Po odejściu z Wisły stracił to na dobre. Teraz apeluje przed derbami. „Oby bez incydentów”
Być może Jesus Imaz grałby przy Reymonta do dziś, gdyby na przełomie 2018 i 2019 roku – gdy klub stał na nad finansową przepaścią – Wisła nie sprzedała go do Białegostoku. Od niemal ośmiu lat jest ikoną Jagiellonii. 31 października po raz drugi w tym sezonie wrócił do Krakowa. Biorąc pod uwagę wydarzenia boiskowe, była to przyjemniejsza wizyta. Z Wisłą jego drużyna przegrała 0:2, a Wieczystą pokonała 31.
Spodziewał się pan, że gola numer 100 strzeli na stadionie Wisły, gdzie zaczęła się pana owocna przygoda z ekstraklasą?
Jesus Imaz: Nie spodziewałem się, ale to miłe, że wydarzyło się właśnie w tym miejscu. Kiedy przyjechałem do Polski, grałem na tym wspaniałym obiekcie. Dziś reprezentuję barwy Jagiellonii i bardzo się cieszę, że tutaj mogłem osiągnąć ten jubileusz. Mamy mnóstwo pracy do wykonania i wiele meczów przed sobą. Jestem bardzo szczęśliwy przede wszystkim z wygranej, choć indywidualne wyróżnienia zawsze są miłe. 100 goli dla Jagiellonii to pokaźna liczba i wielki sukces. Gram dla klubu już bardzo długo i wszyscy wiedzą, jak bardzo go kocham – za to, co dla mnie zrobił, i za to, co ja zrobiłem dla niego. Gramy dalej, mam nadzieję, że jeszcze powiększę ten dorobek.
W końcówce rywalizacji z Wieczystą pokazaliście charakter, odpowiedzieliście na gola wyrównującego i strzeliliście kolejne dwa. Czy to oznacza, że Jagiellonia powoli wraca na dobre tory?
W pierwszych minutach po przerwie brakowało nam koncentracji. Pozwoliliśmy im wejść w mecz, mieli sporo rzutów rożnych, groźnych akcji i w końcu strzelili gola. Cieszy mnie jednak mentalność zespołu i to, jak zareagowaliśmy. Po remisie od razu chcieliśmy wygrać, poszliśmy po drugiego gola, strzeliliśmy go, a zaraz potem chcieliśmy dołożyć trzeciego. Taka jest tożsamość tej drużyny – grać ofensywnie i wywierać presję na przeciwniku. Ostatecznie nie było to łatwe, ale daliśmy radę.
Piłka nożna w wykonaniu Jagiellonii w ostatnim tygodniu pokazała, jak potrafi być nieprzewidywalna i szalona. Po meczu z Anderlechtem w Lidze Europy mówiło się głośno o kryzysie, a teraz rozmawiamy po trzecim zwycięstwie z rzędu.
To na razie tylko trzy wygrane z rzędu, jeszcze niczego wielkiego nie osiągnęliśmy. Ale taka jest piłka: czasami leżysz na deskach, ale nie wolno ci się poddać – i my to pokazaliśmy!
Jak ważna jest ta seria trzech zwycięstw z rzędu przed trudnym wyzwaniem, jakie czeka was w Sofii?
Wygrane są dla nas kluczowe, bo zmieniły morale drużyny. Poczuliśmy się pewniej, każdy zawodnik wie, że jest potrzebny w zespole, a dla mnie najważniejsze jest to, żeby wszyscy byli gotowi do gry.
W Krakowie rywalizował pan ze swoim przyjacielem, Mikim Villarem. To były zawodnik Wisły, z którym potem dzieliliście szatnię w Białymstoku. Po zakończeniu spotkania długo rozmawialiście na murawę.
Cały czas śledzę jego występy i bardzo się cieszę, że zagrał. Cieszę się, gdy mu idzie. Na boisku przez 90 minut jesteśmy rywalami, ale poza nim to mój wielki przyjaciel. Cieszę się jego grą i mam nadzieję, że będzie grał jak najwięcej, bo to świetny piłkarz i fantastyczny facet.
Macie kontakt na co dzień?
Mamy bardzo częsty kontakt, nasze żony też się przyjaźnią, więc rozmawiamy regularnie.
W najbliższy piątek na Synerise Arenie zostaną rozegrane Wielkie Derby Krakowa. Ma pan z nich jakieś wyjątkowe wspomnienie, poza czterema strzelonymi golami?
Zagrałem tylko w dwóch meczach i oba były na wyjeździe, więc nie miałem okazji poczuć atmosfery tego stadionu podczas meczu derbowego. Mam nadzieję, że kibice będą się dobrze bawić, nie będzie incydentów i czeka was wspaniałe widowisko.
W Wiśle nie ma pan już wielu znajomych, do których może wysłać wiadomość przed derbami.
Chyba tylko do dyrektora Vullneta Bashy, który jest moim kolegą.
Cieszy się pan, że Wisła dobrze radzi sobie po powrocie do ekstraklasy?
Bardzo chciałem, żeby znów niej grali, bo to klub z wielką historią. Cieszę się, jeśli wrócili – byleby na koniec sezonu byli za nami w tabeli!
Pamięta pan jeszcze swoje początki w Wiśle i Jagiellonii?
Tak, choć minęło już sporo czasu. Pierwszego gola dla Jagiellonii strzeliłem z Koroną Kielce u siebie – wtedy przegraliśmy 1:3, ale w sobotę wygraliśmy 3:1, wpadła setna bramka i jestem bardzo szczęśliwy. Pierwszego gola dla Wisły strzeliłem na stadionie we Wrocławiu i tam też wygraliśmy. To był bardzo ważny gol, a setna bramka na takim stadionie to naprawdę piękny dzień.
Ma pan 36 lat. Pojawiają się powoli myśli o końcu kariery, okresie, kiedy to nastąpi, czy na razie liczy się tylko piłka?
Na razie jestem w stu procentach skupiony na futbolu. Kiedy nie dam już rady grać, wtedy przyjdzie koniec, ale na ten moment czuję się świetnie.