Aleksandra Owca: Stołki w radach nadzorczych to „januszariat” rodem z lat 90.

Kandydatka Razem na prezydenta Krakowa mówi o pustostanach, miejskich akademikach i „januszariacie” w spółkach. Nazwisk zastępców nie zdradza: nie lubi dzielić skóry na niedźwiedziu.

Dawid Kuciński, LoveKraków.pl: Na dwa tygodnie przed końcem kampanii ciężko być oryginalnym, ale spróbujmy. 

Aleksandra Owca, kandydatka na prezydenta Krakowa, partia Razem: To ja muszę się wykazać kreatywnością. 

Zostaje Pani prezydentem Krakowa. Kto będzie zastępcą numer jeden, dwa, trzy i cztery? Czym będą się zajmować te osoby?

Umówmy się tak: na część tego pytania odpowiem po pierwszej turze.

Jakieś nazwiska z tyłu głowy muszą już być.

Nie lubię dzielić skóry na niedźwiedziu i uważam, że po pierwszej turze jest racjonalny czas na to, aby kandydat lub kandydatka, która dostanie się do drugiej tury, pokazała karty, których wcześniej jeszcze nie wyłożyła. Teraz jest czas na pokazanie programu i planów.

Pytam o to, ponieważ była tradycja przedstawiania swoich ekspertów. Mniej więcej po tym, kto częściej się pokazywał i wypowiadał w danych tematach, można było się spodziewać, że zostanie zastępcą. Jest to ważne, bo mimo wszystko te osoby kreują politykę.

To chyba nie jest oczywiste. W poprzedniej kampanii niektórzy prezentowali się jako samodzielni kandydaci na prezydenta, a potem wycofali się przed pierwszą turą i objęli stanowisko zastępcy. 

Myślę, że w moim przypadku jest jasne jaki program chcę realizować, jakie chciałabym wprowadzić zmiany i w jakim kierunku chcę skierować rozwój miasta. W kampanii mówi się teraz o wielu błyskotliwie brzmiących, ale kosmetycznych zmianach wprowadzanych punktowo. Kraków potrzebuje czegoś więcej. Musimy zmienić to, w jaki sposób miasto działa. 

Wszyscy czujemy, że przez ostatnie lata, kiedy działo się coś z myślą o ludziach, były to zmiany wychodzone przez mieszkańców: aktywistów, grupy sąsiedzkie czy środowiska zajmujące się daną sprawą: sztuką, zielenią czy przestrzenią miejską. Bez tego nacisku, decyzje były podejmowane zwykle jednak pod wielki biznes, deweloperów, określone branże. 

Chciałabym, aby miasto zaczęło w końcu traktować żyjących tu ludzi jako pierwszą grupę, której służy. W tym momencie wygrywa zawsze interes ekonomiczny inwestora. O ile nie można od tego abstrahować, to przecież nie pieniądze sprawiają, że miasto żyje, tylko ludzie. Jak zbudujemy sobie skansen dla turystów, w którym nie da się żyć, to miasto po prostu nie będzie funkcjonować.

Ale milion ludzi to milion problemów. Jak to wszystko pogodzić i spiąć w budżecie?

To bardzo słuszna uwaga, dlatego jest cały szereg rzeczy, na które jako miasto nie powinniśmy wydawać pieniędzy. W ostatnich miesiącach mieliśmy ciekawy przykład: prezydent Miszalski w kwietniu obiecał, że miasto wyremontuje stadiony piłkarskie. Że pozyskano środki, więc miasto zapłaci część, a reszta będzie współfinansowana przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ostatniej sesji dowiedzieliśmy się, że współfinansowanie polega na tym, iż na pozostałą część bierzemy pożyczkę na 30 milionów. 

Mamy media miejskie, które w absurdalny sposób trwonią środki. Umówmy się – nie służą one informacji, to magazyny, w których prezydent Miszalski w szczycie kampanii referendalnej pojawiał się na zdjęciach z pucharem. Po prostu propaganda z miejskiej kasy.

