Festiwal Conrada uczy nieposłuszeństwa. „Nie powiemy nikomu, jak się buntować”

– Bunt, który jest naszym przywilejem i obowiązkiem, godzi też we wspólnotę złożoną z ludzi, którzy myślą inaczej niż my sami – mówi w rozmowie z LoveKraków.pl dyrektorka programowa Festiwalu Conrada Paulina Frankiewicz.

19 października ruszyła 18. edycja Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada pod hasłem „Nieposłuszeństwo”. Wydarzenia w jego ramach potrwają do 25 października. Organizatorami festiwalu są KBF, Miasto Kraków i Fundacja Tygodnika Powszechnego.

W jego ramach publiczność ma okazję spotkać się między innymi z Olgą Tokarczuk, Juanem Gabrielem Vásquezem, Szczepanem Twardochem i Christophem Ransmayrem, a także z postaciami polskiego hip-hopu: Ryszardem „Peją” Andrzejewskim oraz Anną „Ryfą Ri” Wilczkowską. Ważną częścią jest również 75. rocznica wydania „Człowieka zbuntowanego” Alberta Camusa.

Obok tego organizatorzy przygotowali program towarzyszący, na który złożą się m.in. spotkania w krakowskich księgarniach kameralnych, warsztaty i spacery literackie, a także wydarzenia dedykowane dzieciom oraz młodzieży. Więcej o samym programie i zapowiedziach 18. edycji Festiwalu Conrada pisaliśmy tutaj.

W dzień rozpoczęcia imprezy o granicach sprzeciwu, kształcie imprezy i poszukiwaniach w książce telefonicznej bohaterki zdjęcia z plakatu rozmawialiśmy z dyrektorką programową, Pauliną Frankiewicz.

***

Filip Zapał, LoveKraków.pl: Jesteśmy na gorąco przed festiwalem. To pierwsza edycja, przy której pracuje Pani jako dyrektorka programowa. To były duże buty do wypełnienia, czy ta zmiana przyszła naturalnie?

Paulina Frankiewicz, dyrektorka programowa Festiwalu Conrada: Mam za sobą doświadczenie przy organizacji festiwali, byłam wicedyrektorką Domu Literatury w Łodzi, więc sam żywioł festiwalowy nie jest dla mnie nowy. Ale Festiwal Conrada to projekt, do którego mam duży sentyment. Uczestniczę w nim od kilkunastu edycji. Pamiętam swoje pierwsze przyjazdy do Krakowa w październiku, to zawsze był stały punkt w moim kalendarzu. Myślę, że gdyby nie ten festiwal, być może w ogóle nie zajmowałabym się literaturą. Tworzenie programu było fascynującym wyzwaniem – intensywną pracą, ale dającą ogromną radość z pokazywania różnych ścieżek nieposłuszeństwa. Zobaczymy, jak to teraz zagra na żywo.

Jak wyglądała praca przy tworzeniu programu tegorocznej edycji? Starała się Pani utrzymać ciągłość z poprzednimi edycjami, czy jednak postawić na rewolucję?

Hasło tegorocznej edycji było już wybrane wcześniej, natomiast cały program został skonstruowany przeze mnie. Znam ten festiwal od lat, więc wiem, czego się spodziewać. Ważne było dla mnie łączenie różnych światów i spotkania z ludźmi z różnych środowisk. Być może w ten sposób również przebijanie baniek i przyzwyczajeń. 

Popatrzyłam na to wyzwanie z odwagą i starałam się zrobić to po swojemu, ale z poszanowaniem tradycji. Zależało mi też na tym, by przywrócić wydarzeniu samego Josepha Conrada – pokazać naszego patrona jako wywrotowca i buntownika.

Z przebijaniem baniek rezonuje panel o rapie. Czy zaproszenie Peji i Ryfy Ri to dla programu coś wywrotowego?

Tak uważam! Zależało mi na pokazaniu, że po pierwsze: rap jest literaturą, a po drugie: wpisany jest w niego sprzeciw i kontestowanie rzeczywistości. To trudne środowisko do uchwycenia. Jesień jest czasem, gdy wracają trasy koncertowe i artyści są w ciągłym ruchu. Dużym wyzwaniem było przekonanie ich, że są ważną częścią literatury i żeby znaleźli na to czas. Ale udało się. Zaprosiliśmy Ryszarda „Peję” Andrzejewskiego oraz Annę „Ryfę Ri” Wilczkowską i jestem bardzo zadowolona z końcowego kształtu tego panelu, bo pokażą zupełnie różne oblicza buntu.

Co było największym wyzwaniem logistycznym przy konstruowaniu programu?

