Spór o przyszłość tysiąca hektarów. „Racji nie ma zawsze ten, kto krzyczy najgłośniej”

Jacek Bednarz, wieloletni samorządowiec z Podgórza i mieszkaniec Płaszowa, odpowiada na stanowisko Klastra Rybitwy i punktuje lata zaniedbań na tym obszarze. Mówi o uciążliwym sąsiedztwie, krążących w przestrzeni liczbach oraz wyjaśnia, dlaczego krzyk i polityczne deklaracje nie rozwiążą problemów tysiąca hektarów we wschodniej części Krakowa.

To drugi głos w naszym cyklu poświęconym przyszłości Płaszowa i Rybitw. Wcześniej swoje stanowisko przedstawiali przedstawiciele Klastra Rybitwy. Dziś o sporze odpowiada Jacek Bednarz, wieloletni przewodniczący Rady i Zarządu Dzielnicy XIII Podgórze (2006–2010 i 2014–2018) oraz radny miasta Krakowa w kadencji 2018–2024, mieszkaniec Płaszowa.

Dawid Kuciński, LoveKraków.pl: Jest pan doświadczonym samorządowcem, przede wszystkim mieszkańcem Podgórza. O co tak naprawdę toczy się ta gra na Płaszowie i Rybitwach? Czy chodzi o obronę miejsc pracy, czy o zmianę dotychczasowego charakteru tej strefy?

Jacek Bednarz: Zadaję sobie pytanie, o co tak naprawdę do końca chodzi przedsiębiorcom – a zwłaszcza tej ich części skupionej wokół klastra, czyli firmom powiązanym z KZN Bieżanów, które stanowią jego trzon. Na pewno po części jest to obawa o zakłady pracy, i to bezsporne. Z tym że zarówno w planie miejscowym Nowe Miasto, jak i w masterplanie jednoznacznie powiedziano, że te firmy w żaden sposób nie są zagrożone. Powinni więc czuć satysfakcję, że z ich terenami bezpośrednio nic się nie wydarzy.

Rejon Biskupińskiej: „nigdy nie mówili, że są tym zainteresowani”

Na konsultacjach społecznych, które miasto prowadziło z mieszkańcami dzielnic XII i XIII zaraz po zaniechaniu prac nad planem Nowe Miasto, przedstawiciele klastra zawsze mówili, że rejon ulicy Biskupińskiej – od Mierzei Wiślanej do oczyszczalni – to teren, który nie jest w ich zainteresowaniu i przeznaczenie tego obszaru pod zabudowę mieszkaniową nie jest dla klastra problemem.

Dziś to się zmieniło: na stronach klastra pojawiła się informacja, że pomagają kojarzyć osoby zainteresowane kupnem czy sprzedażą nieruchomości w tym rejonie Płaszowa i Rybitw. Nie chciałbym spekulować, o co dokładnie chodzi firmom stanowiącym trzon klastra, skoro doskonale wiedzą, że zarówno plan miejscowy, jak i masterplan zabezpieczały ich dotychczasową funkcję.

To ewidentnie dbanie o własny interes – mówię to pozytywnie, bo każdy ma do tego prawo. Ale jednocześnie ogranicza to prawo dysponowania terenem innym przedsiębiorcom i właścicielom nieruchomości, którzy mieli lub mają inny pomysł na swoją działkę. Warto dodać, że nawet osoby, które szły z klastrem w pierwszym szeregu na protestach i sesjach rady miasta, dziś mają odmienne zdanie i wyrażają je publicznie – w mediach.

W tej dyskusji jest więcej emocji niż sprawdzonych faktów. Gdy tworzono plan Nowe Miasto, mówiło się o 10 tysiącach pracowników w tym obszarze. Kilka lat później – już o 20 tysiącach. Dziś w przestrzeni medialnej pojawia się liczba 30 tysięcy. Zastanawia mnie, które firmy tak nagle zwiększyły zatrudnienie – to byłby skok odczuwalny w komunikacji zbiorowej i układzie drogowym, nie mówiąc o tym, skąd wzięliby się ci pracownicy, skoro liczba bezrobotnych rośnie. Nikt tego nie weryfikuje.

