Wyprowadzenie Gibały w kajdankach? „To mogłoby dać odwrotny efekt”
Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Jak oceniasz całą kampanię? Kto wypadł najlepiej, a kto najsłabiej?
Adrian Gaj: Na tle wszystkich zdecydowanie najlepiej wypadła Aleksandra Owca. Miała energię, pomysły, niezgrane twarze, dobre wydarzenia. Cały czas nadawała tempo. Było widać, że jej się chce, a to już jest pierwszy krok do dobrego wyniku. Pewnie wynik był dla niej trochę rozczarowujący, bo mogła liczyć na dwucyfrowe poparcie, ale obiektywnie – na tle tej bardzo nudnej kampanii – wypadła naprawdę dobrze. I jest tu paradoks: wszyscy mówią, że muszą być emocje, żeby ludzie poszli głosować, a największym zaskoczeniem jest właśnie frekwencja.
Też byłem przekonany, że będzie około 30 procent. Skąd ta frekwencja, skoro emocji w zasadzie nie było?
Emocji dostarczyli Bartosz Bocheńczak i Marian Banaś przy rejestracji, a właściwie przy braku rejestracji. Potem już nie wydarzyło się nic, co mogłoby być nawet nie game changerem, ale czymś atrakcyjnym dla zwykłego mieszkańca. Ja też zakładałem frekwencję w okolicach 30 procent. My śledzimy każdy ruch, ale dla takiego normalnego człowieka, niewiele się działo. Na tym tle żywa kampania Aleksandry Owcy naprawdę robiła dobre wrażenie.
Przejdźmy do finalistów. Jak oceniasz kampanie Moniki Piątkowskiej i Łukasza Gibały?
Dwie słabe kampanie, tylko z różnych powodów. Nie mówię tego pod względem politycznym ani światopoglądowym, bo to nie ma tu znaczenia. Patrząc na warsztat, kampania Moniki Piątkowskiej jest przede wszystkim bez treści. Ja nadal nie wiem, o co chodzi kandydatce na prezydentkę. Poza ogólnikami nie ma tam pomysłu. Łukasz Gibała wcześniej zbudował natomiast dużą, spójną narrację, której sam jest egzemplifikacją. Mogę się z nią zgadzać albo nie, krakowianie też mogą się zgadzać albo nie, ale wiadomo, o co mu chodzi. Jest konsekwentny. Przy czym graficznie kampania Gibały była chyba najgorsza ze wszystkich. Te wielkie „dla” na słupach – kompletnie nie wiem, o co w tym chodziło. Jeżeli miało zwrócić uwagę, to pewnie zwróciło, ale ludzie na początku września nie wiedzieli nawet, że chodzi o wybory.
A nie wydaje ci się, że te słupy z wielkim „dla” były po prostu po to, żeby je zarezerwować? Żeby nie zostawić ich pustych, a potem wejść z właściwą kampanią?
Nie. Mówię to z praktyki, bo miałem kontakt z firmami od nośników i wiem, że te słupy były długo wolne. Gdy w lipcu Jan Hoffman ruszał z kampanią outdoorową budującą rozpoznawalność, na sierpień było sporo „politycznych” rezerwacji nośników. Wszyscy byliśmy przekonani – wiem, że PiS i lewica też się tym interesowały – że to będą nośniki dla Moniki Piątkowskiej. Z tego, co wiem z kuluarów, te rezerwacje zostały potem anulowane. Można się domyślać, że zabrakło pieniędzy, ale nie było problemu z dostępnością słupów czy bilbordów. Inne komitety też zwalniały część nośników, Bartosz Bocheńczak miał ich dużo, a do dziś „wisi” na niewykupionych przez innych kandydatów słupach.
Mówisz, że kampania Moniki Piątkowskiej nie ma treści. A nie jest nią jednak przekaz: mam wsparcie rządu, pieniądze znajdą się dla Krakowa, mam dojście do premiera Tuska?