Do tego dochodzą wydatki na wynagrodzenia dla kolegów, którzy inaczej tej pracy by po prostu nie dostali – mam na myśli przypadek mecenasa Kociołka czy Szczęsnego Filipiaka. To oczywiste przykłady stanowisk uzyskanych po znajomości. To są realne wydatki naszego miasta, podczas gdy nie realizuje się zmian leżących w interesie ludzi.

W ten weekend byłam na dożynkach na Rybitwach. Mieszkańcy tam mówią wprost co jest potrzebne: szkoła na Przewozie potrzebuje dosłownie kilku milionów na termomodernizację, na którą czeka od wielu lat. Te miliony ciągle przepadają – pieniądze znajdują się na to, żeby dopakować magazyn wydawany przez miasto, ale nie ma ich na porządne ocieplenie budynku dla dzieciaków. To są idiotyczne zaniedbania, bo przecież pieniądze wydawane potem przez szkołę na dodatkowe ogrzewanie to również środki miejskie i publiczne. W dłuższej perspektywie czasu taka inwestycja to jest przecież oszczędność. 

Jeżeli nie nauczymy się korzystać z pieniędzy publicznych tak, by służyły społeczeństwu i były inwestowane z myślą nie tylko o dzisiaj, ale też o jutrze czy za 10 lat, miejskie zadłużenie będzie rosło.

Wspomniała Pani o kolegach prezydenta Miszalskiego. Ma Pani już wytypowanych prezesów i dyrektorów, którzy w pierwszej kolejności zostaną zwolnieni lub będą musieli złożyć dymisję?

Kandydatka na prezydenta miasta w wyborach przedterminowych
Kandydatka na prezydenta miasta w wyborach przedterminowych
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

W mieście jest bardzo dużo kompetentnych urzędników. Nie powinno się przychodzić pierwszego dnia i mówić: „ja to wszystko przejmę i zrobię po swojemu”. Uważam, że jest wiele osób, które doskonale wiedzą, co robią, i wykonują świetną robotę. Jest też trochę osób, które po prostu będą musiały pożegnać się ze stanowiskami. Ale zmiany nie zrobimy machając na oślep miotłą – jeśli wygram wybory dokonam porządnej i uczciwej oceny kadr. Te kadry muszą być sprawne i gotowe do realizacji wizji Krakowa, którą obiecaliśmy mieszkańcom. A działanie miasta, jak wspominałam, musi się po prostu zmienić. Musimy zrobić ten zwrot. 

Wytłumaczę, co mam na myśli: mamy prezydenta jako człowieka – najpierw był Majchrowski, potem Miszalski – ale z drugiej strony prezydent jest również organem administracyjnym. Oznacza to, że bardzo wiele decyzji w ogóle nie jest przedstawianych jako polityczne.

Podam przykład: w zeszłym roku we wrześniu udało mi się przeprowadzić przez radę miasta kierunkową uchwałę dotyczącą podniesienia stawki podatku od nieruchomości od pustostanów inwestycyjnych. Przeszła, bo przekonałam radnych, że chodzi wyłącznie o pustostany trzymane puste po to, by rosły ich ceny. Nie ma wątpliwości, że nie chodzi tu o kogoś, kto odziedziczył mieszkanie po babci i nie zdążył go wyremontować. Wszystko było jasne, także prawnie. Parę miesięcy temu zapytałam jednak, co się z tą sprawą dzieje, bo to uchwała kierunkowa – de facto apel do prezydenta jako organu podatkowego o odpowiednią interpretację przepisów. Prezydent musi to jeszcze wykonać. 

Okazało się, że wydano zaledwie dwie takie decyzje. Zapytałam dlaczego, bo GUS mówi przecież o prawie 70 tysiącach pustostanów ogółem. Dwie decyzje podatkowe to trochę mało.

