenia się sytuację z boku, a inaczej, kiedy odpowiada się za tysiące zwierząt. Nie mam nic przeciwko wolontariuszom, wręcz przeciwnie, ale ktoś, kto przyjeżdża raz w tygodniu i opiekuje się kilkoma klatkami, niekoniecznie potrafi ocenić funkcjonowanie całego schroniska.
Mam do Ołeksandry ogromny szacunek. W pierwszym miesiącu pełnoskalowej wojny, kiedy północna część obwodu kijowskiego była pod okupacją, a Ukraińcy wysadzili okoliczne mosty, żeby chronić stolicę przed Rosjanami, ta kobieta codziennie narażała życie. Wyruszała po jedzenie dla zwierząt do okolicznych rolników, a z czasem musiała jeździć coraz dalej i przejeżdżać przez kolejne rosyjskie punkty kontrolne. Za każdym razem patrzyła śmierci w oczy.
Ile zwierząt uratowała?
Nadal pomaga pan Ołeksandrze?
Tak, cały czas. Karmę przywozimy sukcesywnie mniejszymi samochodami dostawczymi, bo brakuje kierowców dużych ciężarówek – wielu z nich jest na froncie. Takie auta mieszczą około pięciu ton karmy.
Pomagamy też innym schroniskom. Jedno znajduje się w Nikopolu, niedaleko Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej. Prowadzi je adwokatka Olena Woszun. Ma tam około trzystu zwierząt. Wspieramy również schronisko przejściowe pod Podolskiem – dla zwierząt ewakuowanych z Donbasu. Są tam przywożone przez Krystynę Drachomerecką, architektkę i ratowniczkę, która mniej więcej połowę miesiąca spędza na ewakuacjach, a drugą połowę na organizowaniu adopcji zwierząt w Europie.
W tym schronisku przebywa około dwustu zwierząt, ale ich skład stale się zmienia. System adopcji jest tam bardzo dynamiczny i skuteczny. Krystyna stara się, żeby zwierzęta były zdrowe, zaszczepione i wyleczone, a przed wyjazdem uzupełnia formalności wymagane przy przewozie zwierząt z Ukrainy do krajów Unii Europejskiej.
Dwie duże organizacje – Animal Rescue Kharkiv i 12 Stróżów, o których opowiadam w książce, uratowały w ciągu niemal pięciu lat wojny blisko sto tysięcy zwierząt. Są też mniejsze inicjatywy, które działają lokalnie, ewakuując zwierzęta z najbliższej okolicy.
Co sprawia, że ludzie w tak trudnych warunkach angażują się w ratowanie zwierząt?
Ta wojna przydarzyła się zwykłym ludziom, takim jak my. Wśród nich są osoby, które mają zwierzęta, kochają je i traktują jak członków rodziny.
Wojna jest czasem, w którym człowiek traci wpływ na własne życie. Nie wie, czy rakieta trafi dziś w jego miasto, czy w sąsiednie. Nie wie, czy dron uderzy w jego dom, czy w dom obok. Nie wie, czy syn albo brat zadzwoni z frontu, czy może już nigdy się nie odezwie. Nie wie, czy przetrwa zimę we własnym domu, czy będzie musiał wyjechać. W takiej sytuacji wiele osób próbuje odzyskać kontrolę choćby nad niewielką częścią swojego życia.
Ludzie pozostają w ruchu, co pozwala im nie zamarznąć, dosłownie i w przenośni, w wojennym mrozie, w wojennym stuporze. Ratowanie zwierząt jest szczególnie wyraźnym przykładem sprawczości, którą widać w ukraińskim społeczeństwie. To również wyraz wspólnoty i współpracy. Nie możemy uratować całego kraju ani żołnierza, który został w okopie, ale możemy ocalić życie będące w naszym zasięgu – życie psa albo kota.
Pisze pan o kobietach, które zostają w zrujnowanych miejscowościach i nadal opiekują się zwierzętami, choć same są w niebezpieczeństwie. Dlaczego to robią?
Nie chciały wyjeżdżać. Mówiły, że wolą umrzeć we własnym domu, niż go opuścić. Czasem w całym pustym osiedlu domków jednorodzinnych zostaje jedna kobieta. Chodzi od furtki do furtki i każdego ranka dokarmia zwierzęta, których właściciele wyjechali. To też jest sprawczość. Ta kobieta podjęła decyzję, że zostaje, ale nie pozwala, żeby okoliczności i wojna całkowicie ją obezwładniły. Wokół latają drony i rakiety, nie wiadomo, skąd zdobyć jedzenie, a mimo to znajduje sposób, żeby pomóc zwierzętom.