To jest treść, tylko nie taka, która kogokolwiek uwodzi. Poprzednik, prezydent Miszalski, też miał dostęp do premiera Tuska i mu to nie pomogło. Nie sądzę, żeby dla krakowian miało to decydujące znaczenie. Premier dzisiaj jest taki, za chwilę może być inny. W polityce wszystko może się wydarzyć, i w tej kadencji, i w kolejnej. Postawienie na Warszawę, na warszawski przekaz, ma jeden cel: zmobilizować najtwardszą bazę. To się pewnie udało w pierwszej turze, bo żaden sondaż nie dawał Monice Piątkowskiej około 30 procent. Wizyta premiera Tuska mogła w tym pomóc, ale moim zdaniem to jest już górna granica mobilizacji twardego elektoratu. Gdy dziś zastanawiam się, jaki Kraków proponuje Gibała, potrafię odpowiedzieć. A nadal nie wiem, jaki Kraków proponuje Piątkowska. Nie Warszawę, nie rozmowę z premierem – tylko Kraków. Zresztą programy obojga kandydatów pojawiły się bardzo późno. O programie Gibały pisaliście, że pojawił się tydzień przed wyborami, a nie jestem nawet pewien, czy program Piątkowskiej dla dzielnic w ogóle został skompletowany przed I turą.
A gdybyś miał powiedzieć coś dobrego o ich kampaniach? Najpierw o Monice Piątkowskiej, potem o Łukaszu Gibale.
O Gibale – konsekwencja. Nie widać, że to jest kampania bardzo bogatego człowieka. W pewien sposób odbija to zarzut, że milioner kupuje Kraków. Nie kupuje, bo nie ma zalewu słupów i plakatów. Jest konsekwentny w przekazie. O Piątkowskiej to trudniejsze pytanie, szczerze mówiąc. Ma bardzo dobre zdjęcie na plakacie. Obiektywnie uważam, że to najlepsze zdjęcie w tej kampanii. Dobrze wygląda, prezentuje się godnie jako kandydatka i zdjęcie zwraca uwagę. To jest pozytyw.
Może pozytywem jest też przyjazd ministrów z Warszawy?
Dla mobilizacji twardego elektoratu – być może. Tylko pytanie, czy on i tak nie poszedłby głosować. Może są jakieś badania, których nie znam, pokazujące, że najtwardszy elektorat Platformy był zdemobilizowany, ale ja w to nie wierzę.
Czy Monika Piątkowska może jeszcze zawalczyć o inny elektorat? W pierwszej turze zebrała przede wszystkim twardych wyborców Platformy, a teraz musiałaby rozszerzyć się i w prawo, i w lewo.
W mojej ocenie to zadanie jest niewykonalne, bo wcześniej postawiono na przekaz partyjny – mimo hasła „ponad podziałami”. Ja tego „ponad podziałami” nie widzę. Było jakieś mrugnięcie okiem w stronę lewicy, z sercem po lewej stronie, ale to nie wystarczy.
Tyle że Ireneusz Raś mówi dziś w imieniu Piątkowskiej, że ma ona poglądy konserwatywne, nawet bardziej od niego. Co tu się zaczyna dziać?
Brak spójności. Brak pomysłu na opowieść o Monice Piątkowskiej. To jest trochę ten sam grzech, który miał Aleksander Miszalski w swojej kampanii „obronnej”: nie było wiadomo, o co mu chodzi. Dowiedzieliśmy się w piątek, po rzuceniu krzesłem, że nie chodzi o obronę stołka, ale nadal nie wiedzieliśmy, o co chodzi dalej. Brakuje takiego core’u, jednej myśli, która byłaby w stanie uwieść zarówno wyborców lewicy, jak i prawicy. Gibała to ma. Badania pokazują, że przyciąga wyborców Platformy, lewicy i konserwatystów. Mniej więcej wiemy, jakie ma poglądy, ale on nie robi z nich centrum kampanii. Opowiada o wizji miasta i robi to konsekwentnie. Piątkowska mówi, że wszystko będzie dobrze.
A nie wydaje ci się, że Gibałe może właśnie zaszkodzić to, że nie określa się wyraźniej? Wiemy, że jest liberałem.