W odpowiedzi usłyszałam, że dotyczy to wyłącznie przedsiębiorców będących osobami prawnymi. Tymczasem niczego takiego nie ma ani w uchwale, ani w orzeczeniu NSA, na którym bazowaliśmy. To arbitralna decyzja urzędnicza lub prezydenta: nie patrzymy wam na ręce, jeśli nie zarejestrowaliście działalności gospodarczej lub nie założyliście spółki. To jest polityczna decyzja, że nagle zamiast kontrolować pustostany tak, jak się umówiliśmy, wprowadzamy dodatkowe kryterium. Chodzi o to, czy będziemy kontrolować politykę mieszkaniową: czy wprowadzimy do rejestru wszystkie mieszkania na najem krótkoterminowy, zbadamy rzeczywistą liczbę pustostanów i wypracujemy rozwiązania uwalniające je na rynek. 

Jeśli kilkadziesiąt tysięcy pustostanów trafi stopniowo na rynek, reakcja cen będzie oczywista. I to jest mój cel: obniżenie cen mieszkań dla ludzi.

Kwestią tego podatku jest udowodnienie, że mieszkanie stoi puste właśnie na cele inwestycyjne. To musi obronić się w kilku instancjach.

Ale jeśli nie zaczniemy tego badać, to nigdy się nie dowiemy.

Tylko że mamy ograniczoną liczbę urzędników.

Oczywiście. Trzeba jednak rozważyć, czym zajmują się nasi urzędnicy i jakie zlecamy im zadania. Kwestia mieszkań to jeden z najbardziej palących problemów miasta, szczególnie dla młodego pokolenia. To nie tak, że zarzucam urzędnikowi zaniechanie – to decyzja prezydenta i jego administracji, by badać tylko określony typ właścicieli. To także decyzja żeby mieszkalnictwo traktować dalej po macoszemu.

Zwolni Pani jednego prezesa, drugiego dyrektora, ogłosi konkurs, zgłoszą się chętni i kompetentni do poradzenia sobie z tą strukturą oraz zadaniami... A co będzie, jeśli kompetentni się nie zgłoszą?

Nie uważam za właściwe posadzenia nieodpowiedniej osoby na najwyższym stanowisku tylko po to, by szybko obsadzić stołek. Wszystkie instytucje, spółki i wydziały zatrudniają dziesiątki osób znających specyfikę tej pracy. Jestem przekonana, że wśród nich są ludzie potrafiący pociągnąć te instytucje do przodu – tymczasowo lub docelowo – lepiej niż osoby wyciągnięte z rękawa. W przeciwieństwie do rządzących Krakowem Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy, wierzę że mamy świetne talenty, ludzi którzy znają Kraków od podszewki i że do pracy dla miasta nie trzeba wcale ściągać ludzi z Sopotu ani nawet z Niepołomic. 

Jak zostaną nagrodzeni ludzie pracujący w Pani kampanii: ci, którzy biegają z ulotkami, współtworzą program, przygotowują Panią i wspierają mentalnie?

Myślę że to jest problem naszej polityki – traktowanie jej jako źródła zysków, zamiast jako narzędzia prawdziwej zmiany społecznej. Chyba dlatego większość polityków Prawa i Sprawiedliwości, Platformy czy Nowej Lewicy nie zawsze rozumie Razem. Nie rozumieją tych wszystkich osób, które wolontaryjnie działają na rzecz mojej kampanii. Cel jest jeden: lepsze miasto, Kraków, który działa dla ludzi.

Kandydatka na prezydenta miasta Aleksandra Owca
Kandydatka na prezydenta miasta Aleksandra Owca
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Partia Razem nie ma subwencji, nie ma i nie chce też mieć bogatych sponsorów z interesem do załatwienia. Funkcjonujemy na podstawie składek i darowizn. To darowizny na moją kampanię oraz wpłaty z funduszu wyborczego partii, pochodzące z tego samego źródła. Największą siłą mojej kampanii jest to, że łączy nas wspólny cel. We wszystkich osiemnastu dzielnicach działa wolontaryjnie kilkaset osób. W samym sztabie jest bardzo wiele ludzi i ciągle dołączają nowi. To osoby, które wierzą w zmianę. O tę zmianę walczą dla siebie, dla swoich bliskich, dla sąsiadów i dla przyszłych pokoleń. Zajmują się prawami pracowników, same nie mogą wynająć mieszkania albo zostały dotknięte zwolnieniami grupowymi, mieszkają tu i znają specyfikę Krakowa. 

