Łukasz Gibała skasował departamenty. Ich dyrektorzy zostają dyrektorami
To miał być jeden z symboli zmian w krakowskim magistracie. 23 października na biurko Łukasza Gibały trafia zarządzenie likwidujące sześć departamentów. Prezydent składa podpis. Ze struktury urzędu znika dodatkowy szczebel zarządzania wprowadzony przez Aleksandra Miszalskiego.
Miasto – w oficjalnym komunikacie – zapowiada około 2,3 mln zł oszczędności rocznie.
Kilka dni później okazuje się, że departamenty rzeczywiście znikają, ale większość ich szefów zostaje.
Dwie osoby zamieniają stanowisko dyrektora departamentu na kierowanie inną komórką urzędu. Jedna ma zachować dyrektorską pensję, a dla kolejnej wciąż szukają miejsca.
Z sześciu dyrektorów z urzędem mają pożegnać się tylko dwaj: Daniel Wiśniowski, dotychczasowy szef Departamentu Marki Kraków, oraz Tomasz Kudzia, kierujący Departamentem Zrównoważonego Rozwoju.
Departament to nie był drugi urząd
Żeby zrozumieć, co właściwie zlikwidował Gibała, trzeba cofnąć się do zmian wprowadzonych przez jego poprzednika.
Wcześniej układ był prostszy: prezydent, pod nim czterech zastępców, a dalej dyrektorzy wydziałów. Aleksander Miszalski dołożył pomiędzy nimi dyrektorów departamentów. Mieli nadzorować poszczególne obszary i pośredniczyć między wydziałami a kierownictwem miasta.
Sama nazwa mogła sugerować rozbudowane struktury, kolejne pokoje pełne urzędników. W praktyce departamenty były niewielkimi komórkami. Na czele stał dyrektor, któremu pomagało najwyżej kilka osób, głównie przy sprawach sekretarskich i organizacyjnych. Pracowników przenoszono m.in. z wydziałów.
Początkowo Miszalski utworzył osiem departamentów. Dwa zniknęły jeszcze przed zmianą prezydenta. Do czasów Gibały dotrwało sześć. Nowy prezydent zdecydował, że nie będzie żadnego.
Likwidację ogłosił w poniedziałek, 26 października. W miejskim komunikacie napisano: „Likwidacja departamentów oznacza likwidację sześciu stanowisk pracy dotychczas zajmowanych przez dyrektorów Departamentów.Szacowane roczne oszczędności związane z likwidacją tych stanowisk to ok. 2,3 mln zł”.
Zmieniają stanowiska, zostają dyrektorami
Paulina Typel-Walczykiewicz, dotychczasowa dyrektorka Departamentu Spraw Obywatelskich, nie musi szukać pracy poza magistratem. W poniedziałek, 2 listopada, objęła kierowanie Wydziałem Mieszkalnictwa. Zastąpiła Michała Wszołka, który uchodził za osobę związaną z radnym Lewicy Tomaszem Leśniakiem.
Nowe miejsce ma też Monika Kostrzyła. Do tej pory stała na czele Departamentu Polityki Społecznej. Od 1 grudnia ma zostać dyrektorką biura do spraw zdrowia.
W urzędzie ma pozostać również Jacek Drabik, dotychczasowy dyrektor Departamentu Edukacji. Według naszych informacji jest w okresie ochronnym przed emeryturą, co ogranicza możliwość jego zwolnienia i obniżenia wynagrodzenia. Ma zachować dyrektorską pensję.
Nie wiadomo jeszcze, jakie obowiązki dostanie Maria Wojtacha, dotychczasowa dyrektorka Departamentu Komunalnego. W magistracie nadal szukają dla niej miejsca.
Stanowiska zniknęły. A koszty?
Na papierze sprawa jest prosta: było sześć departamentów, nie ma żadnego. Z oszczędnościami jest już trudniej. Jeśli dotychczasowi dyrektorzy nadal pobierają wynagrodzenia, samo usunięcie ich stanowisk ze schematu organizacyjnego nie oznacza, że cała zapowiedziana kwota zostaje w kasie miasta.
Zamiast 2,3 mln zł może chodzić najwyżej o około 700 tys. zł rocznie.
„Część dyrektorów była sensowna”
W otoczeniu Łukasza Gibały słyszymy, że nie wszyscy szefowie departamentów zasłużyli na pożegnanie z urzędem.„Część dyrektorów departamentów była sensowna” – mówi jedna z osób z otoczenia prezydenta. Przekonuje, że ich wiedzę i doświadczenie warto wykorzystać gdzie indziej.
Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że przed zwolnieniem urzędnika trzeba ustalić, kto przejmie jego obowiązki. Można rozstać się z człowiekiem, a chwilę później zostać z pracą, której nie ma komu powierzyć. Dlatego każda taka decyzja ma być rozważana osobno.