Na etapie kampanii to mu raczej nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie – ściąga pod szeroki parasol dużą grupę wyborców. Każdy polityk, który chce wygrać, musi iść w stronę centrum, bo tam jest najwięcej głosów, szczególnie w dużych miastach. Gibała to robi dość sprawnie. Dostaje pytania światopoglądowe, dotyczące małżeństw czy religii, ale widać, że ma to przećwiczone i nie daje się zaskoczyć. Wraca do przekazu, że samorząd nie może być światopoglądowy ani w jedną, ani w drugą stronę. To jest dobra strategia, bo jest w tym wiarygodny. Oczywiście, wcześniej był w Platformie, prowadził kampanię Stanisława Kracika, trzeba o tym pamiętać. Ale od lat buduje swoją rozpoznawalność jako samorządowiec: odbetonowywanie, walka z układami, referendum, kampania w 2024 roku. To wszystko jest konsekwentne. Najtwardsze skrzydła po prawej i po lewej pewnie za nim nie pójdą, ale jest spora grupa wyborców, która nie poszła do pierwszej tury albo nie chce głosować według partyjnych szyldów. I Gibała zbiera ich zarówno z lewicy, jak i z prawej strony. Piątkowska z prawicy raczej nie weźmie dużo, niezależnie od tego, co powie Ireneusz Raś. Lewica też nie będzie dla niej naturalnym matecznikiem. Zostają ludzie, którzy nie głosowali w pierwszej turze, resztka najtwardszego elektoratu i może część lewicy, która popiera rząd.
Z tego, co mówisz, wynik jest już rozstrzygnięty?
Uważam, że wybory są rozstrzygnięte.
Czyli kandydaci powinni teraz nie tyle walczyć, ile sobie nie przeszkadzać? Zwłaszcza Gibała – może powinien się schować, żeby niczego nie zepsuć?
Nie. Muszą pokazywać zaangażowanie do samego końca i opowiadać swoją historię. Robią to oboje. Nie można im zarzucić, że nic nie robią – od poniedziałku rozdają obwarzanki, chodzą po mieście, są aktywni. Powinni pokazywać, że im się chce. Bardzo ubolewam nad tym, że prawdopodobnie nie będzie debaty. Ona mogłaby wiele wyjaśnić wyborcom, którzy nie są przekonani ani do jednej, ani do drugiej strony. Wbrew pozorom jest trochę ludzi, którzy szukają konkretów i merytoryki, a oni są dziś trochę opuszczeni. Gibała nie może teraz zbyt mocno wchodzić w szczegóły, ma program oszczędny. Nie obiecuje dziesięciu tramwajów, Trasy Zwierzynieckiej czy Pychowickiej. Piątkowska mówi o tym więcej, więc Gibała zostawia sporo niedopowiedzeń. Ale sam wynik, moim zdaniem, jest przesądzony. Musiałaby się wydarzyć naprawdę duża katastrofa.
Co konkretnie? Zarzuty? Wyprowadzenie Gibały w kajdankach?
To mogłoby mieć odwrotny efekt. Gdyby Gibała został dziś albo jutro zatrzymany, myślę, że wiele osób odebrałoby to jako polityczny atak. To jego czwarta walka o prezydenturę. Zarzuty, jeśli są wiarygodne, powinny oceniać prokuratura, sądy i inne organy, nie my. Ale do tej pory nie kojarzę, żeby przedstawiono mu jakiekolwiek zarzuty.
„Polityka” próbowała podnieść temat mieszkań Gibały, ale on w zasadzie nie „zażarł”. Nawet po statystykach na portalu widzę, że zainteresowanie było niewielkie. Dlaczego?
Gibała sam mówi, że jest bogatym człowiekiem. To, czy ma dwa mieszkania czy pięć, dla mnie jako mieszkańca nie ma większego znaczenia. Nie jest posłem, nie ukrywa tych mieszkań, nie są one w Dubaju, nie ma zarzutu, że dostał je w łapówce czy w inny nieuczciwy sposób. Z tego, co można przeczytać, chodzi o formalność: lokale powinny być połączone zgodnie z procedurą. Oczywiście, to błąd i kolejna niewielka wpadka, tak jak sprawa zbiórki podpisów. Ma doradców i prawników, więc powinni tego pilnować. Ale dla wyborców nie ma znaczenia, czy chodzi o trzy mieszkania połączone w jedno, czy o pięć mieszkań inaczej opisanych w dokumentach. Mieszkam w nowym bloku i wiem, że sąsiedzi robią podobne rzeczy, mają osobne księgi wieczyste, a lokale są funkcjonalnie połączone. Wobec Gibały nie pojawia się też zarzut, że ktoś je wyłudził od starszych ludzi. Dlatego to nie budzi emocji. Jest formalne zaniedbanie, które należałoby uporządkować, ale raczej nie ma tu podejrzenia złej woli.