Czują, że nasz program jest niezbędny, by miasto ruszyło do przodu

W trakcie naszej wymiany zdań na portalu X przeczytałem wypowiedź jednego z działaczy, że członkowie Partii Razem traktują politykę jako hobby. Pani zdaniem politykę na szczeblu miejskim można traktować jako hobby?

To bardzo ciekawe pytanie. Dołączyłam do Razem w 2020 roku i wiem jak ciężko łączyć pracę społeczną z pracą zawodową czy życiem rodzinnym, bo to niezwykle czasochłonne i wciągające zajęcie. Porównałabym je jednak bardziej do pracy charytatywnej niż do grania w squasha.

Wszyscy tak zaczynają – nie jesteśmy partią, która obiecuje komukolwiek stanowiska, frukta i wielką karierę. Obiecujemy wspólną walkę o nasze sprawy. Niestety wymaga to długiej, ciężkiej pracy i bywa niezrozumiałe dla osób traktujących politykę jako najwygodniejszy wybór życiowy.

Trudno mi zrozumieć podejście polegające na chęci bycia zawodowym posiadaczem stołków w zarządach i radach nadzorczych. 

Dziwi mnie, że w 2026 roku władza próbująca pokazywać się jako europejska siła uprawia kolesiowski „januszariat” rodem z lat 90. Jeśli chcemy pójść cywilizacyjnie do przodu, trzeba z tym skończyć

Niezależnie od tego, kto zostanie prezydentem, najprawdopodobniej będzie to ktoś z opozycji. Jak ocenia Pani współpracę z radą miasta przez kolejne lata? Czy to nie będzie zmarnowana kadencja?

Absolutnie nie. Uważam, że zmarnowaliśmy dużą część obecnej kadencji, ponieważ prezydent Miszalski nie miał odwagi spełnić obowiązków deklarowanych podczas zbiórki podpisów pod referendum i kampanii referendalnej – mam na myśli przede wszystkim plan ogólny i strategię. Doprowadzenie do sytuacji, w której drugie co do wielkości miasto w Polsce nie wprowadziło w terminie planu ogólnego z powodu obaw o stanowisko, jest ostatecznym świadectwem marnej polityki byłego prezydenta.

Mamy ponad dwa lata na wyznaczenie kierunków, podjęcie niezbędnych decyzji, przeprowadzenie rzetelnego audytu i wdrożenie możliwych od zaraz zmian. Mój program opiera się na prostych filarach bliskich ludziom: mieszkaniach, pracy i transporcie. W dwa lata nie wybudujemy nowych linii tramwajowych, ale możemy je zaplanować tak stabilnie, by nikt tego nie podważył. Z kolei to, co możemy zrobić od razu w transporcie, to wprowadzenie wspólnego biletu na pociąg i komunikację miejską. I to jeden z moich postulatów w tych wyborach.

Nie przeraża Pani wizja nagłego przejęcia odpowiedzialności za milionowe miasto z 11-miliardowym budżetem i koniecznością codziennego podejmowania decyzji?

To ogromne wyzwanie. Każdy, kto twierdzi bez mrugnięcia okiem, że poszłoby mu gładko jak po maśle, kłamie albo jest nieodpowiedzialny. Ale dam sobie radę.

Jaką kwotę chce Pani przeznaczyć z budżetu na budowę miejskich akademików i osiedli? O jakiej perspektywie czasowej mowa? Najbliższe dwa lata pozwolą co najwyżej na przygotowanie dokumentacji.

Dwa lata na budowę to za mało, ale w tym czasie można częściowo wykorzystać istniejące plany inwestycyjne, wyznaczyć jasne cele. Jeśli chodzi o akademiki to miasto musi być aktywne. Sytuacja, w której młodzi ludzie odbierający publiczną edukację, zamiast się uczyć i rozwijać, dorabiają gdzie mogą żeby starczyło na bajoński czynsz, musi się skończyć. Ale trzeba chcieć – wyznaczyć lokalizacje i porozmawiać z uczelniami o możliwości wspólnej realizacji. 