W pewnym momencie te kobiety podejmują kolejną decyzję. Mówią, że nie dadzą już rady. Nie mają sklepu, bo został zbombardowany albo dostawy przestały docierać. Wtedy dzwonią do ratowników i proszą, żeby zabrali zwierzęta, którymi się opiekowały. Czasem same mają już uzgodnioną ewakuację z żołnierzami albo innymi organizacjami pozarządowymi, ale najpierw chcą uratować zwierzęta.
Czy wojna zmieniła podejście Ukraińców do zwierząt? W Polsce nadal można zobaczyć wiele psów trzymanych na krótkich łańcuchach.
Ludzie są różni wszędzie. Myślę, że niektórzy, którzy uciekli przed wojną albo poszli na front, po prostu nie pomyśleli o psie trzymanym na łańcuchu. Pies był dla nich mniej ważny. Inni przekazali klucze sąsiadom i poprosili, żeby karmili ich zwierzęta.
Sytuacje były różne. Nie oceniam. Sam mam suczkę z Ukrainy, Drużkę. Została znaleziona w zamarzniętym domu w lutym tego roku, przy minus dwudziestu stopniach. Początkowo myślałem, że to kolejny przypadek, w którym ktoś bezmyślnie zamknął zwierzę i uciekł. Okazało się jednak, że jej opiekunka poszła do sklepu i już z niego nie wróciła. Prawdopodobnie zabił ją dron.
Jestem przekonany, że Drużka była kochana przez swoją panią. Dość szybko odzyskała dobrą kondycję psychiczną, mimo że znaleziono ją w domu przy martwych szczeniętach. Mój przyjaciel, ratownik Rusłan Horbal wywiózł ją stamtąd. Ratownicy mówią, że zwierzęta, które doświadczyły wojennej traumy – huku i ognia – szybciej dochodzą do siebie niż te, które były ofiarami przemocy ze strony ludzi, których kochały. Zwierzęta bite, kopane i maltretowane znacznie dłużej wychodzą z takiej rany psychicznej, a niektórym nigdy się to nie udaje.
Nasza Drużka ma się dobrze i jest już wesoła.
Do uratowania jest jeszcze wiele istnień. Potrzeby jak rozumiem wciąż rosną?
Mimo że dwie organizacje uratowały już sto tysięcy zwierząt, to studnia bez dna. Wojna trwa. Wiemy, ile udało nam się ocalić, ale nie wiemy, ilu nie zdołaliśmy uratować. Prawdopodobnie tych drugich jest więcej. Nie przestaniemy pomagać, dopóki będzie to potrzebne i dopóki będziemy mogli tam jeździć.
Trzeba pamiętać, że za tym wszystkim stoi wiele osób. Pierwszy szereg to ratownicy, weterynarze i ludzie organizujący ewakuacje. Drugi to osoby zajmujące się logistyką, leczeniem i adopcjami. Trzeci stanowią ludzie, którzy przyjmują zwierzęta do swoich domów.
Czy wojna sprawiła, że ludzie stali się bardziej wrażliwi na życie?
Chyba tak, i to jest piękne. Właśnie dlatego postanowiłem napisać tę książkę. To nie jest żadna poboczna historia o wojnie. To główna opowieść, choć oczywiście takich głównych historii jest więcej. To opowieść o kondycji człowieka, o tym, co w nim najpiękniejsze i najlepsze, nawet w czasach zła.
To zasługuje na podziw, szacunek i utrwalenie. Prawdopodobnie jest to pierwsza wojna, podczas której ratowanie zwierząt odbywa się na taką skalę i w tak zorganizowany sposób. Oczywiście w poprzednich wojnach zwierzęta również cierpiały i z pewnością byli ludzie, którzy je ratowali, ale nie w takim wymiarze.
W Centrum Ratowania i Rehabilitacji Nietoperzy w Charkowie usłyszałem, że ludzie mają potrzebę bycia dobrymi. Chcą dotknąć dobra. Przed wojną, kiedy kolonia nietoperzy osiedlała się na balkonie, ludzie potrafili brutalnie obudzić ją w środku zimy, co prowadziło do śmierci zwierząt. Teraz częściej zastanawiają się, czy nie pozwolić jej przetrwać do wiosny.
