Kazimierz Moskal szuka nowych talentów. „Dziś tego brakuje w szkoleniu”

Po zwolnieniu z Wieczystej Kraków Kazimierz Moskal ma nowe zajęcie. Były trener i piłkarz m.in. Wisły został ambasadorem projektu „Grajże na polu”, który jest skierowany do wszystkich Krakowian chcących pograć w piłkę.

„Grajże na polu” to projekt organizowany przez Małopolski Związek Piłki Nożnej. W jego ramach tej jesieni w Krakowie odbędzie się 276 turniejów, w których udział weźmie kilkanaście tysięcy uczestników. Projekt już ruszył – pierwsze turnieje i pikniki piłkarskie odbyły się pod koniec września.

Ambasadorem projektu został Kazimierz Moskal, który w sobotę na własne oczy obserwował poczynania młodych piłkarzy. O poranku pojawił się w nowoczesnym kompleksie sportowym MKS Nowa Huta przy ulicy Syrachowskiej, gdzie rywalizować będą zawodnicy w kategorii skrzat. W turniejach udział może wziąć udział każdy mieszkaniec Krakowa spełniający wymogi wieku. Wydarzenia są kierowane także do całkowicie ″dzikich″ drużyn.

Dla wielu młodych ludzi udział w takim turnieju może być początkiem wielkiej kariery. Jak u pana wyglądały te początki?

Pierwsze wspomnienia mam związane z wiekiem przedszkolnym. Jak wychodziliśmy na spacer, zawsze pytałem naszych pań, czy mogę ze sobą wziąć piłkę. Ustawiałem dwie bramki, w zasadzie z czegokolwiek i starałem się namówić kolegów do gry. Nie było to łatwe, bo nie chcieli przeciwko mnie grać nawet jak ja byłem sam, a ich było trzech. Ciąg dalszy był już w szkole podstawowej, gdzie braliśmy udział w rozgrywkach międzyszkolnych. Z tej grupy został stworzony klub i braliśmy udział w rozgrywkach wojewódzkich, przyjeżdżaliśmy do Krakowa na mecze z Wisłą, Cracovią, Hutnikiem, Tramwajem, Prokocimiem itd. W ten sposób, po jednym z zimowych turniejów halowych, podeszli do mnie ludzie z Wisły i zapytali, czy chciałbym grać u nich.

Kiedyś grało się na podwórku. Widuje pan dziś dzieciaki biegające za piłką czy już wszystko odbywa się w klubach?

Dziś takich „dzikich” meczów praktycznie się nie widzi. Jak ja byłem dzieckiem, wracałem do domu, rzucałem tornister i szedłem na boisko. Dopiero zmrok sprawiał, że wracało się do domu. Nawet zimą mieliśmy wielką frajdę z gry na śniegu. Zakładaliśmy worki foliowe na stopy, dopiero wtedy buty i szliśmy grać. Do domu wracaliśmy cali oblepieni śniegiem czy lodem, ale przyjemność z takiej gry była naprawdę duża. Teraz to jest dużo bardziej zorganizowane. Nie widziałem np., by grupa dzieci przyszła z plecakami na Błonia i na szybko zorganizowali mecz.

Myśli pan, że dziś może brakować dzieciom, przyszłym piłkarzom, tego, co kiedyś było szlifowane właśnie podczas gry na podwórku? Często nawet bezwiednie.

Bardzo brakuje mi kiwania się. Od najmłodszych lat w klubach wpajamy dzieciom mnóstwo zasad, a nawet taktyki. A mniej dajemy się im bawić piłką, by grali w kiwanego. W dzisiejszym futbolu bardzo ceni się ludzi, którzy nie boją się pojedynków. Potrafią je wygrywać i robić przewagę w danym sektorze boiska.

Trenerzy krzyczą do dzieci: Nie kiwaj, podaj!

Dokładnie tak. Taktyka i gra zespołowa są ważne, ale musisz mieć piłkarzy, którzy będą potrafili wygrać pojedynek. Mecze często są zamknięte, taktycznie poukładane i ciężko się przebić pod bramkę rywala. W takiej sytuacji wybitne jednostki mogą pomóc.

W ramach projektu „Grajże na polu” odbywają się Piłkarskie Mistrzostwa Krakowa Dzieci, które były skierowane także do dzikich drużyn. Uważa pan, że taki turniej to okazja, by wyłapać jakiś talent?

Myślę, że tak, choć nie jest to proste. Mamy mnóstwo akademii i skautów, którzy kręcą się przy tego typu imprezach już od najmłodszych roczników. Zawsze jednak jest szansa, że znajdzie się perełka, która wcześniej nie została wyłowiona.

Kazimierz Moskal
Kazimierz Moskal
Fot. Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Może pojawić się dzieciak, którego rodziców nie stać na opłacanie akademii.

Dokładnie. Tego typu inicjatywy to szansa dla dzieci z takich środowisk. A poza tym to duża frajda wziąć udział w takiej imprezie i spróbować swoich sił.

W ramach projektu są też treningi dla osób dorosłych. Tu chyba warto mierzyć siły na zamiary?

Zdrowie najważniejsze. Jeśli mam obawy albo odczuwam jakieś dolegliwości, to raczej nie ma co ryzykować. Jeśli jednak zdrowie pozwala, warto spróbować. Odkąd skończyłem grę w piłkę, bardzo mi tego brakuje. Często śniło mi się, że gram ważny mecz, strzelam zwycięską bramkę a potem nadchodzi poranek i człowiek sobie uświadamia, że to już nie wróci. Skończyłem granie w wieku 39 lat ze względu na to, że dostałem w Wiśle pracę w roli trenera asystenta. Chciałbym grać pewnie dalej, ale tak to się potoczyło. Jeśli mam w zespole starszych zawodników to powtarzam im, by grali tak długo, jak tylko im zdrowie pozwala. Bo to jest największa przyjemność.

A piękną bramkę można strzelić nawet na małym stadionie.

Wszystko zależy od nastawienia. Cieszę się, że pojawiają się inicjatywy, w których możemy się pobawić, a przy okazji trochę zmęczyć. Taki wysiłek pozytywnie potem wpływa na nasze samopoczucie.