Przyznam, że rozbawił mnie komunikat urzędu z lutego 2025 roku dotyczący “realizacji” programu Aleksandra Miszalskiego. Magistrat ogłosił wtedy, że miasto nie ma kompetencji do budowy akademików, bo to zadanie uczelni wynikające z ustawy. Uczelnie mogą budować akademiki, ale w żaden sposób nie wyklucza to takich inwestycji ze strony miasta. Robią to podmioty prywatne – milionowe miasto naprawdę nie jest gorsze. Chciałabym, abyśmy odeszli od trybu, w którym miasto przedstawia swoje ewidentne decyzje polityczne jako rzekomo obiektywne fakty prawne. Nie ma darmowych obiadów, nie ma miejskich akademików, nie ma nowych tramwajów – ale dla deweloperów można uchylić nieba. 

Działania miasta są zazwyczaj droższe niż inwestora prywatnego. 

Dlaczego tak jest? Bo nad tym nikt zdaje się nie zastanawiać. W programie proponuję powołanie miejskich brygad remontowych. Wykonywanie wszystkich remontów przez zlecanie ich na zewnątrz uważam za niegospodarność. Nie dziwię się stanowi miejskiego budżetu, skoro na każde pytanie odpowiada się zapowiedzią przetargu i outsourcingu. Do najdrobniejszego działania zadłużonego miasta doliczamy jeszcze czyjś zysk zamiast budować swoje zasoby. To paranoja.

Inny przykład - dlaczego jako miasto godzimy się na symboliczne stawki za wynajem płyty Rynku Głównego w grudniu? Prywatny przedsiębiorca zarabia miliony na organizacji jarmarku bożonarodzeniowego, na który wszyscy narzekają, że jest drogi. Miasto, zamiast wziąć odpowiedzialność, zarobić i promować lokalnych wystawców na największym rynku w Europie, oddaje teren za śmieszne pieniądze.  

Outsourcing opłaca się tylko na papierze w perspektywie roku, ale w perspektywie 10-15 lat jest nieopłacalny. Mój program to jest planowanie nie na rok, ale na dekady. I w perspektywie nie roku, ale trzech, czterech, pięciu lat – realne oszczędności. 

A czy Grodzki Urząd Pracy nie działa jak należy? Zrozumiałem, że chce Pani wprowadzić tam zmiany lub go przekształcić, a obietnica pracy dla każdego brzmi jak z minionej epoki.

Rynek pracy w Krakowie radykalnie się zmienia. Sztuczna inteligencja, czy przenoszenie korporacyjnych operacji do innych państw drastycznie zmienią jego krajobraz w najbliższych kilku latach. Miasto musi być na to gotowe. Problem polega na tym, że gdy mówi się o pomocy pracownikom, od razu pojawiają się skojarzenia z minioną epoką. Tymczasem od zeszłego roku bezrobocie wśród młodych ludzi w Krakowie wzrosło o 45 proc. 

To jest około 600 osób.

To setki młodych osób w Krakowie, a tendencja jest wzrostowa. Tych ludzi nie interesuje, że politycy boją się mówić o pracy, bo im to się źle kojarzy. Oni urodzili się po transformacji i mają realny problem, tu i teraz, z utrzymaniem się w Krakowie. 

Nie mamy pełnych danych o tym, jak te osoby znajdują pracę, a proces jej poszukiwania drastycznie się wydłużył. Kilka lat temu wysyłało się kilkanaście CV, teraz wysyła się kilkaset i szuka pracy miesiącami. Dotyczy to wykształconych ludzi z doświadczeniem – co mają powiedzieć ci wkraczający na rynek? Jeśli nie znajdziemy rozwiązań, ludzie wyjadą z Krakowa.

Grodzkiego Urzędu Pracy, ale wymaga on zmian organizacyjnych. Przede wszystkim GUP nie powinien znajdować się na obrzeżach miasta, za Wzgórzami Krzesławickimi, dokąd dojazd np. z Bronowic zajmuje pół dnia. Urząd musi mieć dobry wygodny dojazd, musi być dostosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.