W pana mediach społecznościowych pojawił się film, na którym kobieta oddaje wolontariuszom psa i zalewa się łzami. Dlaczego dochodzi do takich rozstań?
Ludzie czasem oddają własne zwierzęta, uznając, że w naszych rękach będą bezpieczniejsze. Duży pies stanowi problem podczas ewakuacji ludzi. Służby nie zawsze chcą zabierać duże zwierzęta, a czasem odmawiają przewozu osobom, które mają ich kilka.
Zdarza się, że jesteśmy tylko taksówką. Ktoś mówi nam, że po swojej ewakuacji pojedzie do krewnych, na przykład na zachód Ukrainy, i prosi, żebyśmy dostarczyli tam zwierzę. To najlepsze rozwiązanie, jeśli pies albo kot może trafić do swojej rodziny. Takich przypadków jest wiele i również one wliczają się do statystyki uratowanych stu tysięcy zwierząt.
Moja książka to opowieść o ludziach, którzy robią coś szalonego, żeby nie oszaleć podczas wojny. Nie chcą być bezradni.
Wydaje się, że ta opowieść nie mogłaby wyjść spod ręki kogoś, kto nie ma empatii do zwierząt. Pan wyniósł miłość do nich z domu. Jednocześnie miałem wrażenie, jakby pana w tej książce w ogóle nie było.
Jestem na każdej stronie tej książki, choć mnie tam nie widać. To nie jest beznamiętna relacja, chociaż czasami może taką udaje. Każda opisana sprawa jest przeze mnie nie tylko dobrze udokumentowana, ale również osobiście przeżyta.
Jest moją sprawą. Wydaje mi się, że inaczej nie potrafiłbym pracować.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że na wojnie psy ratują nasze człowieczeństwo. I to prawda. O tym jest ta opowieść. Każde życie ma znaczenie.
Pisał pan o wojnie w Bośni i Hercegowinie, ludobójstwie w Rwandzie, a także o Kambodży pod rządami Czerwonych Khmerów. Czy zwierzęta pojawiały się również w tamtych historiach?
Na pewno pojawiały się w Kambodży. Dlatego nadałem tamtej książce tytuł „Pianie kogutów, płacz psów”. Chciałem pokazać, że ludziom uwięzionym w klatkach towarzyszyły nocami odgłosy cierpiących psów, a o świcie pianie kogutów. Powinienem do tego wrócić, ale nie mam siły.
Powinienem też napisać reportaż z rzeźni. Jestem wegetarianinem. Próbowałem znaleźć producentów, którzy zgodziliby się wpuścić mnie do rzeźni. Proponowałem nawet, że nie podam jej nazwy, a mimo to nikt się nie zgodził. Zastanawiam się, dlaczego. Przecież te zakłady twierdzą, że spełniają wymagania i przepisy, a jednak nie chcą pokazać swojej pracy.
Ktoś kiedyś napisał, że gdyby rzeźnie miały szklane ściany, nikt z nas nie jadłby mięsa.
Wojna wciąż trwa, a losy bohaterów książki nadal się toczą. Jak pan sobie z tym radzi?
Po wydaniu mojej najnowszej książki jeden z jej głównych bohaterów, Rusłan, został ranny. Ledwo przeżył. Inna bohaterka dowiedziała się o nieuleczalnej chorobie autoimmunologicznej. To wszystko nadal się dzieje. Ci ludzie są mi bliscy. W moim wieku trudno nawiązywać nowe, głębokie przyjaźnie, a jednak wspólne ewakuacje w Donbasie, sytuacja zagrożenia, bardzo mnie zbliżyła z kilkoma osobami.
Każdy dzień zaczynam od sprawdzania, co wydarzyło się w nocy. Czasami budzę się i również sprawdzam wiadomości, chociaż staram się od tego odzwyczaić. Jeśli coś się dzieje, już nie śpię, tylko monitoruję sytuację. Pytam moich przyjaciół, czy u nich wszystko dobrze. Często odpisują: „ciągle jeszcze żyjemy”. To jest trudne. Wszyscy czekamy, aż ta wojna się skończy.
***
W sobotę 24 października Wojciech Tochman będzie gościem Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Spotkanie z czytelnikami odbędzie o godz. 16 w sali Budapeszt C. Książki będzie podpisywał o godz. 17 na stoisku Wydawnictwa Literackiego.
Jednocześnie Wojciech Tochman zaprasza do pomocy zwierzętom w Ukrainie.