Kamil Stoch: Nie jestem kibicem Cracovii, ale zaprzyjaźniłem się z jej byłym prezesem
Wiosną zakończył pan wyczynową karierę. Z czego jest pan najbardziej dumny?
Kamil Stoch: Nigdy nie dzieliłem swoich sukcesów na bardziej i mniej ważne. Jestem jednak bardzo dumny i cieszę się z tego, że byłem częścią najlepszej drużyny w historii skoków narciarskich w Polsce i że miałem okazję wspólnie z kolegami odnosić i celebrować te największe sukcesy.
Pana licznik wygranych zawodów Pucharu Świata zatrzymał się na 39 najwyższych podiach. Tyle samo miał Adam Małysz. Czy chęć wyprzedzenia go była motywacją pod koniec kariery?
Tak, też. Nie będę tego ukrywał. Chciałem jeszcze podkręcić ten wynik i myślę, że to wywołało też trochę nadmierną presję, którą sam na siebie nałożyłem. Aczkolwiek taki jest sport i trzeba sobie wyznaczać cele, do których się dąży. Natomiast motywacji było więcej. To nie było tylko śrubowanie rekordów, to była chęć ponownego bycia wśród najlepszych.
Po 30. urodzinach wygrał pan 15 konkursów. Z czego wzięła się sportowa długowieczność?
Złożyło się na to wiele kwestii. Przede wszystkim moja fizjologia – późno zacząłem dojrzewać, zacząłem rosnąć tak naprawdę dopiero w liceum. Myślę, że to miało wpływ na to, iż szczytowy moment, jeśli chodzi o fizyczność, przypadł u mnie po trzydziestce. Do tego doszło odpowiednie szkolenie, trenerzy, z którymi pracowałem, plan treningowy i wskazówki.
Czy przewrotnie największym sukcesem, patrząc z perspektywy czasu, nie jest to, że przetrwał pan przez tyle lat ten reżim treningowy, podróże?
Uważam, że oczywiście sukcesy są wspaniałym zwieńczeniem i nagrodą za ciężką pracę, poświęcenie i czas spędzony poza domem. Trudniejsze momenty w ostatnich latach pokazały mi jednak, że liczy się także charakter. Zwycięstwo nie jest najważniejsze w życiu sportowca – ważne jest, żeby dotrzeć do mety, którą sami sobie wyznaczyliśmy.
Każdy skoczek ma swoje ulubione skocznie, na które lubi wracać nawet wtedy, gdy nie jest w szczytowej formie. Które pan wskaże?
Bardzo lubiłem obiekt w Val di Fiemme, naszą Wielką Krokiew i Planicę, która jest dla mnie miejscem wyjątkowym.
Region Val di Fiemme po latach docenił pana, Justynę Kowalczyk-Tekieli i Adama Małysza za odniesione tam sukcesy. Co to dla pana znaczy?
Traktuję tę nagrodę jako duże wyróżnienie. To zaszczyt, że ktoś docenił nie tylko moje sukcesy sportowe, ale też moją osobowość. Jest mi bardzo miło, że miejsce, które jest mi bliskie, teraz będzie mi jeszcze bliższe.
A z czym, poza sportem, kojarzy się panu Val di Fiemme? Może z lokalnym winem jak Justynie Kowalczyk-Tekieli?
Kojarzy mi się przede wszystkim ze słońcem, z takimi Włochami w pigułce. Predazzo jest małym miasteczkiem z wąskimi uliczkami, klimatycznymi kawiarenkami, pysznym jedzeniem i oczywiście dobrym winem.
Jak pan spędził ostatnie miesiące? Od Polskiego Związku Narciarskiego dostał pan bilet lotniczy dookoła świata.
Jeszcze go nie wykorzystałem. Jesteśmy z żoną na etapie planowania tej podróży i wkrótce wyruszamy.
Czy po odwieszeniu nart ma pan więcej czasu na śledzenie piłki nożnej, w tym meczów Cracovii? Pojawia się pan od czasu do czasu na jej meczach. Czy możemy powiedzieć po krakowsku, że wybrał pan tę stronę Błoń?
Cieszę się, że sprawiłem komuś przyjemność swoją obecnością na meczu. Natomiast – nie chcę, żeby to źle zabrzmiało – nie jestem kibicem Cracovii. Po prostu zostałem zaproszony na mecz przez byłego już prezesa, Mateusza Dróżdża, z którym się zaprzyjaźniłem.
Jestem fanem sportu i bardzo lubię piłkę nożną. Chodziłem też na mecze Wisły Kraków. Dlatego jeśli mam okazję być na którymkolwiek z meczów – czy Wisły, czy Cracovii – to chętnie korzystam. Akurat ostatnio nie miałem do tego okazji. Niby mam więcej czasu wolnego, ale nie złożyło się, by przyjechać na mecz.
Ostatnio zespołowi Pasów nie idzie w lidze.
Nie śledziłem też ostatnio wyników Cracovii. Wiem, że zmieniły się władze i że Cracovia gra teraz w kratkę, mówiąc delikatnie. Przede wszystkim życzę zawodnikom, klubowi i kibicom samych pozytywnych emocji, bo o to chodzi w sporcie.
Zdradzę, że byłem na meczu Liverpoolu, którego jestem ogromnym fanem. Zabrałem siostrzeńca i spędziliśmy wspaniały weekend. Mogliśmy zobaczyć Andrew Robertsona, który też strzelił bramkę. To była taka wisienka na torcie.
Rozmawiał i notował Michał Knura