„Drażniąca substancja” w urzędzie. Wysłali panią sprzątającą. Sąd uniewinnił autorów happeningu

Krakowski sąd uniewinnił publicystów lokalnego serwisu. Chodziło o ich happening, w trakcie którego piętnowali tzw. epidemię kolesiostwa. Użyli odświeżacza powietrza. Ówczesny prezydent Aleksander Miszalski określił zdarzenie skandalicznym incydentem.

Obsadzanie stanowisk kolesiami

„Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w piątek w Urzędzie Miasta Krakowa” – alarmowały przed rokiem lokalne media. 

Chodziło o działania Tomasza Borejzy i Grzegorza Krzywaka z serwisu Krowoderska.pl.

Zorganizowali happening, który miał piętnować tzw. kolesiostwo, czyli obsadzanie stanowisk w miejskich jednostkach ludźmi bez doświadczenia, ale z partyjną legitymacją.

„Epidemia kolesiostwa” była jedną z przyczyn odwołania Aleksandra Miszalskiego w referendum.

Ówczesny prezydent Krakowa określił happening mianem skandalicznego incydentu.

„Na dzienniku podawczym została rozpylona drażniąca substancja. Narażeni zostali pracownicy urzędu oraz mieszkańcy, którzy w tym czasie załatwiali swoje sprawy. Poszkodowane urzędniczki skarżą się na podrażnienia błon śluzowych” – napisał Miszalski.

Stwierdził, że to kolejne przekroczenie granicy. 

Krytyka władz miasta, nawet najostrzejsza, jest elementem demokracji. Ale atak na urzędników i mieszkańców, którzy przyszli do magistratu, nie ma nic wspólnego z debatą publiczną. To forma agresji” – podkreślił polityk Platformy Obywatelskiej.

Borejza i Krzywak wyjaśniali, że podczas happeningu użyli odświeżacza powietrza.

Nieprawomocny wyrok

Ostatecznie sprawa trafiła do krakowskiego sądu. W ostatnich dniach publicyści portalu Krowoderska.pl poinformowali, że zostali uniewinnieni. Wyrok jest nieprawomocny.

Pamiętacie, jak kolesie uznali odświeżacz powietrza za żrącą substancję, a usłużne media grzmiały, że zaatakowaliśmy urzędników? No to dzisiaj zostaliśmy uniewinnieni przez sąd.
Krowoderska.pl

Sąd uznał, że happening nie miał żadnej szkodliwości społecznej. Może dlatego, że w ramach przeciwdziałania temu groźnemu atakowi, do neutralizowania tej żrącej substancji wysłano panią szprzątającą” – napisali przedstawiciele lokalnego serwisu.

Wyrok
Wyrok
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Krakowie sędzia Maciej Czajka potwierdził nam, że zapadł wyrok uniewinniający Grzegorza Krzywaka i Tomasza Borejzę od obu zarzucanych im czynów. Chodziło bowiem nie tylko o rozpylenie substancji, ale też o umieszczenie ulotek na parkingu Urzędu Miasta Krakowa bez zgody zarządzającego tym miejscem.

Wyrok nie jest prawomocny – zaznaczył sędzia Czajka.

Ochrona pracowników priorytetem

Miejscy urzędnicy twierdzą, że nie otrzymali jeszcze uzasadnienia wyroku.

Zatem trudno odnieść się do sprawy w sposób pełny – twierdzi Piotr Subik z biura prasowego krakowskiego magistratu.

– Urząd co do zasady nie komentuje wyroków niezawisłych sądów. Skoro sąd w tym przypadku doszedł do wniosku, że prawa pracowników dziennika podawczego nie zostały naruszone, to przyjmujemy to do wiadomości. Podkreślamy przy tym, że ochrona i dobrostan naszych pracowników jest dla nas sprawą priorytetową – zapewnia Subik.

Przypomnijmy: Aleksander Miszalski alarmował, że doszło do rozpylenia drażniącej substancji.

Tymczasem, jak stwierdził w jednym z filmików na Facebook'u Tomasz Borejza, po happeningu na miejsce nie została wezwana chociażby straż pożarna.

Po to, żeby posprzątać po naszej wizycie, wezwano panią sprzątającą z urzędu. Także wnioski z tego można wyciągnąć tylko dwa. Jeden jest taki, że kłamali, żeby przedstawić siebie w dobrym świetle, a nas w złym świetle, i żeby nikt nie mówił o kolesiostwie. I to bardzo nieładnie. Ale drugi może być jeszcze gorszy. Bo drugi jest taki, że w urzędzie pana Miszalskiego nie szanowano ani życia, ani zdrowia normalnych pracowników, czyli w tym wypadku pani sprzątającej.
Tomasz Borejza, Krowoderska.pl

Urzędnicy wyjaśniają, że wydarzenie miało charakter dynamiczny.

Decyzja o zleceniu posprzątania dziennika podawczego po zdarzeniu z użyciem nieznanej substancji została podjęta na niższym stopniu zarządzania, bez konsultacji z osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo urzędu – twierdzi Piotr Subik.

– Wskazać jednak należy, że osoba sprzątająca weszła do pomieszczenia po uprzednim jego wietrzeniu i przebywała tam bardzo krótko. Ta pospieszna reakcja podyktowana była także chęcią jak najszybszego przygotowania pomieszczenia do wznowienia obsługi mieszkańców – dodaje.

Nie było ewakuacji

Przedstawiciele magistratu zapewniają, że po pełnej analizie zdarzenia i po rozmowie z pracownikami dziennika podawczego, „którzy nadal zgłaszali dolegliwości w postaci bólu głowy i podrażnienia gardła”, na miejsce wezwano policję.

– Z uwagi na decyzję o posprzątaniu pomieszczenia, policja uznała za właściwe oparcie dalszych działań wyłącznie o zeznania świadków, co też później faktycznie miało miejsce – dodaje Subik.

Zapewnia, że dzień po incydencie odbyło się wewnętrzne spotkanie osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w budynkach urzędu miasta.

Podczas tego spotkania omówiono całe zdarzenie i przekazano wytyczne co do postępowania na przyszłość, uwzględniając absolutny nakaz wzywania odpowiednich służb w każdym przypadku rozpylenia nieznanych substancji, zwłaszcza w obiektach zamkniętych, oraz natychmiastowej ewakuacji pracowników – podsumowuje Subik.

Grzegorz Krzywak określa wyjaśnienia urzędników mianem „ostatniego skeczu kabaretowego ekipy Miszalskiego”.

Podkreśla, że happening nie stwarzał żadnego zagrożenia dla obecnych w urzędzie.

– Sąd zmiażdżył urzędników. Stwierdził, że w całym zdarzeniu nie było ani krzty zakłócania porządku publicznego. Urzędnicy, którzy nas oczerniali, powinni przeprosić, zapłacić koszty postępowania sądowego i zniknąć raz na zawsze. Zamiast tego dalej roją sobie, że był „atak”, a problemem jest złe wdrożenie procedur. Tym ludziom nie odjechał peron, im odjechał dworzec – dodaje Krzywak.

Bawi go, że magistrat wciąż próbuje przedstawiać happening jako atak na pracowników.

– O tym, że nie było żadnego zagrożenia świadczy nawet samo zachowanie ochroniarzy, którzy podczas naszej obecności w urzędzie stali z założonymi rękami, bo lepiej od swoich szefów rozumieli istotę tego happeningu – podsumowuje Krzywak.