Dla niektórych to okazja, by pobić własny rekord w liczbie zjedzonych pączków, dla innych sympatyczna tradycja, a dla cukierni jeden z najcięższych dni w roku. Za kulisy najtłustszego czwartku w roku zaglądamy do pracowni wypieków Na Ciacho na Kazimierzu!
Kolejka do lokalu przy Placu Bawół 4 ustawia się jeszcze przed otwarciem śniadaniowni Poranki, w której swoją pracownię ma Na Ciacho. Mimo że na co dzień wita nas tu pełna witryna pięknych słodkości i można zamówić wspaniałe torty, tłusty czwartek jest jedynym terminem, gdy na miejscu powstają pyszne pączki. I choć to tylko jeden dzień w roku, praca przed nim trwa o wiele dłużej.
Jeden dzień, a pracy na miesiąc
– Być może trudno uwierzyć, ale przygotowania do tłustego czwartku zaczynamy prawie miesiąc wcześniej. To okres, w którym sprawdzamy i udoskonalamy nasze przepisy, przeprowadzamy testy i… sami degustujemy, jak smakują pączki. Przez dwa tygodnie przyjmujemy zamówienia, robimy zdjęcia i filmiki do naszych mediów społecznościowych, a od poniedziałku przygotowujemy składniki, nadzienia, kremy i polewy. Prawdziwy „młyn” zaczyna się w nocy ze środy na czwartek, gdy powstaje większość z naszych pączków. Resztę będziemy smażyć do końca dnia – opisuje Monika Dąbrowa, właścicielka Na Ciacho.
Pączek rękodzielniczy
W przeciwieństwie do wielkich piekarni, w Na Ciacho wszystkie pączki są efektem rzemieślniczej, własnoręcznej pracy. Co to oznacza? Wyrabiamy ciasto, „kulamy” je, czekamy aż wyrośnie, smażymy, nadziewamy i oblewamy wcześniej przygotowanymi dodatkami, pakujemy do pudełek – i tak przez kilkanaście godzin – dodaje Dąbrowa.
Wszystkie smaki, a w tym roku pracownia przygotowała ich cztery, to własne przepisy i kompozycje smakowe. Fani nadzienia różanego nie znajdą tu swoich faworytów, ale już sam opis pomysłów serwowanych przez zespół dziewczyn z Placu Bawół pozbawi oporów nawet największych konserwatystów. W witrynie na Kazimierzu znaleźć można nadzienie ajerkoniakowe, budyń solony karmel, krem waniliowy czy malinę z porzeczką. Każdy oblany inną polewą: czekoladową, różanym lukrem, posypany orzechami, migdałami lub płatkami róży.
– To jest nadzienie z pączkiem, a nie pączek z nadzieniem – słyszymy od jednego z klientów, który po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, z niecierpliwością „rzucił” się na zdobyty przysmak.
I rzeczywiście, pączek z rzemieślniczej pracowni znacznie różni się od sklepowego. I to nie tylko ceną, choć ta, podobnie jak jakość, jest znacznie wyższa. – Bardzo długo pracowaliśmy nad konsystencją ciasta: miękkim, nieprzesmażonym, ale też delikatnie chrupiącym. Jak przekonuje Monika Dąbrowa, pączki z Na Ciacho dedykowane są tym, którzy w tłusty czwartek poszukują jednego-dwóch naprawdę dobrych, a nie pójścia na rekord w pochłanianiu tych bardziej tradycyjnych.
Produkt reglamentowany
O rekordy zresztą trudno, bo by zaspokoić oczekiwania jak największej liczby klientów, jedna osoba może kupić maksymalnie 10 sztuk pączków. Nie ma tu złej woli, ograniczenie wynika z możliwości produkcyjnych małej pracowni. – W tym roku planujemy pobić nasz rekord, ale i tak w skali wielkich piekarni liczba 1000-1500 sztuk to kropla w morzu. Dla nas z kolei jeden z najtrudniejszych dni w roku. I jeden z ulubionych, bo nic tak nie cieszy, jak wiadomości od klientów, którzy doceniają efekty tej ciężkiej pracy – dodaje właścicielka Na Ciacho.