Nocny koszmar na krakowskim zieleńcu. Wataha staranowała bramy i zniszczyła kilka lat pracy
Zaledwie kilka dni temu informowaliśmy o dramatycznych scenach przy ul. Gryczanej, gdzie wataha dzików zrujnowała podwórko przed jednym z domów, oraz o zniszczeniach na cmentarzach Salwatorskim i Kobierzyn-Czerwone Maki.
Problem dzikich zwierząt w Krakowie nie tylko nie słabnie, ale uderza w kolejne zielone enklawy. Ofiarą zuchwałego ataku padł Ogród Społeczny „Macierzanki”. Zwierzęta wtargnęły na ten teren dwukrotnie – noc po nocy – niszcząc efekty ośmiu lat społecznej pracy.
Ogrodnicy bezradni
Do pierwszego ataku doszło w niedzielę, 18 października. Stado dzików bez trudu poradziło sobie z ogrodzeniem, forsując siatkę i wyłamując drewnianą furtkę oddzielającą część uprawną od rekreacyjnej. Zwierzęta doszczętnie zryły darń, zamieniając zadbany trawnik w pobojowisko.
Ogrodnicy natychmiast podjęli próbę zabezpieczenia terenu i załatali uszkodzoną siatkę. Niestety, już kolejnego dnia, w poniedziałek, dziki wróciły. Tym razem uderzyły z jeszcze większą siłą, taranując zewnętrzną bramkę wejściową i łamiąc kolejną furtkę. Pod racicami zwierząt legły niedawno odnowione własnymi siłami grządki, a stan trawnika pogorszył się na tyle, że darń została całkowicie zniszczona.
Zniszczone osiem lat pracy
Dla lokalnej społeczności skala strat to potężny cios emocjonalny i finansowy. „Macierzanki” od lat uchodziły za wzór sąsiedzkiej samoorganizacji, w której mieszkańcy sami dbali o każdy metr kwadratowy zieleni.
– Jesteśmy załamane skalą zniszczeń, tym bardziej, że od ośmiu lat z zaangażowaniem rozwijamy Krakowski Ogród Społeczny „Macierzanki”, dbając o jego przestrzeń i funkcjonowanie własnymi siłami. Samodzielnie zajmujemy się m.in. koszeniem terenu, wykonujemy prace porządkowe i naprawcze oraz pozyskujemy środki na nowe elementy infrastruktury, między innymi w ramach inicjatywy lokalnej – tłumaczą ogrodniczki zajmujące się tą przestrzenią.
Dzięki determinacji mieszkańców przez niemal dekadę udawało się rozwijać to miejsce bez konieczności angażowania miejskich służb w bieżące utrzymanie. Jednak skutki dwukrotnego najazdu stada przerosły możliwości społeczników. Na doraźne zabezpieczenie wyłamanej bramy i płotu wydali z własnych zbiórek blisko 500 zł. Na więcej nie mają funduszy. Ogród musiał zostać tymczasowo zamknięty.
Lista pilnych potrzeb: murek, bramka i ciężki sprzęt
Przedstawicielki ogrodu skierowały do Zarządu Zieleni Miejskiej oficjalne pismo z wnioskiem o pilne wsparcie. Podkreślają w nim, że prowizoryczne naprawy to za mało, bo dziki w tej okolicy widywane są regularnie.
Wśród najpilniejszych postulatów znalazły się:
- Wymiana lub solidna naprawa bramki zewnętrznej – jak zaznaczają ogrodnicy, obiekt odwiedza wielu mieszkańców i nie sposób wymagać, by każdy pamiętał o domykaniu prowizorycznych skobli czy haczyków,
- Wzmocnienie ogrodzenia i budowa podmurówki – społecznicy proszą o wyprostowanie zgiętych paneli oraz montaż gotowych, betonowych murków oporowych na wzór zabezpieczeń zastosowanych przy pobliskiej Szkole Podstawowej nr 53 przy ul. Skośnej,
- Rekultywacja zniszczonej darni – przywrócenie rozległego trawnika do porządku wymaga użycia profesjonalnego, ciężkiego sprzętu agrotechnicznego, jakim dysponują miejskie służby.
– Obecna skala zniszczeń przekracza jednak nasze możliwości. Nie jesteśmy w stanie samodzielnie sfinansować wszystkich niezbędnych napraw, a brak skutecznych zabezpieczeń grozi dalszą dewastacją przestrzeni, którą wspólnie tworzymy i pielęgnujemy – czytamy w wiadomości skierowanej do miejskiej jednostki.
Dziki terroryzują Kraków. Urzędnicy zasłaniają się prawem
Zniszczenie „Macierzanek” to kolejny dowód na to, że problem dzików w Krakowie wymyka się spod kontroli. Zaledwie w połowie października wataha podeszła pod same drzwi domu jednorodzinnego przy ul. Gryczanej, wcześniej raniąc psa, co skłoniło zdesperowanego mieszkańca do złożenia w krakowskim magistracie przedsądowego wezwania z zapowiedzią zawiadomienia prokuratury. Równolegle zniszczenia notowane są na Cmentarzu Salwatorskim, nekropolii w Kobierzynie oraz w licznych parkach i zieleńcach.
Tymczasem magistrat tłumaczy się prawnym impasem. Jeszcze zaledwie kilka dni temu miejskie biuro prasowe wskazywało, że wyłączne kompetencje w zakresie zwierzyny łownej posiada Polski Związek Łowiecki, a ogólnokrajowe przepisy sanitarne związane z ASF (afrykańskim pomorem świń) bezwzględnie zakazują wywożenia i relokacji odłowionych zwierząt poza granice miasta.
Urząd Miasta apelował również do mieszkańców o niedokarmianie dzików i piętnuje wandalizm, przypominając m.in. o celowym zniszczeniu miejskiej odłowni w Parku Maćka i Doroty.