Alan Uryga strzelił na remis i przyjął cios prosto w szczękę. Prosi o więcej

Kapitan Wisły nie musi nikomu nic udowadniać, ale cały czas pokazuje, że jest jej filarem, od którego Mariusz Jop rozpoczyna ustalanie składu. Nie tylko w obronie, ale i w ataku, co potwierdził, strzelając gola na wagę remisu z Koroną Kielce.

Mateusz Kaleta, LoveKraków.pl: Szczęście, że wyrównaliście wynik w doliczonym czasie gry, czy żal, że nie udało się rozstrzygnąć tego meczu wcześniej?

Alan Uryga, kapitan Wisły Kraków: Okoliczności są takie, że trzeba szanować ten punkt. Strzeliliśmy w końcówce meczu, kilka minut dzieliło nas od porażki. Ale jest też druga strona medalu – absolutnie powinniśmy wcześniej zdobyć kilka bramek i tego tematu by nie było. Na koniec to jednak my wyrównaliśmy w końcowych minutach. Niedziela uratowana.

To był mecz, który mógł się podobać kibicom. Dużo sytuacji, dużo walki, również czasem w parterze. Korona postawiła trudne warunki?

Odkąd gram w Wiśle Kraków to Kielce zawsze były specyficznym terenem. To nie były łatwe mecze, ale dla kibiców to mogło być dość widowiskowe spotkanie. Dużo sytuacji, dużo szybkich akcji, natomiast nie zawsze to, co fajne dla kibica, jest też dobre dla nas. 

Musimy wystrzegać się takich strat, jak te w pierwszej połowie, które napędzały przeciwnika. Miałem wrażenie, że Korona czeka na nasze błędy i chce nas ukąsić szybkim atakiem. Jeden z nich zakończył się golem, a kilka groźnymi sytuacjami rywali. Te problemy nie wynikały z dobrej gry Korony w obronie, czy odbiorów, co z naszych niewymuszonych błędów.

Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mateusz Kaleta/LoveKrakow.pl

Ten wynik mógł się różnie potoczyć. Korona mogła podwyższyć na 2:0, ale i wy nie musieliście tak długo przegrywać. W drugiej połowie przejęliście inicjatywę. Trudno było być cierpliwym w dążeniu do wyrównania?

Było dużo bezpośredniej gry. Zrobiły się takie „dwa ognie”. Akcja to w jedną, to w drugą. Strata, skracanie pola, wracanie i odbudowywanie pozycji. Dla kibica fajne widowiska, ale z naszej strony organizacja gry musi być lepsza. Nie wiem, jakie są plany Korony. Może podoba im się takie granie? Ja z perspektywy środkowego obrońcy i kapitana drużyny nie chciałbym, żeby to tak wyglądało.

Ostatnim Polakiem, który strzelił dla Wisły bramkę w ekstraklasie był Konrad Gruszkowski w lutym 2022 roku w meczu z Legią w Warszawie. Wisła się zmieniła, ekstraklasa się zmieniła, ale na liście strzelców wciąż stare, znajome nazwisko.

Brzmi to brutalnie, ale wiadomo, nas nie było cztery lata w ekstraklasie. Życzymy sobie więcej takich momentów. Miałem długi czas bez bramki w Wiśle, później ten worek się rozwiązał w Wiśle Płock, strzelałem seriami. Wróciłem do swojego klubu i już kilkukrotnie udało mi się trafić, ale w ekstraklasie jeszcze nie. Mam nadzieję, że to pierwsze, ale nie ostatnie słowo. 

Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mateusz Kaleta/LoveKraków.pl

Po golu padł pan na murawie. Nie wiadomo było, czy to wielka radość, czy jakiś uraz. Co się stało?

Dostałem w szczękę, trochę mnie „odcięło”. Te ciosy w szczękę, jak wiemy ze sportów walki, są dość skuteczne. Był moment zamroczenia i nie wiedziałem nawet, czy ta piłka wpadła do bramki. Wszystko w porządku. Delikatnie czuję, że ta szczęka jest przestawiona, ale jeśli taki jest koszt strzelenia bramek, to proszę o więcej ciosów. 

Pod koniec nie brakowało starć z graczami Korony. Kości trzeszczały?

Wiemy, jaka była waga tego spotkania, jeśli chodzi o emocje. Jakie jest nastawienie kibiców wobec siebie. Korona też jest takim zespołem, który liczy na takie sytuacje, podkręcanie atmosfery, prowokowanie. Tym bardziej dzisiaj, kiedy widzieli, że w poprzednim meczu pucharowym w Opolu kilka razy nie wytrzymaliśmy tego ciśnienia i to przeciwnikowi zdecydowanie pomogło. Mogli liczyć, że dziś też się troszkę „zagrzejemy” i kilka sytuacji do tego było.

Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mecz Korona Kielce - Wisła Kraków
Mateusz Kaleta/LoveKrakow.pl

Pan jest takim zawodnikiem, który stanie w obronie kolegi na boisku. Z drugiej strony jako kapitan powinien trzymać emocje na wodzy i schładzać gorące głowy kolegów, uspokoić sytuację. Jak tym zarządzić na boisku?

Ciężko powiedzieć. To są specyficzne sytuacje, zależące od wielu czynników, skumulowanych emocji, wyniku. Różnie z tym bywa. Kiedy jest zamieszanie, długo nie trzeba mnie namawiać, żeby dołączyć. Taka też moja rola, bo noszę opaskę i czasami muszę stanąć w obronie kolegów. Czasami rozdzielić, czasami agresywniej wparować w ten gąszcz. Nie ma reguły, to wszystko dzieje się w danej chwili.

Teraz ma pan do pomocy Marcela Łubika, który też potrafi wpłynąć na kolegów. Robił to w pierwszej połowie, kiedy mocno zareagował na obrońców.

Musimy się wspierać, podnosić jeden drugiego. Kiedy jeden błąd powtarza się kilkukrotnie to chodzi już o jakąś decyzyjność, brak koncentracji. To nie są piłkarskie błędy, trzeba zmienić nastawienie i czasem taki wstrząs jest potrzeby. 

Cieszę się, że Marcel też jest taką osobą, bo czasem trzeba tak zareagować. Miałem wrażenie, że w ostatnich sezonach głównie spoczywało to na mnie, jeśli chodzi o wstrząśnięcie szatnią. Marcel też ma taki charakter, że potrafi to zrobić. Dobrze jest mieć kogoś do pomocy.

Koledzy w bloku obronnym się zmieniali, ale pan jeszcze nie opuścił w tym sezonie ani minuty. 

Jestem bardzo samokrytyczny, umiem ocenić swoje występy, swoją dyspozycję. Wiem, kiedy zawodzę. Po tych pierwszych kolejkach wydaje mi się, ze wygląda to całkiem nieźle. Gram od deski do deski, więc to chyba nie jest przypadek. Rzadko jest tak, że gra ktoś, kto na to nie zasługuje i nie broni się swoimi występami na boisku.

Rozmawiał i notował: Mateusz Kaleta