Piłka, sporty walki, biznes. Świat Krystiana Wachowiaka [Rozmowa]

– Nie chcę żyć tylko piłką i z piłki. To może być męczące i niebezpieczne – mówi Krystian Wachowiak, obrońca Wisły Kraków, który czeka na debiut w ekstraklasie.

Wisła wykupiła lewego obrońcę z Chojniczanki Chojnice i zakontraktowała do końca sezonu 2024/2025. 19-latek znalazł się na ławce rezerwowych w niedzielnym spotkaniu z Jagiellonią Białystok, ale na debiut w ekstraklasie jeszcze czeka.

Wcześniej grał w rodzinnej Bydgoszczy i oddalonych o 80 kilometrów od domu Chojnicach. Przeprowadzka do Krakowa jest dla niego nie tylko sportową rewolucją – Mama często dzwoni – śmieje się zawodnik Białej Gwiazdy.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Jakie masz wrażenia po niecałym tygodniu spędzonym w klubie i meczu z Jagiellonią?

Krystian Wachowiak: Przekonuję się na własnej skórze, w jak dużym klubie jestem, jakie jest zainteresowanie drużyną i mną. Gdy podpisałem kontrakt wrzuciłem w media społecznościowe zdjęcie, które skomentowała moja dziewczyna. Kibice od razu to wychwycili i zaczęły jej przybywać setki nowych osób.

Na razie poznaję kolegów, którzy mnie bardzo dobrze przyjęli. Bardzo byłem ciekawy jak to jest w ekstraklasie, zespół zrobił na mnie duże wrażenie w czasie niedzielnego meczu. Choć boisko było tego dnia trudne, pogoda nie ułatwiała zadania, gołym okiem widać różnicę w szybkości gry i zaawansowanie techniczne.

Kiedy Wisła nie wykorzystywała świetnych sytuacji, obgryzałeś z nerwów paznokcie? Choć pewnie miałeś rękawiczki, bo było bardzo zimno.

Byłem spokojny o wygraną. Od początku wierzyłem w trzy punkty dla nas i tak się stało.

Jakub Błaszczykowski włączył się w przekonanie Ciebie do wyboru Wisły?

Kubę poznałem dzień przed podpisaniem kontraktu. Było to krótkie spotkanie, w czasie którego przedstawiliśmy się i chwilę porozmawialiśmy. Jest dla mnie dużym przeżyciem, że mogę mówić po imieniu i grać z zawodnikiem, którego kiedyś oglądałem w telewizji.

Kiedy w wyszukiwarce wpisze się hasło „Wachowiak Bydgoszcz”, można znaleźć informacje o kajakarzach z takim nazwiskiem. To przypadek?

Zbieżność nazwisk. W naszej rodzinie zawsze była obecna piłka – na niższym poziomie grali dziadek, ojciec i wujek. W Zawiszy zaczynałem z bratem, który zapowiadał się na niezłego napastnika, a niestety musiał przerwać przygodę piłką z powodu poważnej kontuzji. On jest o rok starszy, więc od początku trenowałem z rocznikiem 2000. Tak to się potoczyło, ponieważ praca nie pozwalałaby tacie dowozić nas w różne dni tygodnia. Z perspektywy czasu mogło mi to pomóc, bo nie imponowałem wtedy wzrostem i siłą, więc musiałem sobie radzić inaczej. Zawsze grałem ze starszymi, gdy chodziliśmy na „orlika”. Nauczyłem się cwaniactwa.

Pewnie też systematyczności, bo łączenie treningów i nauki nie jest proste.

Od czwartej klasy szkoły podstawowej musiałem chodzić do szkoły sportowej. Taki był wymóg, by trenować w Zawiszy. Lekcje były blisko boisk, ale dojazd z mojej dzielnicy w okolice stadionu zajmował około godziny. Wstawałem o szóstej, potem szybkie śniadanie i wyjście na autobus. Czasem udało się pojechać samochodem, z tatą, wujkiem lub znajomymi. Najeździłem się, ale to zaprocentowało.

Wujek ma dużo większe zasługi w tym, gdzie dziś jesteś. Nie tylko podwoził do szkoły lub na trening.

Zawsze się mną interesował, dopingował. Jego pomysłem były testy w Chojniczance. Na początku nie byłem przekonany do tego pomysłu. W Bydgoszczy było jednak coraz więcej problemów, klub zaczął mieć problemy, a mi żal było zostawiać piłkę, której poświęcałem tyle czasu. Po rozmowie z rodzicami zdecydowaliśmy, że nie zaszkodzi pojechać do Chojnic i zobaczyć, co będzie. Nie jechałem sam, towarzyszył mi mój przyjaciel Staś Wędzelewski. Obaj zrobiliśmy dobre wrażenie, trener Mirosław Czuryło był z nas zadowolony i podjęliśmy decyzję, że zostajemy.