Prezydent ma tutaj jak najbardziej kompetencje. 

Prezydent Majchrowski latami chwalił się nowymi miejscami pracy, ściskał dłonie prezesom korporacji, a gdy teraz dochodzi do zwolnień grupowych, władze miasta milczą. Odwracają się plecami do pracowników, do naszych mieszkańców

Dlaczego zatem partia Razem protestuje przeciwko budowie centrów danych?

Przy inwestycjach mających duży wpływ na otoczenie musimy pytać, kto na nich zyskuje, a kto traci. Jesteśmy za rozwojem służącym wszystkim. Centra danych mogą być potrzebne, mogą wspierać innowacje. Jeżeli jednak zużywamy setki megawatów energii, tysiące metrów sześciennych wody na miejskiej infrastrukturze tworząc zaledwie kilkadziesiąt miejsc pracy dla zagranicznej firmy to bilans się nie spina. Każda taka sytuacja wymaga indywidualnej oceny. 

Jaka jest zatem realna rola i możliwość działania prezydenta w kwestii zwolnień grupowych? Przykładem realnego działania na poziomie lokalnym mogłoby być obniżenie podatku od nieruchomości.

Skoro realnym działaniem ściągano biznes do Krakowa za czasów poprzednich administracji, to dlaczego negocjacje z przedsiębiorcami już tu działającymi nie miałyby być realnym działaniem? Często brakuje dbałości o utrzymanie tego, co już stworzyliśmy – dotyczy to zarówno rynku pracy i turystyki, jak i spraw przyziemnych. Władze miasta uwielbiają przecinać wstęgi, ale jak trzeba inwestować w utrzymanie, dbać o to, co już jest, nagle nie ma chętnych. 

Proszę zobaczyć: dopiero w tym roku miasto zamówiło szlifierkę do torów tramwajowych. Nieprzygotowane tory to jest hałas, drgania, słuszna wściekłość i protesty mieszkańców. Ale zamiast zamówić lata temu szlifierkę, miasto za każdym razem zamawiało zewnętrzną usługę: zbyt rzadko, drożej, bez sensu. 

Kandydatka na prezydenta miasta Aleksandra Owca
Kandydatka na prezydenta miasta Aleksandra Owca
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Skąd wzięłaby Pani środki w budżecie na dwie nowe linie tramwajowe i jednocześnie zwiększenie częstotliwości kursowania autobusów, skoro co roku brakuje na ten cel znacznych kwot?

Potrzebny jest szereg zmian w gospodarowaniu środkami. Obecnie miasto bez problemu znajduje pieniądze na przedsięwzięcia wygodne dla polityków czy wielkiego biznesu, a brakuje ich na inwestycje służące mieszkańcom. Potrzebne są decyzje, które w długiej perspektywie generują po prostu oszczędności: ograniczenie outsourcingu, koniec wyprzedawania miejskich nieruchomości, koniec finansowania miejskiej propagandy i zatrudniania po znajomości ludzi do bezczynnego wygrzewania stołków. 

Kluczowe są też niestety decyzje Warszawy. Kraków potrzebuje konkretnych regulacji prawnych i środków – takich jak opłata turystyczna czy ustawa metropolitalna. Polityka prezydenta Miszalskiego w zakresie walki o Kraków na poziomie krajowym była kompletnym fiaskiem. Kraków jako drugie co do wielkości miasto w Polsce musi skutecznie egzekwować adekwatne finansowanie zadań nakładanych przez centrum.

Kraków chyba nie ma wystarczającej siły przebicia ani przewagi politycznej w relacjach z Warszawą.

Na pewno nie będzie jej miał, jeśli będziemy wybierać prezydentów będących bezpośrednimi podwładnymi szefa rządu. Powinniśmy budować sojusze. W Gdyni czy Wrocławiu też potrzebują opłaty turystycznej. Cały nasz region zyskałby na ustawie metropolitalnej – to nie tylko pieniądze, ale też transport, infrastruktura, obrona cywilna. 

Jaki byłby Pani argument?

