Prawie 2 mln zł na kampanię referendalną. Gibała: To była odpowiedź na przewagę miasta

Wyborcza pisze o blisko 2 mln zł wydanych na referendum w Krakowie. Zdecydowaną większość tej kwoty miało pokryć stowarzyszenie Łukasza Gibały.

Stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców, którego liderem jest Łukasz Gibała, sfinansowało zdecydowaną większość kampanii referendalnej poprzedzającej odwołanie Aleksandra Miszalskiego z funkcji prezydenta Krakowa – podała „Gazeta Wyborcza”.

Jak wynika z opublikowanego przez Krajowe Biuro Wyborcze sprawozdania, cała akcja kosztowała 1 976 276 zł. Z tej kwoty 1 895 164 zł pochodziło od stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców. Formalnie referendum organizowała grupa 21 mieszkańców, na czele z Janem Hoffmanem, przewodniczącym zarządu Dzielnicy I Stare Miasto.

Rafał Zontek, pełnomocnik komitetu, potwierdził, że sprawozdanie finansowe złożono 24 sierpnia. Przyznał też, że sam komitet wydał nieco ponad 80 tys. zł, pochodzących ze składek i darowizn.

Według relacji „Wyborczej”, wsparcie stowarzyszenia miało przede wszystkim charakter rzeczowy – obejmowało m.in. druk materiałów oraz wykup reklam zewnętrznych. Łukasz Gibała przyznał w rozmowie z dziennikarką GW, że organizacja przeznaczyła na kampanię kwotę wyższą, niż pierwotnie deklarował. Pieniądze miały trafić głównie na wynagrodzenia osób zbierających podpisy i działania outdoorowe.

Referendum
Referendum
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

Gibała tłumaczył, że zwiększenie budżetu było reakcją na działania urzędu miasta. – Zwiększyliśmy zakładany budżet, żeby zniwelować tę ogromną przewagę finansową – mówił, zarzucając Aleksandrowi Miszalskiemu wykorzystywanie miejskich środków na komunikację przeciwko referendum.

Na samą urzędową gazetę poszło 3,5 mln złotych. Dlatego zwiększyliśmy zakładany budżet, żeby zniwelować tę ogromną przewagę finansową, jaką Miszalski miał nad Janem Hoffmanem i komitetem obywatelskim oraz zapewnić inicjatorom referendum równe szanse w tym starciu.
Łukasz Gibała na łamach GW

Były prezydent Krakowa skomentował natomiast, że skala wydatków go nie zaskakuje. – Setki tysięcy gazetek w skrzynkach i cały mechanizm systemowego niszczenia w internecie nie dzieje się za darmo – stwierdził Miszalski, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.