Dwa lata temu Gibała mocno się jednak krygował, gdy padały pytania o jego pieniądze, firmę i pożyczkę. Teraz mówi wprost, że jest bogaty i stać go na robienie polityki za własne pieniądze. Skąd ta zmiana?
Faktycznie, teraz dopiero uświadomiłeś mi, że wtedy ten temat był bardziej omijany. To też wynikało z tego, że był atak na jego rodzinę i sprawa pożyczki stała się wtedy pewnym game changerem. Tyle że później nic z tego nie wynikło. Sprawdzano oświadczenie Gibały i, z tego co pamiętam, nie stwierdzono tam niczego. Chyba uznał więc, że skoro wszyscy wiedzą, że jest człowiekiem majętnym, to nie ma już sensu tego ukrywać. W dużym mieście to nie musi być problem. To, że ktoś jest bogaty, nie znaczy przecież, że ukradł pieniądze. Dobra jest strategia mówienia wprost: „mam pieniądze, mam firmę, zarobiłem je i wydaję na politykę, a nie żyję z publicznych pieniędzy”. Dużo opowiada dziś o firmie. Ja do niedawna nawet nie wiedziałem, czym się zajmuje, bo mnie to nie interesowało, ale teraz już wiem, bo mówi o tym w wywiadach. To może mu dodawać wiarygodności.
Gdybyś miał dziś coś doradzić Monice Piątkowskiej na ostatnie półtora tygodnia, co byś powiedział?
Ma walczyć do końca. Nie odpuszczać, ale też niekoniecznie wychodzić z aktywem partyjnym w tle. Powinna pokazywać realne poparcie wśród ludzi. Rozmawiać, rozmawiać, jeszcze raz rozmawiać. W każdej kampanii, którą prowadziłem albo obserwowałem, bezpośredni kontakt z wyborcami działał i potrafił odwracać trendy. Czy to dziś wystarczy Piątkowskiej? Obawiam się, że nie. Ale musi walczyć o jak najwyższy wynik, bo różnica może być duża, ale może też nie być miażdżąca. Ja jednak podtrzymuję: te wybory są rozstrzygnięte.
A Gibała? Ma się schować do szafy i nie robić niczego, żeby nie popełnić błędu?
Nie, właśnie powinien pokazywać aktywność. Nie może popełnić błędu Rafała Trzaskowskiego z dwóch kampanii: przekonania, że zwycięstwo jest już pewne, przez co popełnia się elementarne błędy. Oboje powinni walczyć do końca, spotykać się z ludźmi, zabiegać o głosy. Nie powinni się natomiast mocno wzajemnie atakować. Raczej utrwalać swoje przekazy. Piątkowska ma trudniej, bo jej przekaz pozostaje warszawski. Z zapowiedzi Platformy wynika, że do Krakowa będą jeszcze przyjeżdżać ministrowie.
A może to tylko takie mówienie? Może sztab jednak uznał, że trzeba prowadzić kampanię lokalnie, na ulicach Krakowa, a nie ściągać kolejnych mało rozpoznawalnych posłów czy ministrów? Piątkowska zrobiła w poniedziałek jedną konferencję i później niewiele się działo medialnie.
Byli już w Krakowie bardziej i mniej rozpoznawalni politycy rządowi, był i Stefan Niesiołowski. Uważam, że to było bardzo odważne zagranie sztabu.
Naprawdę sądzisz, że to było zaplanowane? Mnie trudno uwierzyć, że ktoś celowo chciał go ściągnąć. Może po prostu nikt tego nie dopilnował.
Gdyby ktoś przypadkiem wrzucił rolkę ze Stefanem Niesiołowskim na profil kandydatki albo w mediach Koalicji Obywatelskiej, to byłby naprawdę zdumiewający przypadek. Piątkowska przecież sama tego nie prowadzi, jest sztab i ktoś tym zarządza. Zauważ, że są politycy Koalicji, których bardzo pilnuje się, żeby nie pojawiali się nawet w tle czy na wspólnych zdjęciach z kandydatką. W przypadku Niesiołowskiego przyjęto odwrotną strategię. Bardzo odważną. Nie do końca rozumiem jej cel, ale nie sądzę, by to był przypadek.
