Kosze sprzyjające gospodyniom i łezka w oku. Koszykarska Biała Gwiazda ma ambitne plany

W sobotę o godz. 17:00 koszykarki Wisły zainaugurują sezon meczem ze Ślęzą Wrocław. Na pierwsze spotkanie kibice wejdą na trybuny za darmo.

Zespół z Reymonta podchodzi do pierwszego meczu o stawkę w bardzo dobrych nastrojach. W miniony weekend wiślaczki zaprezentowały świetną formę, notując komplet zwycięstw i pewnie wygrywając przedsezonowy Turniej na R22. 

Po pokonaniu MUKS Widzewa Łódź, Young Angels Koszyce i Sodertalje BBK krakowski zespół chce przenieść zwycięską energię na ligowe parkiety.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Marzyła pani, że po wymuszonej zmianie klubu w 2020 roku jeszcze wróci do Wisły? Cały czas było to z tyłu głowy?

Magdalena Ziętara, koszykarka Wisły Kraków: Tak! Ja też wtedy czekałam do ostatniej chwili – bodajże do lipca – czy drużyna wystartuje w kolejnym sezonie, czy też nie. Nie została zgłoszona do rozgrywek, ale powiedziałam, że kiedyś wrócę i na pewno chciałabym w Wiśle zakończyć karierę. Ten sezon na pewno nie jest jeszcze moim ostatnim. Mam nadzieję, że będzie dane mi pograć jeszcze kilka lat. Kiedy usłyszałam, że jest możliwość powrotu do Białej Gwiazdy, powiedziałam mojej menedżerce, żeby nawet mnie nie pytała, tylko rozmawiała z klubem.

A była jeszcze opcja zostania za granicą? Jak to wtedy wyglądało?

To było w trakcie sezonu, więc kiedy pojawiła się opcja z Wisłą, dla mnie żaden inny temat już nie wchodził w grę. Nawet nie było rozmów z innymi klubami, bo rozmowy z Wisłą pojawiły się wcześniej.

Czyli Wisła z dużym wyprzedzeniem poinformowała o swoich planach i chciała, żeby była pani częścią tej ekipy?

Tak. Chyba w kwietniu dowiedziałam się, że jest taka opcja, więc od tego momentu te rozmowy się toczyły.

O co jest bogatsza Magdalena Zientara po tych sześciu latach, po których wróciła do Krakowa? 

O dwie operacje kolana (śmiech). Na pewno trochę doświadczenia zagranicznego zebrałam po tym, jak moja przygoda z Wisłą się zakończyła. W międzyczasie byłam też w drużynie z Lublina, później w innych zespołach i trochę w innych rolach.

Nagle stałam się zawodniczką z największym doświadczeniem. Na pewno jestem więc bogatsza o wiele spotkań w nogach, ale też o różne życiowe doświadczenia. Dużo pozmieniało się w moim życiu, więc sportowo i życiowo na pewno jestem bogatsza w doświadczenia.

Była pani kapitanem Wisły, ale rzeczywiście, jeżeli chodzi o PESEL, zawsze była pani wśród tych młodszych.

Kiedyś było trochę więcej starszych zawodniczek. Kiedy wcześniej byłam w Wiśle, nie obowiązywał jeszcze przepis o młodzieżowcu. Przez te sześć lat sporo się zmieniło. Byłam albo wśród młodszych, albo gdzieś w środku stawki, a teraz stałam się jedną z najstarszych.

Mówiła pani, że chciałaby w Wiśle zakończyć karierę. Pewnie będzie pani decydowała po każdym sezonie. Piłkarze mówią, że jeżeli rano się budzą i chce się iść na trening, to warto kontynuować karierę.

Raz, żeby się chciało pójść na ten trening, a dwa, żeby cały czas była pasja. No i wiadomo – zdrowie. Póki jeszcze wstaję rano i nic mnie nie boli, to wiem, że jeszcze mogę pograć. Jeżeli zdrowie nie będzie dawało rady, a głowa będzie chciała, to myślę, że wtedy jednak trzeba będzie zakończyć. Trzeba mieć też radość z codziennego funkcjonowania. Przed kontuzją kolana zakładałam, że uda się pograć gdzieś do czterdziestki. Ale życie wszystko zweryfikowało. Kontuzję dość ciężko przechodziłam, ale na szczęście, odpukać, teraz jest wszystko w porządku. Mam nadzieję, że jeszcze tego paliwa w baku na kilka sezonów zostało.

Magdalena Ziętara
Magdalena Ziętara
TS Wisła Kraków

Jednym z marzeń jest 26. mistrzostwo z Wisłą?

Byłoby bardzo miło, nie będę ukrywać. Ostatnie nasze mistrzostwo zostało zdobyte w 2016 roku. Część naszej ekipy z tamtego sezonu jest ponownie w drużynie. Drużyna ma postawione ambitne cele na ten sezon: walczyć o strefę medalową. Mam nadzieję, że jeżeli uda mi się zostać na kolejne sezony, to Wisła wróci na szczyt – tam gdzie jest jej miejsce.

Cele są więc dość jasno sprecyzowane. Uważa pani, że ta drużyna jest na tyle doświadczona i to pomoże? A może jest to trochę pompowanie balonika?

Takie cele są postawione przez zarząd, w mediach też pojawiają się takie oczekiwania, więc nie jest to mój wymysł. Wiadomo, liga nie jest już tak mocna, jak była jeszcze kilka lat temu. Jest dużo drużyn, gdzie każdy może wygrać z każdym, więc to też jest bardzo mocna rywalizacja. Nikt tutaj nie chce pompować balonika, ale myślę, że z kadrą, jaką mamy, jesteśmy spokojnie w stanie awansować do pierwszej czwórki.

