Zabójstwo na Teligi. Świadek: Pod chłopakiem pojawiła się potężna plama krwi

fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl
Przed krakowskim sądem przesłuchani zostali świadkowie zabójstwa Miłosza B. Jednym z nich, 41-letnim Dariuszem M., ofiara próbowała się zasłonić. To on widział, jak chłopak był katowany przez kilku sprawców.

Z dwugodzinnym opóźnieniem spowodowanym trudnościami z przewiezieniem jednego z oskarżonych do krakowskiego sądu, rozpoczęła się kolejne rozprawa pięciu mężczyzn, którzy odpowiadają za zabójstwo Miłosza B. 31 stycznia 2018 roku.

Wszystko na to wskazuje, że były to porachunki pseudokibiców, a konkretniej mówiąc członków dwóch gangów narkotykowych, ukrywających się pod klubowymi barwami piłkarskich klubów.

„Bałem się o zdrowie”

Dariusz M. tego wieczora wyszedł z psem na spacer. Gdy zwierzak wywęszył coś w okolicy, postanowił sprawdzić, co tam znalazł. Wtedy dobiegł do niego Miłosz B., objął go dwiema rękami od tyłu i próbował się zasłonić przed grupą – jak stwierdził świadek – czterech mężczyzn, którzy go ścigali.

Mężczyzna jednak wyrwał się z objęć, wziął psa pod pachę i uciekł na drugą stronę ulicy. – Bałem się o swoje – i tak już kiepskie – zdrowie – przyznał przed sądem.

Napastnicy, według świadka, byli ubrani na czarno, na głowach mieli założone kominiarki. Według świadka, na niektórych widniał napis „Wisła Sharks” lub samo „Sharks”. Wszyscy byli wysocy, a przynajmniej wyżsi od niego i „wysportowani”.

Dariusz W. próbował interweniować, przekonywał, że jak coś do mają do chłopaka, to powinni załatwić to „jeden na jeden”. Usłyszał tylko, że ma się nie wtrącać. Innymi słowami.

Do mężczyzny dobiegły później odgłosy zadawanych ciosów. Postanowił zadzwonić po pogotowie. Z dyspozytorem numeru 112 łączył się dwukrotnie. Gdy skończył rozmowę, napastników już nie było. W sumie na miejscu zdarzenia mogło być od ośmiu do 10 osób. Tego nie jest jednak pewien. – Wszystko trwało bardzo krótko – mówił.

Dariusz W. podszedł do leżącego na plecach Miłosza B. – Mówił, że boli go brzuch, ma problemy z oddychaniem. Rozpiąłem kurtkę, zauważyłem, że miał pokaleczone ręce i nogi, pod nim zrobiła się potężna kałuża krwi – zeznawał.

Nocne przesłuchanie 15-latka

Ostatnią osobą, z którą Miłosz B. rozmawiał, był D.W. Ten wówczas 15-latek również wyszedł na spacer ze swoim psem. Znali się krótko, z meczów Cracovii. D.W chciał zapytać starszego kolegę o szkołę, ponieważ niedługo miał wybrać dla siebie nową.

Miłosz B., który był ze swoim kolegą, przystanął, odłożył napój na ziemię i zaczął wiązać buta. Zamiast opowieści o szkole, 15-latek usłyszał krzyk mężczyzny: „stać k***y!” Miłosz pobiegł w jedną, a jego kolega w drugą stronę.

Świadek zeznał, że za ofiarą pobiegło czterech mężczyzn. Jeden za jego kolegą, lecz ten po jakimś czasie wrócił. Stwierdził, że napastników mogło być w sumie około 10, nie zauważył w ich rękach żadnych siekier czy maczet. Więcej szczegółów po blisko dwóch latach nie był sobie w stanie przypomnieć.

– Nie patrzyłem na nich – stwierdził przed sądem.

Sąd przeczytał więc jego wcześniejsze zeznania – te, które złożył podczas przesłuchania przez policję. Okazało się, że po zabójstwie chłopak wraz ze swoją mamą spędził na komisariacie pół nocy. Policjanci przepytywali go od 1 do około 3 nad ranem.

Z tych akt wynikło, że D.W pamięta o wiele więcej. Wskazywał jakimi siekierami (czarno-pomarańczowe fiskarsy) posługiwali się sprawcy i jak długie były ich maczety. Opowiadał też o tym, gdzie mogli mieć swoje pojazdy, którymi przyjechali.  Stwierdził też, że widział dwóch z nich, gdy szli w danym kierunku z ukrytymi narzędziami.

Te rozbieżności nie umknęły uwadze adwokatowi Maciejowi Lisowi. Obrońca dopytywał, dlaczego chłopak najpierw powiedział, że nie widział żadnych niebezpiecznych narzędzi, a z protokołu wynika, że nie tylko je widział, ale potrafi oszacować ich długość.

Jak stwierdził świadek, przepytujący go policjant zadawał szczegółowe pytania, a dodatkowo okazał mu zapis ataku z monitoringu. Na tej podstawie w protokołach w postępowaniu przygotowawczym znalazły się słowa D.W, który szczegółowo opisał to, co mieli w dłoniach lub ukryte, podejrzani o zabójstwo.

– Nie czułem się zagrożony podczas przesłuchania, ale naciskany przez policjanta – powiedział przed sądem świadek.

Instrument

17-latek na sali sądowej pojawił się z mamą. Stanął przed kilkuosobowym składem sędziowskim, dwiema prokuratorkami, kilkunastoma policjantami, oskarżonymi o zabójstwo i dziennikarzami. Procedura jest taka, że świadkowie przedstawiają się z imienia i nazwiska, mówią, gdzie mieszkają.

Jak zauważyła matka świadka, nie na to umawiali się z prokuraturą. Wydawało się przez chwilę, że kobieta zabierze swojego syna z sądu. Tłumaczyła, że zarówno syn jak i ona boją się o życie i że „nie tak to miało wyglądać”. Sędzia zwrócił uwagę, że nieutajnione dane chłopaka są w aktach sprawy od blisko dwóch lat i że nie ma możliwości, by D.W nie zeznawał.

Ostatecznie jednak – po refleksji prokurator, że należy złożyć wniosek o złożenia zeznań pod nieobecność oskarżonych, te zostały odebrane. Widać jednak, że zarówno policja jak i później prokuratura instrumentalnie potraktowały nastolatka, który w swoim życiu nie miał nic wspólnego z organami ścigania i sądami.

Czytaj wiadomości ze swojej dzielnicy:

Bieżanów-Prokocim
comments powered by Disqus