Mieszkańcy od lat zwracają uwagę na problemy związane z produkcją, przetwórstwem odpadów czy kompostownią. Klaster mówi, że broni mieszkańców przed zabudową mieszkaniową, ale zarzuca się mu, że sam niewiele robi, żeby te problemy rozwiązywać.

Ten wątek jest kluczowy dla mieszkańców Przewozu, Rybitw i Płaszowa. Znam go dobrze, bo jako przewodniczący Rady Dzielnicy XIII zainicjowałem – ponad 10 lat temu – pierwsze spotkania z przedsiębiorcami w sprawie problemów odorowych. Uświadamiałem im wtedy, że oprócz planu miejscowego Płaszów-Rybitwy istnieje studium z 2014 roku, które zakłada przekształcenie tego terenu. Przez parę lat nic się nie działo – sprawa wróciła dopiero przy planie Nowe Miasto.

Budynek krakowskich zakładów garbarskich
Budynek krakowskich zakładów garbarskich
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

Te zakłady były, są i jeśli nie pójdziemy w kierunku zmian, będą uciążliwe – jak choćby garbarnie przy Christo Botewa/Półłanki, technologia jeszcze z lat 70., które mimo ograniczenia działalności wciąż stanowią uciążliwość zapachową dla Rybitw i Przewozu. Mamy tu do czynienia z jednym wielkim kotłem i wzajemnym przerzucaniem odpowiedzialności – najłatwiej zwalić winę na oczyszczalnię. A trzeba przyznać, że oczyszczalnia Płaszów przez lata wykonała ogromną pracę nad hermetyzacją swojej instalacji, częściowo pod nadzorem specjalistów z Uniwersytetu Ekonomicznego, którzy na zlecenie miasta robili analizę zapachową całego obszaru. Przedsiębiorcy wiedzieli, że problem istnieje i że sytuacja może się zmienić – tylko to „kiedyś” się zbliża, bo zabudowa mieszkaniowa realnie rośnie: Złocień, ale też Rybitwy i Płaszów w kierunku wschodnim.

Kto naprawdę zarabia na tym terenie

Przedsiębiorcy wskazują na stabilne zatrudnienie i podatki – to ich kontrargument wobec mieszkaniówki, bo ta generuje niższy dochód z podatku od nieruchomości. Jak pan patrzy na ten argument?

A kto weryfikował te milionowe dochody do budżetu miasta, o których się mówi? Nie neguję, że podatek od nieruchomości komercyjnych jest wyższy niż od mieszkaniówki, ale lokal usługowy na parterze budynku mieszkalnego płaci chyba taką samą stawkę jak hala magazynowa. Chciałbym operować na cyfrach, a nie domniemaniach.

Jestem za tym, żeby w Krakowie były firmy produkcyjne i usługowe dla mieszkańców, także branża śmieciowa – ale chciałbym ten obszar uporządkować. Osobiście złożyłem wniosek do Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska w sprawie kompostowni działającej za oczyszczalnią (dziś firma nazywa się PreZero, wcześniej Suez). Kontrola wykazała nieprawidłowości, firma odwołała się, wyższa instancja podtrzymała decyzję, a sprawa – kolejny rok z rzędu – jest na etapie sądowym. To pokazuje, że nawet gdy coś zostanie udowodnione, system odwoławczy trwa latami. To samo niezdecydowanie widać przy garbarni, która od lat stoi w miejscu i niszczeje, mimo że tuż obok przybywa mieszkańców. Kolejny zwrot o 180 stopni w tym temacie nie byłby dobrym kierunkiem – a to, że co kilkanaście lat miasto zmienia funkcję tego samego obszaru, to też pewien brak odpowiedzialności władz.

Gdzie jest pole do kompromisu?

Protest przeciwko zagospodarowaniu terenów na Rybitwach
Protest przeciwko zagospodarowaniu terenów na Rybitwach
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Miasto musi zebrać interesy wszystkich stron – deweloperów, przedsiębiorców i mieszkańców, którzy sami decydują, gdzie kupują mieszkanie. Widzi pan możliwość kompromisu?

Ktoś, kto kupuje tam mieszkanie, podejmuje decyzję pewnie kierując się różnymi uwarunkowaniami, ale pewnie są osoby, które decydują, opierając się na informacjach publikowanych przez miasto o planach budowy linii tramwajowej do Złocienia, o przekształceniu tej części Krakowa jako nowej dzielnicy/nowego miasta. Czyli miejsca, gdzie warto zamieszkać.