Co Monika Piątkowska musiałaby zrobić, żeby przełamać tę tendencję?
Musi pokazać determinację. Ludzie nagradzają polityków, którzy walczą do końca. Zgadzam się, że niektóre spotkania z ministrami były stratą czasu. Nie przyniosły jej niczego, poza utrwaleniem wizerunku kandydatki partyjnej, która próbuje udawać, że nie jest partyjna. Jest w trudnej sytuacji, bo nie może nagle ośmieszyć się gwałtowną zmianą stanowiska w ważnych sprawach. Widzieliśmy takie próby choćby u Rafała Trzaskowskiego – z jednej strony sygnały prawicowe, z drugiej puszczanie oka do lewicy. To jest niewiarygodne. Piątkowska miała też mało czasu, żeby pokazać się wyborcom, i to nie do końca jest jej wina.
Ale miała cały sierpień i cały wrzesień. Dwa miesiące w marketingu politycznym to jednak dużo.
Oczywiście, że to jest dużo. Były przykłady kandydatów, którzy potrafili w tym czasie urosnąć bez partyjnego budżetu. W przypadku Piątkowskiej prezentacja kandydatki została po prostu zaprzepaszczona. Spodziewałem się od sierpnia bardzo mocnej kampanii wizerunkowej: imię, nazwisko, twarz, logo. Kandydatka wcześniej nie startowała w wyborach, w których miałaby szeroką rozpoznawalność. Start w wyborach do Senatu przy niższej frekwencji nie daje powszechnej znajomości nazwiska. Tymczasem nie było wyraźnego pokazywania Moniki Piątkowskiej i dominacji w mieście. Rozmawiałem z ludźmi, którzy o tej kampanii praktycznie nie wiedzieli, a o wyborach dowiedzieli się dopiero w ostatnim tygodniu.
Może kampania przenosi się już z ulicy do internetu, a słupy stoją tylko po to, żeby kandydat widział na mieście swój wizerunek?
Mam inne doświadczenia. Outdoor nadal jest bardzo istotny, szczególnie dla kandydatów mniej rozpoznawalnych. Gibała go aż tak nie potrzebuje, bo w Krakowie nazwisko Gibała jest powszechnie znane. Widziałem badania: jego rozpoznawalność jest bardzo wysoka jak na lokalnego polityka, który nie jest premierem ani prezydentem państwa. Piątkowska miała wyraźnie niższą, poniżej 50 procent, więc powinna to nadrabiać. Internet też nie daje dziś takich możliwości jak kiedyś, bo reklamy polityczne w mediach społecznościowych są ograniczane. Zostaje outdoor. A jeśli rzeczywiście kampania miałaby przenieść się do internetu, to gdzie była ta mocna obecność? Poza kilkoma banerami na portalach niewiele było widać. W mediach społecznościowych kampania oczywiście trwa, ale bez emocji bardzo trudno ją tam napędzić.
Od soboty mówiłem, że głównym tematem będzie tramwaj do Mistrzejowic, bo on po prostu leży na ulicy. I nikt go nie podniósł.
I to jest dla mnie zdumiewające. Ludzie mają z tym problem, widzą go codziennie. Temat jest dobry i dla Gibały, i dla Piątkowskiej. Wystarczy go „opakować” i opowiedzieć po swojemu. Piątkowska nie zajmowała się wcześniej transportem publicznym, więc nikt nie może jej zarzucić, że to jej wina, że tramwaj nie jeździ. Mogłaby spokojnie powiedzieć: „to nie jest moja odpowiedzialność, ale mam rozwiązanie”. Od kilku dni ludzie tym żyją, rozmawiają o awarii, o czasie przejazdów, o tym, jak wygląda sytuacja. A politycy są trochę oderwani – zastanawiają się, którego polityka zaprosić i kto ich poprze.
Za chwilę dojdzie jeszcze temat zmienionych rozkładów autobusowych. One wchodzą za kilka dni i znowu kandydaci mogą nie narzucić własnej narracji.