Z Bydgoszczy do Chojnic nie jest daleko, ale dla nastolatka życie 80 kilometrów od domu może nie być łatwe.

Musieliśmy się przeprowadzić, ale nie mieliśmy pieniędzy na wynajęcie mieszkania. Do dziś pamiętam pokój, za który płaciliśmy po połowie, z dwoma łóżkami i małym telewizorkiem. Po roku było nas już stać na mieszkanie. Teraz musieliśmy się rozstać, bo ja jestem w Wiśle, a Staś trafił na wypożyczenie do Sokoła Kleczew.

Nazywam go przyjacielem, ale tak naprawdę traktuję go jak drugiego brata. Dobrze dogadywaliśmy się już w szkole, a 2,5 roku w Chojnicach jeszcze bardziej nas zbliżyło. Zawsze mogę na niego liczyć, często do siebie dzwonimy.

REKLAMA
REKLAMA

Dziennikarz z Chojnic nazwał Cię „koniem do biegania". Podobno potrafisz też nieźle uderzyć i nie mam na myśli strzału na bramkę.

Nie samą piłką człowiek żyje. Dawno temu ćwiczyłem karate, ale to był chwilowy eksces, sport nie dla mnie. „Jarają” mnie MMA, boks, kickboxing. Każdą galę KSW trzeba było obejrzeć, ale nie tylko oglądam sporty walki. W Bydgoszczy przez dwa lata trenowałem boks. To dla mnie uzupełnienie treningu, możliwość odreagowania, zresetowania.

Domyślam się, że w domu bójki z bratem były częstym widokiem?

W mieszkaniu nie było miejsca na worek, ale dwie pary rękawic odłożyliśmy i czasem sparujemy. Brat zawsze był wyższy i cięższy, więc często byłem ofiarą. Nie trenował regularnie, ale warunki dawały mu przewagę. Często padałem, ale zawsze potrafiłem wstać. Otrzepałem się i walczyliśmy dalej.

Tuż po podpisaniu kontraktu powiedziałeś mi, że już rozpakowujesz rzeczy w mieszkaniu, bo lubisz być na swoim. Zawsze jesteś taki uporządkowany?

Za mieszkaniem w Krakowie zacząłem się rozglądać na początku rozmów z Wisłą. Taki jestem, że lubię mieć swój kąt.  Klub zapewniłby mi hotel i posiłki na dłużej, ale ja już taki jestem.

Sportowo „być na swoim” oznaczałoby wywalczenie miejsca w składzie. Z Maciejem Sadlokiem łatwo miał nie będziesz.

Jest w świetnej formie, do tego strzela i asystuje. Na pewno się nie poddam, przyszedłem do Wisły, by grać.

Zawsze jesteś dla trenera alternatywą na skrzydle.

Przez większość życia grałem wysoko, dopiero Zbigniew Smółka cofnął mnie w Chojniczance na lewą obronę. Trzeba mu oddać, że wymyślił mnie na tej pozycji, bo do Wisły trafiłem jako defensor. Lubię się podłączać do akcji ofensywnych, więc tym bardziej cieszy mnie styl trenera Petera Hyballi.

Twoi byli trenerzy podkreślają, że jesteś nie tylko utalentowany, ale i karny. Potrafisz słuchać rad i wyciągać wnioski.

Nie przypominam sobie sytuacji, bym się obraził, bo ktoś zwrócił na coś uwagę. Mam podejście, że druga osoba chce mojego dobra. Czasem dziwiłem się kolegom, którzy się obruszali albo kręcili nosem. Potrafię przyjmować uwagi.

Od rodziców też? Gdy mama zadzwoni zapytać, czy wyrzuciłeś śmieci?

– Mama często dzwoni. Zawsze się interesowała, a teraz dopiero jest ciekawa tego, co u mnie słychać. Nie tylko dla mnie ekstraklasa jest czymś nowym. Na pewno nie powiem mamie, żeby mnie nie pouczała, bo jestem w ekstraklasie i sam wiem najlepiej.

Piłka, sporty walki… Co jeszcze Cię zajmuje?

– Lubię czytać, ale nie powieści czy biografie. Bardzo interesuję się biznesem, zarządzaniem. Za pięć-dziesięć lat, gdy odłożę trochę pieniędzy, chcę zainwestować w biznes, rozkręcić coś swojego. Czytam, oglądam programy o osobach, którym się udało.