Wydaje mi się, że kluczowe jest to, co powiedziałam przed chwilą – trzeba po prostu zebrać koalicję. W tym momencie istnieją różne ruchy samorządowców, którzy się skrzykują, ale robią to po to, żeby uratować własne portfele. Skrzykują się, żeby wywrócić limit kadencji i żeby przypadkiem nic się nie poprawiło. Nie ma natomiast żadnej próby działania dla miast, która dotyczyłaby faktycznie spraw ludzi. Brakuje głosu, który powiedziałby: „Zmieńmy to tak, żeby zlikwidować rady nadzorcze w spółkach samorządowych, zaoszczędzimy tutaj miliony, w zamian dajcie nam skuteczne narzędzia i większe środki na robienie dobrych rzeczy”.

Razem postuluje właśnie likwidację rad nadzorczych w spółkach samorządowych. To jest nasz postulat na szczeblu centralnym

Spółki samorządowe i tak są pod nadzorem właścicielskim organów tworzących, a rady nadzorcze służą wyłącznie do tego, żeby tworzyć stołki dla głodnych działaczy.

Zapoznawała się Pani z wersjami planu ogólnego i strategii miasta, które gdzieś tam wypływały? Podpisałaby się Pani pod nimi i wystawiła je na konsultacje społeczne?

Zapoznawałam się z planem ogólnym w trakcie letnich spotkań Komisji Planowania Przestrzennego. Wiem, że temat teraz tam wrócił. Pod całym planem ogólnym na pewno nie jestem w stanie się podpisać. Forma pracy nad nim pozostawia bardzo wiele do życzenia. To nie wygląda tak, że dostaliśmy plan ogólny, możemy go skonsultować z ekspertami, porozmawiać z mieszkańcami czy chociaż usiąść z kubkiem gorącego kakao i go przeanalizować. Na spotkaniach odbywających się w ciągu dnia po prostu wyświetlano nam poszczególne fragmenty. To nie jest sposób pracy przystosowany do XXI wieku i na pewno nie pozwala na pogłębioną analizę.

Mam nadzieję, że ten proces nie zakończy się kompletnym fiaskiem, choć na pewno pojawią się duże kontrowersje. Paradoksalnie obecnie wynika to z faktu, że ludzie boją się tego, czego nie znają. Byłoby znacznie lepiej, gdyby ten plan został opublikowany w terminie i poddany normalnym konsultacjom społecznym, by poznać opinię mieszkańców. 

Niestety tak się nie stało, bo prezydent Miszalski za bardzo bał się referendum, żeby wypełniać swoje obowiązki

Czy SCT zostaje w takiej formie, w jakiej jest obecnie?

Strefa Czystego Transportu musi zostać dostosowana do transportu publicznego. Nie może być tak, że ktoś chce wjechać do Krakowa i nie wie, gdzie ma zostawić samochód. Miasto powinno zadbać o to, aby każda osoba, której auto nie spełnia wymogów, mogła w konkretnym miejscu bez problemu przesiąść się na pociąg, tramwaj czy autobus. Tylko wtedy ma to sens.

Nie chcę jednak zmniejszać obszaru SCT, ponieważ uważam, że musimy dbać o jakość powietrza – szczególnie z myślą o osobach najbardziej wrażliwych i zagrożonych, takich jak seniorzy, osoby z chorobami przewlekłymi czy kobiety w ciąży. Czy w obecnej formie to wpływa na jakość powietrza? To powinniśmy dokładnie zbadać. SCT ma swój konkretny cel i jemu powinno służyć. 

Gdyby w wyborach nie można było głosować na siebie, to przy kim postawiłaby Pani krzyżyk?

Absolutnie na siebie, dalej.

Ale nie można na siebie, zakładamy, że nie można.

Właśnie po to poszłam do polityki, żeby nie głosować więcej na mniejsze zło. 

Przyjęłaby Pani propozycję bycia wiceprezydentem od Darii Gosek-Popiołek albo Łukasza Gibały?

Oba te scenariusze są dość absurdalne. Ale myślę, że mogę po prostu powiedzieć, że nie sądzę.