A z czego się wzięło to, że liga trochę się wyrównała, ale nie poszła do góry, tylko ta poprzeczka się trochę obniżyła?

Jest to spowodowane kilkoma rzeczami. Pierwsza sprawa jest taka, że koszykówka kobiet nie jest zbyt popularnym sportem w naszym kraju, więc trudno też przyciągnąć sponsorów. Druga sprawa to zmiany w zarobkach w drużynach WNBA. Powstały dodatkowe ligi, gdzie zawodniczki nie muszą już przyjeżdżać do Europy. A jeżeli przyjeżdżają, to wybierają jednak te najbogatsze drużyny lub te, które grają w Eurolidze.

Siłą rzeczy polska liga nie jest już w stanie przyciągnąć tak dużych nazwisk. Niektóre kluby może byłoby jeszcze stać na jedną czy dwie zawodniczki z WNBA, ale przez to, że zawodniczki zaczynają swoje sezony albo muszą stawić się na campie przedsezonowym w połowie kwietnia, koliduje to z polskimi play-offami. Podpisując taką zawodniczkę, klub naraża się więc na ryzyko, że zostanie bez niej w najważniejszej fazie sezonu.

Czyli zmieniła się też WNBA i przez to Europa trochę traci?

Europa cierpi. Wiadomo, kluby typu Galatasaray czy Fenerbahce mogą sobie dalej pozwolić na takie zawodniczki, są w stanie zapłacić setki tysięcy dolarów za to, żeby przyjechały na kilka miesięcy. U nas takiego komfortu nie ma. Przepis o młodzieżowcu też wymusza rotację wśród polskich drużyn. Teraz też jest dopuszczonych czterech obcokrajowców w składach. Za moich czasów chyba w Wiśle było wtedy pięciu albo nawet sześciu.

Od ponad roku pierwszym trenerem Wisły jest Jordi Aragones, Miał zadatki na pierwszego szkoleniowca, gdy był asystentem m.in. Jose Fernandeza?

Nawet z nim ostatnio o tym rozmawiałam. Kiedyś nie przychodziło mu do głowy, żeby został pierwszym trenerem. Wyszło to dość nieoczekiwanie, bo był asystentem w Sosnowcu, a kiedy zwolniono głównego trenera, zapytano go, czy nie przejąłby drużyny.

Jordi pracował jako asystent Jose Hernandeza, który był jednym z najlepszych trenerów w Europie, więc na pewno dużo się od niego nauczył. Później też przez wiele lat pracował przy kadrze Hiszpanii, a Hiszpanki grały jeden z najlepszych basketów na świecie. Zebrał sporo doświadczenia, a ostatnio mógł wrócić do domu. W zeszłym sezonie osiągnęli wynik ponad oczekiwania. To był sezon po powrocie Wisły do ekstraklasy i mieli naprawdę fajne momenty.

Koszykarki Wisły Kraków
Koszykarki Wisły Kraków
TS Wisła Kraków

Hala przy ul. Reymonta ma być waszą twierdzą?

To to wyglądało w zeszłym sezonie. Mamy nadzieję, że w tym roku również kibice dopiszą. Przy mojej poprzedniej przygodzie z Wisłą fani byli naszym szóstym zawodnikiem. Kiedy przyjeżdżałam tu jeszcze z drużyną z Gdyni, to były to bardzo ciężkie spotkania. Hala jest dość specyficzna. Kosze są trudne do trafienia, jeżeli się do nich na co dzień nie trenuje. Ostatnio nawet się z tego śmiałyśmy, że nic się nie zmieniło, oprócz zdjęć pod kopułą hali.

Dlaczego rywalkom może być trudniej trafić piłką do kosze?

Mają specyficzne obręcze. To są trochę starsze kosze i te obręcze nie „połykają” tak łatwo piłki do środka. Rzut musi być „czysty”.

Zapytam jeszcze o przygotowania i ostatni turniej – udany, z kompletem zwycięstw. Czułyście już, że to jest szczyt formy, czy ma wystrzelić dopiero w sobotę?

Cały okres był poświęcony temu, żeby złapać formę przed meczem ze Ślęzą Wrocław. W tym turnieju nie grałyśmy jeszcze w pełnym składzie, m.in. ja nie występowałam. Polki zaczęły przygotowania dwa tygodnie wcześniej. Pierwszy turniej w Ostrawie – po dwóch-trzech wspólnych treningach z nowymi koleżankami – nie wyglądał najlepiej, ale dał dużo materiału do analizy.

Kolejne turnieje wyglądały już lepiej. Wiadomo, szłyśmy krok po kroku. Sezon to też jest maraton, a nie sprint, więc do spokojnie podchodzimy do startu. Cały czas się zgrywamy. Pierwszy mecz gramy ze Ślęzą, która też ostatnio nie odniosła zwycięstwa w Superpucharze Polski, więc na pewno będzie głodna zwycięstwa. Przyjadą tutaj walczyć, a my gramy u siebie, w hali, która jest trudna do zdobycia. Mam nadzieję, że pokażemy się z jak najlepszej strony.

Za czym pani najbardziej tęskniła, gdy nie grała w Krakowie?

Pomieszkiwałam tu, więc z samym miastem się nie rozstałam. Bardziej brakowało mi atmosfery z hali przy Reymonta. Mam nadzieję, że w sobotę w oku zakręci się łezka, gdy przed meczem usłyszę hymn.