Czy ci ludzie mają świadomość, że za płotem mają firmę zajmującą się odpadami albo oczyszczalnię? Gdy ktoś pyta mnie prywatnie, opisuję stan faktyczny – nie obiecuję, że będzie tam ładnie i pięknie, bo w najbliższym czasie raczej tak nie będzie, jeśli uwarunkowania planistyczne się nie zmienią.

Dobry przykład to prawie 70 hektarów zielonej łąki przy Telefonice, które w planie miejscowym są przeznaczone pod przemysł. Nawet gdyby miasto miało pieniądze, formalnie nie ma podstaw, by je wykupić pod park. Jeśli nie zostanie to inaczej uregulowane – np. w ramach  ZPI „Przyjazny Bieżanów”, gdzie inwestor w zamian za zgodę na zabudowę mieszkaniową oddałby część terenu pod park i dołożył się do infrastruktury – Tele-Fonika może po prostu sprzedać teren, a kupujący zgodnie z planem postawi tam równie dobrze centrum logistyczne, jak i zakład przemysłowy. Podobny mechanizm widać przy ulicy Agatowej, gdzie dziś powstaje zabudowa bez zieleni, bo plan Nowe Miasto, który ją przewidywał, nigdy nie wszedł w życie.

Na tym obszarze będzie dochodziło do coraz większych konfliktów między mieszkańcami, przedsiębiorcami i właścicielami nieruchomości o odmiennych oczekiwaniach – i niestety „sąsiad sąsiadowi będzie wilkiem”. Widać to nawet po osobach, które kiedyś działały z klastrem, a dziś mają inne zdanie i bywają za to krytykowane.

Dyskusję trzeba prowadzić argumentami, z poszanowaniem drugiej strony – siła, krzyk i dobrze zorganizowana akcja to nie jest rozwiązanie, bo racji nie ma zawsze ten, kto krzyczy najgłośniej.

Kandydaci na prezydenta a spór o Płaszów-Rybitwy

Widzi pan wśród kandydatów na prezydenta osobę, która mogłaby pogodzić te środowiska?

Kampania wyborcza nie jest dobrym czasem na podejmowanie takich decyzji. Klaster zaprasza kandydatów na spotkania, gdzie prezes Remigiusz Tytuła pyta wprost, jak widzą ten teren – i niemal wszyscy odpowiadają, że widzą tam teren przemysłowy. To spojrzenie przez pryzmat kilku ładnych firm, bez pełnego obrazu obszaru liczącego ponad tysiąc hektarów.

Rozwój przemysłu i miejsc pracy jest oczywiście ważny, ale chciałbym, żeby kandydaci spojrzeli na to szerzej. Kraków ma dziś trzy strategiczne obszary rozwoju: Balice, gdzie kierunek związany z lotniskiem jest jasny, oraz dwa pozostałe – Płaszów-Rybitwy (prawie tysiąc hektarów) i Nową Hutę Przyszłości wraz z kombinatem. Te dwa obszary trzeba uporządkować planistycznie na dziesiątki lat do przodu.

Słyszałem, jak jeden z kandydatów mówił, że z podatku jednej firmy można by zrobić rondo, więc po co to likwidować. To ja się pytam: gdzie są te pieniądze, skoro w tym rejonie latami brakowało podstawowej infrastruktury – stara ulica Półłanki dopiero niedawno doczekała się asfaltu, wciąż bez chodników, a na ulicy Obrońców Modlina postawiono znak „Droga do Europy”, a stan tej drogi jest taki, że trudno tam przejechać. Tymczasem Christo Botewa, Śliwiaka i Surzyckiego to główna arteria wjazdowa do Krakowa, a wieczorem czuć tam, że to nie jest miejsce dobre dla mieszkańców, którzy tam mieszkają i będą mieszkać.

Z kandydatów najbardziej ostrożna i wyważona w deklaracjach wydaje mi się senator Monika Piątkowska. Rozumiem z kolei obawy Michała Drewnickiego i radnych z Nowej Huty – boją się, że część firm mogłaby zostać przeniesiona do strefy przemysłowej na terenie kombinatu. Tylko że miasto nie powinno funkcjonować w ten sposób, że problem spycha się tam, gdzie akurat go nie widać.