Zdecydowanie nasza identyfikacja wizualna. Oparta jest na zdjęciu z 1994 roku z oblężonego Sarajewa. Kiedy twórca identyfikacji zaproponował mi kilka fotografii, od tej jednej nie mogłam oderwać wzroku. Jest na niej wiele pozamilitarnych aspektów. Widzimy kobietę, która emanuje godnością i buntem cywilnym. Z podniesioną głową i we wspaniałej kreacji kroczy przez Sarajewo i mija żołnierza, który co prawda nie mierzy w nią, ale trzyma broń. 

Kupiliśmy zdjęcie w agencji, ale okazało się, że pochodzi z czasów przed obowiązującymi dzisiaj umowami o wizerunek. Musieliśmy więc odnaleźć bohaterkę. Cały zespół festiwalowy szukał jej przez ministerstwa, muzea, instytucje... Trwało to tygodnie. W końcu okazało się, że wystarczyło otworzyć starą książkę telefoniczną. Znaleźliśmy jej nazwisko, porozumieliśmy się. Co więcej, dziś pani Meliha ma ponad 70 lat, przyjechała do Krakowa i osobiście otworzy z nami festiwal.

Plakat Festiwalu Conrada wraz z identyfikacją wizualną
Plakat Festiwalu Conrada wraz z identyfikacją wizualną

Wracając do literatury – jaki jest według Pani inny najciekawszy punkt programu, którego absolutnie nie można przegapić?

Trudne, bo to tak, jakbym miała wybrać, które dziecko kocham bardziej (śmiech). Dla mnie ważną postacią jest Juan Gabriel Vásquez z Kolumbii. To pisarz, dla którego Joseph Conrad jest najważniejszym twórcą i inspiracją – to on nauczył go pisać i postrzegać rolę literatury jako narzędzia do zadawania trudnych pytań.

Vásquez ma zresztą na swoim koncie powieść, która jest odpowiedzią na „Nostromo” Josepha Conrada – to „Sekretna historia Costaguany”. Była to zarazem jego pierwsza książka, w której zwrócił się w kierunku historii swojego kraju. Później już zawsze pisarstwem wracał do Kolumbii; robi to od 20 lat, wyciągając różne niewygodne epizody z jej przeszłości – takie, które możni tego świata najchętniej zamietliby pod dywan. On wyciąga je na powierzchnię i ubiera w kostium opowieści, a właściwie powieści, dzięki czemu stają się one dużo bardziej uniwersalne.

Dla mnie to nie są tylko książki o Kolumbii, a w każdym razie – są czymś dużo więcej. Opowiadają o mechanizmach przemocy, o teoriach spiskowych, o różnego rodzaju wykroczeniach. To jest olbrzymia sztuka literatury i fikcji literackiej, która uświadamia, dlaczego tak bardzo potrzebujemy opowieści. Pokazuje też, w jaki sposób – jeśli tylko będziemy otwarci na literaturę – możemy zmienić siebie, a być może również innych i jakiś kawałek świata.

Osią całego hasła i programu wydaje się być też Albert Camus i rocznica wydania „Człowieka zbuntowanego”.

Tak, mija dokładnie 75 lat od premiery we Francji. Będziemy rozmawiać o tym, dlaczego ten esej pozostaje tak boleśnie aktualny i dlaczego bunt, który jest naszym przywilejem i obowiązkiem, godzi też we wspólnotę złożoną z ludzi, którzy myślą inaczej niż my sami.

Camus pisał o tym, że w buncie kluczowy jest umiar, miara i harmonia. Musimy walczyć o to, żeby sprzeciwiać się niesprawiedliwości, ale zawsze pamiętać, że bunt to miecz obosieczny. Niestety ze względów zdrowotnych nie dotrze do nas ostatecznie wnuk noblisty, David Camus. Będą za to historyczka Joanna Ostrowska, politolog Basil Kerski a rozmowę poprowadzi Maciej Kałuża, założyciel Polskiego Stowarzyszenia Alberta Camusa.

Podczas pasma filmowego będziemy również oglądać najnowszą adaptację „Obcego”. Jest to wierna adaptacja noweli, ale równocześnie rzucająca światło na aspekty współczesne. Sam „Obcy” pozostaje bardzo aktualną opowieścią, i myślę, że warto do niej wracać.

To na koniec – gdyby miała Pani podsumować ten program i zostawić czytelników wybierających się na festiwal z jedną puentą, to jakby ona brzmiała?

Tegoroczny program wskazuje różne możliwe ścieżki buntu, ale nie powiemy nikomu, jak się buntować i jak się sprzeciwiać. Musicie Państwo dojść do tego sami. My wskazujemy tylko możliwe kierunki i rozmawiamy o tym. Zachęcamy do samodzielnego myślenia, do krytycznej lektury, aby literatura była przewodniczką i punktem wyjścia do stawiania oporu wtedy, kiedy się na coś nie zgadzamy – ale przy pełnej świadomości konsekwencji, jakie niesie ze sobą sprzeciw.

Zapraszam do wydeptywania ścieżek nieposłuszeństwa zarówno na festiwalu, jak i długo po nim.