I to jest właśnie zdumiewające, bo komunikacja miejska jest czymś, na co prezydent ma realny wpływ. Na wielkie inwestycje wpływ jest często pośredni: to trwa, opiniują je różne urzędy, potrzebne są zewnętrzne pieniądze. Ale komunikację miejską prezydent naprawdę może dobrze ułożyć. To jest kluczowy temat. Badania, i w małych, i w dużych miastach, pokazują, że ludzie interesują się transportem publicznym oraz wykluczeniem komunikacyjnym. Kandydaci mówią teraz o tym, które tramwaje będą budowane i jakie linie powstaną, ale nikt nie mówi o podstawowej rzeczy: skąd wziąć pieniądze albo z czego zrezygnować, żeby kursy jeździły co pięć czy siedem minut. Jeżeli ludzie widzą duże cięcia na popularnych liniach, to ich to zwyczajnie wkurza. Nie rozumiem, dlaczego sztaby nie zajmują się tym mocniej, tylko rozdają obwarzanki. Oczywiście, to daje fajny obrazek i pokazuje aktywność, ale po obu stronach są przecież ludzie, którzy znają się na transporcie. Są też niezależne środowiska, które mogłyby podpowiedzieć, co zrobić. Nie udawajmy: ani Gibała, ani Piątkowska raczej nie jeżdżą codziennie tramwajami po Krakowie. Jeżdżą samochodami. Ja poruszam się rowerem, samochodem i komunikacją miejską. Mieszkam na Bronowicach, nie w centrum, i uważam, że krakowska komunikacja jest ogólnie bardzo dobrze zorganizowana. Ale oni nie czują bezpośrednio tego problemu. Mogą go czuć ich eksperci, tylko w tej kampanii nie widać, żeby z tego korzystali.
Pojawiały się spekulacje, że może wrócić temat Zonda Crypto. Czy ludzie w ogóle rozumieją, o co chodzi w tej sprawie? Przyznaję bez bicia, że ja nie bardzo.
Właśnie to najlepiej pokazuje skalę problemu. Jeżeli jeden z najlepszych krakowskich dziennikarzy nie do końca wie, o co chodzi w aferze Zonda Crypto, to jak ma to rozumieć zwykły wyborca? Być może finansowo to jest poważna sprawa, być może doszło tam do nieprawidłowości albo nawet przestępstw – wszystko na to wskazuje. Ale nikt nie tłumaczy ludziom, o co dokładnie chodzi. Kryptowaluty są hermetycznym tematem. Tak jak mało kto wypowiada się o prognozach PKB czy rozwoju budownictwa, bo trzeba się na tym znać. Ta sprawa nie rezonuje.
Platforma próbowała łączyć ten temat z Mateuszem Jaśko. W czasie referendum mocno to podnoszono, ale później były sądowe sprostowania i przeprosiny.
I efekt widać. Upadek giełdy kryptowalut to nie jest lokalny temat kampanijny. Gdyby chodziło o znanego krakowianina, lokalną firmę, która skrzywdziła ludzi, gdyby byli pokrzywdzeni z twarzami i historiami – to mogłoby działać inaczej. A tak jest to sprawa rozgrywana w mediach, której większość osób nie rozumie i dlatego się nią nie interesuje. Kraków ma ponad 600 tysięcy wyborców, jest milionowym miastem. Ilu mieszkańców mogła realnie dotyczyć ta giełda? Dziesięciu tysięcy? Dwudziestu? Pewnie dużo mniej. Trudno mi ocenić skalę, bo ten temat mnie, podobnie jak ciebie, nie interesuje szczególnie. A łączenie konkretnych osób z tą sprawą na półtora tygodnia przed wyborami jest po prostu spóźnione. Jeżeli ktoś chciał to robić, powinien był zacząć dużo wcześniej i prowadzić to znacznie skuteczniej. Brakowało przygotowanej narracji obronnej, a nie da się wrzucić czegoś na końcu i liczyć, że nagle zadziała.
Co „wyskoczy” w czarną środę tuż przed głosowaniem?
To dobre pytanie. Gdybyśmy wiedzieli, to nie byłaby czarna środa. Być może ktoś ma na kogoś jakieś haki: sztab Gibały na Piątkowską albo sztab Piątkowskiej na Gibałę. Ale czy to będzie game changer? Bardzo wątpię. Nie umiem sobie wyobrazić, poza jakimś naprawdę poważnym nieszczęściem, którego oczywiście nikomu nie życzę, że wydarzy się coś, co odwróci te de facto zakończone wybory. Kampania była krótka, prowadzona latem i nie wykorzystała tematów, które dawały realną szansę na walkę.